sobota, 22 lutego 2020

"Prawiek i inne czasy" - Olga Tokarczuk

"Prawiek i inne czasy" to mój świeży nabytek, jeszcze jej do końca nie przeczytałam, jestem w trakcie. Kupiłam z nadzieją, że jest równie dobra jak "Bieguni". 
Powinnam, jak to często czynię, sięgnąć ponownie zacząć czytać ją od nowa. Uważniej, ze zrozumieniem i refleksją, co autorka miała na myśli... Bo z pewnością miała. Realia pomieszane z metafizyką, filozofia z psychologią mają zapewne jakieś drugie dno, którego ja chyba nie zrozumiałam. Dobrze się czyta, z pewnością nie można odmówić naszej polskiej noblistce talentu, kunsztu i wyobraźni, ale szczerze mówiąc, nie jestem książką zachwycona. 
"Prawiek i inne czasy" to książka o przemijaniu i ludzkim losie, rodzaj sagi o bohaterach fikcyjnej wsi Prawiek, o ich życiu, marzeniach i rozczarowaniu, o bohaterach różnych, osadzonych w różnym czasie.
"Bo wszystko ma swój Czas, który wielokrotnie 'zakręcił młynka'. I jak to czas, trwając dalej, dla każdego kiedyś się kończy".

Mając ogromny sentyment do rodzinnych pamiątek, zwróciłam uwagę na ciekawy fragment, chyba jedyny godny uwagi w tej książce:

"Człowiek nie potrafi stwarzać z niczego, to boska umiejętność.
Młynek powstał w jakiejś manufakturze, a potem trafił do czyjegoś domu, gdzie codziennie przed południem mełł kawę. Trzymały go ręce ciepłe i żywe. Przyciskały go do jakichś piersi, gdzie pod perkalem czy flanelą biło ludzkie serce. Potem wojna przeniosła go swoim impetem z bezpiecznej półki w kuchni do pudła z innymi przedmiotami, w sakwojaże i worki, w wagony pociągów, którymi ludzie w panicznej ucieczce przed gwałtowną śmiercią parli przed siebie. Młynek, jak każda rzecz, wchłaniał w siebie cały zamęt świata: obrazy ostrzeliwanych pociągów, leniwe strumyczki krwi, porzucone domy, których oknami bawił się co roku inny wiatr. Wchłaniał w siebie ciepło stygnących ludzkich ciał i rozpacz porzucania tego, co znane. Dotykały go ręce i wszystkie one muskały go niezliczoną ilością emocji i myśli. Młynek je przejmował, taką ma bowiem zdolność wszelka materia - zatrzymywać to co ulotne i przemijalne.
Daleko na Wschodzie znalazł go Michał i jako łup wojenny schował do wojskowego plecaka. Wieczorem na postoju wąchał jego szufladkę - pachniało bezpieczeństwem, kawą, domem". 

I jeszcze jeden cytat godny uwagi:

"Są dwa rodzaje nauki. Od zewnątrz i od wewnątrz. Ten pierwszy uznawany jest za najlepszy lub nawet jedyny. Toteż ludzie uczą się poprzez podróże, oglądanie, czytanie, uniwersytety, wykłady - uczą się dzięki temu, co wydarza się poza nimi. Człowiek jest istotą głupią, która musi się uczyć. Dokleja więc do siebie wiedzę, zbiera ją jak pszczoła i ma jej coraz więcej, użytkuje ją i przetwarza. Ale to w środku, co jest 'głupie' i potrzebuje nauki, nie zmienia się".

"Dom zaczyna być wtedy, gdy jego ściany zamkną w sobie kawał przestrzeni. To ta zamknięta przestrzeń jest duszą domu." - Czyżby?

niedziela, 2 lutego 2020

Media donoszą. Wywiady, artykuły, książki, filmy

Postanowiłam zrobić sobie ściągawkę dot. artykułów, wywiadów, książek i in. literatury oraz filmów jakie ukazały się na temat mojej pasji, dotychczasowej działalności w Internecie. Oczywiście nie jestem w stanie zebrać wszystkiego, ale spróbuję zapisać to co pamiętam.

"Tropiciele Rodzinnych Tajemnic". Artykuł Doroty Kowalskiej, przy współpracy Karoliny Wasielewskiej ukazał się w tygodniku Newsweek Polska, w numerze 10/05 na stronie 74.
Jeśli postanowiłeś podążyć za modą i poświęcić się poszukiwaniu przodków, strzeż się! Nie ma bowiem rodziny bez mrocznych sekretów. Anna Ordyczyńska, mikrobiolog po pięćdziesiątce, do godziny 15 ślęczy nad mikroskopem w leżajskim sanepidzie. Kiedy po pracy zrzuca kitel, przemienia się w detektywa w spódnicy. I zamiast tropić bakterie w żywności, tropi zagadki historii i poplątane losy ludzkie. Genealogicznego bzika dostała cztery lata temu, kiedy w jej domu pojawił się komputer z Internetem: wpisała swoje nazwisko w wyszukiwarkę, by z rozczarowaniem stwierdzić, że o Ordyczyńskich nie ma ani jednej strony.Zaczęła więc szukać: najpierw żyjących krewnych, a potem tych, którzy już odeszli. Kiedy odtworzyła dzieje rodziny i narysowała drzewo genealogiczne - dziś liczy 1400 nazwisk - nie mogła się zatrzymać. - To wciąga jak narkotyk - mówi. Nie ma czasu ani ochoty na sprzątanie mieszkania, gotowanie też już jej nie interesuje. Tropi przodków ludzi, którzy ją o to poproszą. Za darmo, dla frajdy. Fotografuje tablice nagrobne na cmentarzach i wrzuca je do Internetu. - Może ktoś po drugiej stronie kuli ziemskiej, szukając swoich korzeni, znajdzie na moich zdjęciach ślad pozostawiony przez przodka - mówi. W obliczu zagadki czuje się jak Sherlock Holmes; podniesiony poziom adrenaliny, żołądek ściśnięty z wrażenia, wreszcie radość, gdy elementy łamigłówki ułożą się w całość.
  
 
"Dwa Światy" - Film o mojej pasji genealogicznej nakręcony przez TVP Rzeszów. Realizacja: Adam Mokrzycki, Jacek Tutak, Arkadiusz Gruszka, Maciej Jemioła, Marek Kołton. 

Anna Ordyczyńska znalazła sