wtorek, 25 grudnia 2012

Przy wigilijnym stole


Życzę Wam Wszystkim spokojnych Świąt, refleksji przy wigilijnym stole, radości z Bożego Narodzenia, a w Nowym Roku spełnienia marzeń i satysfakcji z osiągniętych celów. I wish You a Merry Christmas and a Happy New Year!



Dzielimy się opłatkiem życząc zdrowia, pomyślności, wzajemnej życzliwości. Najczęściej poważnie wypowiadane życzenia kończą się żartobliwymi uszczypliwościami. 
Opłatek symbolizujący chleb, na znak solidarności z potrzebującymi. Przełamanie się opłatkiem oznacza wybaczenie krzywdy.  
Kultywując tradycję zostawiamy na stole dodatkowo talerz dla niespodziewanego gościa. 







Przy tegorocznym wigilijnym stole w moim domu zasiadła moja mama. Świąteczny nastrój, radość i smutek jednocześnie. To pierwsze święta Bożego Narodzenia bez taty. Zmarł 7 kwietnia tego roku.

Mam nadzieję, że szczęśliwie dołączył do anielskiego chóru i razem z moim dziadkiem Julianem w ten wigilijny wieczór kolędowali Najwyższemu.

Tato zawsze podczas rodzinnego kolędowania grał na skrzypcach, a dziadek Julian, jak pamiętam zawsze pięknie śpiewał kolędy, także w chórze podczas pasterki.

Dziadek Julian zmarł 28 lat temu, 23 grudnia 1984 roku, dzień przed wigilią.


Najbardziej smutną wigilią, zwłaszcza dla moich dzieci była wigilia 2001 roku, kiedy nie zasiadł przy stole ich ojciec, a mój mąż Piotr Ordyczyński. Co roku w wigilijną noc odwiedzamy cmentarz, zostawiając na jego grobie świąteczny stroik, zapalamy światełko i modlimy się.

W zeszłym roku w wigilijnym blogu pisałam tak: 

niedziela, 28 października 2012

Czas

Czas to pośpiech i tempo życia, czas to zegar odmierzający minuta po minucie chwile naszego życia, czas na rodzenie dzieci i czas na pogodną starość, czas to pora na refleksje nad swoim życiem, czas to czas na ..., no właśnie, czym on jest dla ciebie i jaką wartość stanowi?
Zegar astronomiczny ze znakami zodiaku. Praga
Należałoby życzyć wszystkim rozsądnego gospodarowania czasem, bo czas to pieniądz. Co prawda, pieniądze szczęścia nie dają, ale dzisiaj, kto wie? Dzisiaj w nocy z 27 na 28 października  o godzinie 3.00 przesuwamy wskazówki zegara do tyłu, o godzinę, czas więc ma szczególny wymiar. Od dzisiaj możemy pospać dłużej, ale trzeba pamiętać, że Słońce zachodzi wcześniej, więc zmniejszona dawka światła może spowodować zaburzenia snu i problemy z koncentracją.  
Ze zmiany czasu, niezależnie od komplikacji, ucieszyć się powinny 'nocne Marki', takim zawsze trudniej jest wstawać skoro świt. 
Powinny ucieszyć się także 'ranne ptaszki', które nie mają spania i wstają rano. Zanim ich zegar biologiczny przestawi rytm życia, obudzą się przed czasem, dzięki czemu będą mogły cieszyć się dłużej światłem dziennym. Taka dłuższa ekspozycja organizmu ludzkiego na dzienne światło uchroni ich przed sezonową depresją. 
Zegar astronomiczny ze znakami zodiaku. Praga






Zegarków jeszcze nie przestawiłam, ale mimo że mój zegar biologiczny bije innym rytmem, i tak będę musiała to zrobić. 
Póki co, oby do wiosny, a zegary niech odmierzają tylko słoneczne i szczęśliwe godziny.


wtorek, 23 października 2012

VHS. Sentymentalnie

VHS (ang. Video Home System) - popularny standard zapisu i odtwarzania kaset wideo przeznaczony dla rynku konsumenckiego. Pierwsze pojawiły się na rynku w latach 70. XX w.  wraz z pierwszym stacjonarnym magnetowidem.- JVC HR-3300. To były czasy, kiedy posiadanie odtwarzacza wideo było marzeniem Polaków. Nie każdego było na niego stać. Urządzenia sprowadzano z zachodu.
Ja miałam magnetowid Panasonic, czyli urządzenie z możliwością nie tylko odtwarzania, ale i nagrywania. Mój kupiony w Pewexie za dolary, bardzo drogi miał wiele bajeranckich funkcji. Można było zaprogramować nagrywanie telewizyjnych programów cyklicznych emitowanych w określone dni tygodnia.

Kasety do magnetowidu kupowałam początkowo w Pewexie, później można było kupić w sklepach ze sprzętem RTV oraz na bazarze.
Kasety VHS – stały się  w latach 80. i 90. XX wieku nieodzownym elementem wyposażenia mieszkań każdej polskiej rodziny. Półki meblościanek dekorowane najczęściej kryształami i książkami zaczęły się wypełniać kasetami VHS.
Uwieczniano na nich komunie, śluby, wakacje, imprezy, ale także nagrywano programy naukowe, filmy przyrodnicze, ulubione seriale telewizyjne, a przede wszystkim bajki.
Zachowały się w mojej kolekcji kasety VHS z bajkami z serii ‘Było sobie życie’, ‘Wilk i zając’, ‘Tom i Jerry’. Mam nagrany cykl lekcji nauki języka angielskiego i amerykańskiego.
Kultowe filmy, oczywiście pirackie, kupowane spod lady lub na bazarach to Rambo z Sylwestrem Stallone, Rocky V, kolejne części Akademii Policyjnej, Top Gun, Tango i Cash. Lucky Luke, Dirty Dancing, cała seria Indiana Jones.
Taką nagraną kasetę należało zabezpieczyć przed nieumyślnym skasowaniem  cennego filmu, w tym celu trzeba było wyłamać kawałek plastikowej płytki, której brak powodował wysunięcie kasety w momencie włączenia przycisku Rec. Sadzę, że większość z nas przeżyła z kasetami wideo wiele dramatycznych chwil, kiedy to okazywało się, że cenny materiał został na zawsze stracony, bo ktoś nagrał na niego "jakiś głupi serial".
Taki przypadek zdarzył się mojemu znajomemu. Nagrywałam na kamerę video film ze ślubu, montaż tego filmu zajął mi wiele godzin, bo Zbyszek niemiłosiernie wybrzydzał i grymasił. A kiedy film był już zmontowany, ktoś z  jego domowników skasował przez nieuwagę całą zawartość, nagrywając na kasetę coś z telewizora.
Era magnetowidu i kaset VHS wzbogaciła moje osobiste doświadczenia. Byłam w żywiole, gdy tylko dorwałam się do kamery. Pasja filmowa nie opuszczała mnie nigdy.
Firmy produkujące magnetowidy, produkowały kasety VHS. Konkurowały ze sobą firmy Sony, Panasonic, JVC, Hitachi, Samsung, Philips. Na rynku funkcjonowały kasety nie firmowe, tzw. No Name.
VHS wiąże się ze wspomnieniami pierwszych filmów, wtedy jeszcze przegrywanych metodą czysto amatorską. Filmy na VHS można było kupić bądź wypożyczyć na placu targowym, a nieco później także w wypożyczalniach wideo.
Warto czasami wrócić do przeszłości, warto sięgnąć po kasetę VHS z nagranymi momentami naszego życia,  zwłaszcza, że były one uwieczniane na tzw. pamiątkę. W dzisiejszych czasach mało kto posiada jeszcze magnetowid czy odtwarzacz. Kasety VHS zostały wyparte przez płyty CD, a potem DVD.
Wiele z tych wspomnień zapisanych na kasetach video, można przetworzyć do postaci cyfrowej na płytę DVD, czy plik AVI.
Kupiłam sobie urządzenie, które pozwala na zgrywanie obrazu i dźwięku z urządzeń analogowych oraz cyfrowych. Zgrałam kilka filmów z VHS na DVD, jakość jest koszmarna, ale filmy z uroczystości rodzinnych ogląda się z łezką w oku.



Dzisiaj stosy moich kaset VHS zajmują zaszczytne miejsce obok albumów fotograficznych, kaset winylowych i kaset magnetofonowych. 

niedziela, 14 października 2012

Czy oszczędzanie jest cnotą?

Zastanawiam się czy oszczędzanie prowadzi do dobrobytu i bogactwa i czy ta cecha charakteru czyni człowieka szczęśliwym?
W szkole podstawowej każdy uczeń był właścicielem książeczki oszczędnościowej SKO. Pani wychowawczyni wpisywała każdy grosz, a rywalizacja do zgromadzenia jak największej sumy na koncie dopingowała uczniów do  oszczędzania, wytyczała cele i dawała satysfakcję z ich realizacji. 
Podobną formą oszczędzania była świnka skarbonka. Rozrzutnych kusiła do wyciągania pieniędzy, jeszcze zanim skarbonka napełniła się do pełna, zaś oszczędnych uczyła skąpstwa. 
Dwie skrajne cnoty: rozrzutność i skąpstwo. 
Czego mnie nauczyło oszczędzanie?
Staram się być oszczędna, ale wydaje mi się, że to raczej moja wada niż zaleta. 
Mając sentyment do moich rzeczy i przedmiotów osobistych, odkładam je do 'lamusa', na czarną godzinę, bo może kiedyś jeszcze się mogą przydać. Przez co stałam się klamociarą.  
Nie sztuką jest kupno kolejnej sukienki, ale sztuką jest radość i zadowolenia z noszenia tej starej.
Marnotrawstwem jest kupno kolejnej perfumy, kiedy buteleczka jest dopiero do połowy pusta. 
Rozrzutnością, a wręcz głupotą jest kupowanie ogromnej ilości kosmetyków o podobnym działaniu, po to tylko, by rzędem stały na łazienkowych półeczkach.
Cnotą jest umiejętność robienia zakupów w marketach, rozsądne korzystanie z karty kredytowej, nie poddawanie się sztuce manipulacji przez marketingowców. 
Nie sztuką jest życie na kredyt, sztuką jest życie bez kredytu i czerpanie radości z życia. Mimo niedostatku. Skromnie. Bez kompleksów.

środa, 8 sierpnia 2012

Nie strój zdobi człowieka

Doczekaliśmy się wyremontowanego dworca PKP w Leżajsku. Ładna elewacja, ładny wystrój za 4 i pół miliona. 


Teraz to już tylko lepiej być musi z tą naszą kolejową komunikacją - tak myślałam oglądając codziennie postępy prac remontowo-budowlanych, kiedy przechodziłam koło dworca w drodze do pracy. 
Myślałam! 
Okazuje się, że wcale wygodniej i lepiej nie będzie podróżować polskimi kolejami. 
W budynku dworca jest kasa biletowa, ale niestety, nie będzie czynna ze względu na oszczędności. Ruch pasażerski jest na tyle mały, że nie opłaca się utrzymywać stanowiska kasowego.
Bilety trzeba będzie nadal, tak jak przed remontem kupować u konduktora w pociągu. Niby nic, a jednak w praktyce wygląda to tak:
Jadąc do Krakowa muszę kupić bilet w pociągu, okazuje się, że konduktor może sprzedać mi bilet jedynie do Przeworska, ponieważ obsługuje pociągi należące do przewoźnika Regio i absolutnie nie może mi wypisać biletu na linie TLK, a takimi liniami TLK zamierzam kontynuować podróż z Przeworska do Krakowa. 
W Przeworsku muszę zdecydować. Albo przejść na drugi peron i wsiąść do pociągu bez biletu, albo z bagażami w rękach i z językiem na brodzie,  pogonić po bilet do kasy na dworzec  odległy spory kawałek od peronu. Trzeba wtedy pokonać schody, obskurny podziemny tunel, potem kolejne schody, kilka kroków na dworzec. Stojąc cierpliwie przed kasą w kolejce, próbuję zrozumieć bełkotu niczym z  'Misia'. Z megafonu leci komunikat o nadjeżdżających pociągach, dwóch, w tym samym kierunku jednocześnie. Trudno się połapać, który pociąg do Krakowa, a który tylko do Rzeszowa. Ale mam za swoje, w końcu mogłabym nie lecieć na dworzec, tylko kupić bilet bezpośrednio u konduktora, tym razem w TLK. Istnieje obawa, że jeśli nie wsiądę do pierwszego wagonu, kosztować mnie to będzie dodatkowo 150 zł kary za jazdę na gapę. Los czasami płata figle, z różnych powodów można nie dotrzeć na czas do konduktora. 
Przedstawiam moje uwagi pracownikom nowo wyremontowanego dworca PKP w Leżajsku.
Pracownicy rozkładają ręce. Nic im nie wiadomo o takich utrudnieniach. 
-  nic nie możemy, bo my jesteśmy z CARGO - tłumaczą mi spokojnie i odchodzą do swojej pracy.


środa, 4 lipca 2012

Ogródek Jordanowski z siłownią pod chmurką

Kilka dni temu wpadłam na chwilkę do Ciepielowa. To mała miejscowość w powiecie lipskim, licząca zaledwie 6 tys. mieszkańców. W samym centrum miasteczka, w starym parku ujrzałam grupkę rozkosznych dzieciaków, które pod nadzorem osób dorosłych szalały na kolorowym sprzęcie przypominającym prawdziwą sportową siłownię. 
Pomysł znakomity. Brawo dla władz miasta, które znalazły doskonały sposób na zagospodarowanie wolnego czasu dzieciom i młodzieży! 
Taki Ogródek Jordanowski z super estetyczną i funkcjonalną 'siłownią' w plenerze umożliwia dzieciom poprawę kondycji fizycznej, zachowanie sprawności, rozładowanie nadmiaru energii, a dorosłym relaks i wielką przyjemność. Dorośli też chętnie poćwiczyliby na takim kolorowym sprzęcie. Wspólny trening  integruje i poprawia relacje z dziećmi. Nie wiem tylko, czy nie ma ograniczenia wagowego, jeśli tak, to szkoda, bo nie jednemu dorosłemu przydałby się trening, walka z nadwagą, ucieczka od złych nawyków zagospodarowania wolnego czasu. 
W końcu zdrowie i kondycja są bezcenne. Mam nadzieję, że władze innych miast kupią ten pomysł i zrobią doskonały prezent nie tylko dzieciakom, ale i rodzicom.
Jak to mówią w reklamach 'Podaruj sobie odrobinę przyjemności - jesteś tego warta!' 


 

niedziela, 20 maja 2012

Instynkt macierzyński po godzinach pracy

     Wielka burza medialna nadciągnęła na cała Polskę, kiedy p. Duda przewodniczący Solidarności spytał posłankę Agnieszkę Pomaskę, szefową komisji do spraw Unii Europejskiej, zastępcę sekretarza generalnego PO - 'co tu robi, skoro ma 3 tygodniowe dziecko'?
- Nie mamy umowy o pracę, nie mamy więc prawa do urlopów macierzyńskich. Polityka to nie jest praca od godziny 8 do 16,  nie można tak z dnia na dzień rzucić wyborców - mówi posłanka w wywiadzie do Gazety Wyborczej.
Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo, 1905
      Dlaczego Kodeks Pracy wyklucza posłanki z prawa do urlopu macierzyńskiego, skoro nie da się zaprogramować synchronizacji procesów życiowych, zwłaszcza, w kwestii wydzielania pokarmu u kobiety, która urodziła dziecko?  
Zegar biologiczny to mechanizm regulujący około-dobowe rytmy fizjologiczne, biochemiczne i behawioralne.  Okres połogu, to czas, w którym dchodzi do cofania się zmain związanych z okresem ciąży i porodu zazwyczaj trwa ok 6 tygodni.
Zegar biologiczny bije dla każdego! Nie da się go oszukać. 
     Co prawda posłanka Agnieszka Pomaska ma elastyczny czas pracy, mając wsparcie rodziców, męża mogła wrócić do pracy zaraz po porodzie.  Z karmieniem nie ma problemu, bo zostawia zabezpieczony pokarm dla dziecka. Jeździ co 2 tygodnie 2 razy w tygodniu  do Warszawy, w międzyczasie pracuje w Gdańsku. Łączenie pracy zawodowej z obowiązkami rodzinnymi daje jej satysfakcję. 
Więc o co chodzi? O co takie larum? Panowie posłowie?
      Chciałabym doczekać czasów, kiedy posłowie będę się martwić, równie gorliwie, jak o posłankę, o te kobiety zmuszone do pracy bezpośrednio po porodzie, które nie mają elastycznego czasu pracy, nie mają wsparcia rodziny, nie mają wsparcia męża, nie mają środków życiowych, nie mają satysfakcji z pracy. 
Owszem, są kobiety, takie jak Agnieszka, które nie mają prawa do urlopu macierzyńskiego, jednak te nie mogą do pracy wrócić, bo pracy nie miały. I tym się różnią od Agnieszki.

niedziela, 13 maja 2012

Śladami Romea i Julii


Obiecałam kiedyś lojalnie naszemu przewodnikowi dochować tajemnicy i nie ujawniać jego zawodowej wpadki, ale co tam, tyle lat już minęło, że nie mogę sobie odmówić napisania o wycieczce do Werony śladami Romea i Julii. Najwyższy czas, aby anegdota ujrzała światło dzienne.
Będąc na wczasach w Bibionie wybraliśmy się pewnego słonecznego dnia na wycieczkę do Padwy i Werony.
Nasz przewodnik z książeczką w jednej i parasolką w drugiej ręce dość zdecydowanym krokiem zaprowadził nas na wąską uliczkę via Cappello, pełną wysokich kamienic, zatrzymał się pod numerem 23 i parasolką wskazał balkon na drugim, a może nawet na trzecim piętrze, jako słynny balkon Julii. Kiedyś ta XIII-wieczna kamienica należała do rodu patrycjuszy o nazwisku Cappelli. 
Wszyscy zadarliśmy głowy do góry, każdy trzaskał zdjęcia najsłynniejszego balkonu świata. Tylko ja miałam wątpliwości. Jak on tam wlazł? Miłość, co prawda czyni cuda, ale bez przesady!







Po chwili weszłam w bramę kamienicy. W podwórzu ujrzałam najpierw ‘złoty’ posąg pięknej Julii, dłuta Nereo Costantiniego, wykonany z brązu, a po prawej stronie rozpoznałam słynny balkon Casa di Giulietta porośnięty dzikim winem.
Wyskoczyłam jak poparzona na ulicę i niczym Archimedes krzyknęłam.

- Eureka! To nie ten balkon, prawdziwy jest tam, na dziedzińcu! – i wskazałam tajemniczy zaułek szekspirowskich kochanków. 
Dziedziniec legendarnego domu Julii był remontowany, kręciło się po nim kilku robotników. Podobno dotknięcie piersi Julii przynosi szczęście, stąd posąg od głaskania jest tak wypolerowany przez turystów, że świeci się, jakby był ze złota.











Potem jeszcze odwiedziliśmy domniemane miejsce spoczynku szekspirowskiej Julii. 
Przy via Shakespeare, niedaleko Piazza Bra, w podziemiach kościółka San Francesco al Corso, stanął w 1937 r. pusty antyczny sarkofag bez pokrywy z różowego marmuru, który dotąd stał w krużgankach kościoła. Pomysłodawcą projektu był kurator werońskich muzeów Antonio Avena, który pragnął nadać temu miejscu nowy wygląd, bardziej odpowiadający oczekiwaniom romantycznych turystów. 




środa, 2 maja 2012

Leżajsk walczy o rekord Guinnessa

Przez pewien czas Guinness kojarzył mi się głównie z piwem. Irlandzkim, ciemnym, o wyrafinowanym smaku słodko-gorzkim. I to nie dlatego kojarzył mi się z piwem, że jestem jego smakoszem, ani też nie dlatego, że  mieszkam w Leżajsku o wielowiekowych tradycjach browarnianych. 
Guinnessa przywożono  do Polski z Anglii, kupowano go za ciężko zarobione pieniądze. Mówię o czasach, kiedy nie byliśmy jeszcze w Unii, a zakupy w krajach zachodnich były nie na naszą kieszeń. Częstowano znajomych guinnessem, niczym wykwintnym rarytasem. Niektórzy to jeszcze upominali się o puszki, na pamiątkę, do kolekcji.
Dzisiaj mamy okazję zmierzyć się z Guinnessem w innej kategorii. Andrzej Chmura - dyrektor Muzeum Ziemi Leżajskiej zaproponował bicie rekordu Guinnessa w kategorii: najdłuższy mazurek flagowy w kolorze narodowych biało-czerwonych barw, dodatkowo udekorowany elementami herbowymi. Zamarzył mu się największy  w całej Europie mazurek upieczony w Dniu Flagi Rzeczpospolitej Polski. Jak święto flagi i mazurek to i Hymn. Tak bardzo patriotycznie. Jak zamarzył, tak postanowił wykonać. Marzenia warto spełniać, byle je tylko mieć. 
Podobnie było z Księgą Rekordów. Wymyślił ją dyrektor irlandzkiego browaru Guinness. Postanowił dokumentować wszystko co naj ...,  wpisywano więc najszybsze, największe, najgrubsze, a nawet najniedorzeczniejsze pomysły, byle by sie tylko zapisać do Księgi Rekordów Guinnessa.
Trzeba przyznać, że czasami patrzyłam na rekordzistów,  jak na wariatów, z politowaniem. Wymyślanie tak przeróżnych i tak niedorzecznych rekordów, dla zdobycia popularności, często narażając własne życie tylko po to, by usłyszał o nich świat, wydaje się bezsensowne.
Natomiast dzisiejsze bicie rekordu ma zupełnie inny wymiar i  wiele pozytywnych aspektów. Patriotyczny, rozrywkowy, duchowo-materialny, kulturalny, historyczny, edukacyjny etc, etc
Mam nadzieję, że Dzień Flagi Polskiej świętować będziemy w Leżajsku radośnie i słodko. Ze śpiewem na ustach, w takt patriotycznych pieśni, przy akompaniamencie Zdzicha Zawilskiego zakosztujemy mazurka czekoladowo-kajmakowego, pięknie udekorowanego w kolorze barw narodowych. 
Przygotowania już trwają, pogoda od kilku dni wymarzona. Oby się tylko nie popsuła. 
2 maja, o godz. 17  uczcimy rekordem Guinnessa Święto 'Dzień Flagi Polskiej'.

FOTORELACJA Z BICIA REKORDU GUINNESSA

Leżajsk bije rekord Guinnessa
FILMY VIDEO

A na zakończenie puszczanie białych i czerwonych balonów w powietrze


piątek, 10 lutego 2012

Mój Polski Fiat 126p

Dosłownie na kilka dni przed Świętami Bożego Narodzenia odebraliśmy w Rzeszowie nasz nowy samochód, marzenie niejednego Polaka w 1983 roku. Nasz Polski Fiat 126p w wersji ekonomicznej 650E był wyjątkowy,  kupiony w Pewexie za dolary,  z pakietem licznych udoskonaleń silnika. Głowica z nową komorą spalania, nowy wałek rozrządu, nowy aparat zapłonowy. Full wypas. Był młodszy od naszego syna zaledwie o rok. 
Nie zdążyliśmy się jeszcze nim nacieszyć, nie zdążyliśmy go nawet jeszcze opić, gdy dosłownie na drugi dzień od zakupu Fiata przydarzyła mi się moja pierwsza katastrofa samochodowa. 
Wracałam z dzieckiem do domu od rodziców, aż tu nagle przednia szyba samochodu zrobiła się mlecznobiała, jakby pokryta gazą czy gęstą pajęczyną, przesłaniając mi pole widzenia. To kamień spod mijającej ciężarówki uderzył w szybę i rozbił ją w 'drobny mak'. 
Rozpacz w domu była okropna, święta Bożego Narodzenia tuż tuż, a my nie zdążyliśmy się nacieszyć naszym nowym nabytkiem. Nie było możliwości szybkiego usunięcia usterki. Wizyta w PZU, gorączka przedświątecznych zakupów. Z powodu braku garażu, trzeba było nakryć samochód plandeką i święta spędzić w wielkim smutku i rozpaczy. 
Kilka lat później, naszym Maluchem wybraliśmy się na wczasy. Pokonaliśmy 700 km nad morze, nasze polskie, pojechaliśmy do Władysławowa. Co prawda znacznie bliżej moglibyśmy wypoczywać na Węgrzech, bo do Hajduszoboszlo mamy zaledwie 400 km, ale wybraliśmy Bałtyk ze względów zdrowotnych, wiadomo jod, bryza morska, ryby, Półwysep Helski, Trójmiasto etc.  Wczasy z dziećmi były wyjątkowo udane.  To była najdłuższa wyprawa w życiu naszego Malucha.
Zimą samochodem jeździliśmy na narty, latem nad wodę, jesienią na grzyby do lasu. Wybieraliśmy się na wycieczki w Bieszczady, na Roztocze, jeździliśmy w Pieniny. 
Zdarzało się, że maluch zastępował prawdziwego konia, organizowaliśmy kuligi,  za pomocą długiej liny zaczepionej do samochodu ciągnięte były sanki przez leśne ośnieżone dróżki w okolicach naszych leżajskich ogródków działkowych. Dzieci na sankach miały wielką frajdę. Oczywiście jechało się powolutku, daleko od szosy, zachowując środki ostrożności, bez narażenia dzieci na jakiś przykry wypadek. Jazda na sankach była bezpieczna. 
Dobra passa się skończyła wraz z wypadkiem, jaki przydarzył się mojemu nieletniemu wówczas synowi.  Zdarzało się, że podkradał ojcu kluczyki i jeździł po mieście maluchem nie mając prawa jazdy oczywiście.  Pewnego razu wjechał w jednokierunkową wysypaną żwirem uliczkę, pod prąd, musiał nieźle grzać, bo nie wyrobił na zakręcie, dachował i przy okazji skosił komuś kawał płotu. Co się działo potem i jaka awantura była w domu to lepiej przemilczę. 
Puentą tego wydarzenia niech będzie refleksja dla wszystkich rodziców. Mój syn wówczas ze zdziwieniem oświadczył:
- mamo, tym samochodem to się całkiem inaczej jeździ, niż w komputerze!

Mija 40 lat, odkąd wyprodukowano pierwszy samochód rodzinny. Mój Fiat w grudniu będzie obchodził też okrągłą rocznicę. Staruszkowi stuknie 30 lat! Jest na chodzie, ale nim nie jeżdżę. Czuję do niego wielki sentyment. 


wtorek, 7 lutego 2012

Natchnienie

Śmierć Wisławy Szymborskiej głęboko mnie poruszyła. Sięgnęłam po jej poezję. I ... noblistka natchnęła mnie.            
Limeryk o leżajskich pątnikach
      Pielgrzymują do Leżajska pątnicy 
      W hołdzie skarby zanoszą dziewicy 
      Miłowane klejnoty 
      Pożądanie niejednej cnoty 
      Ukrywane w portkach i spódnicy
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...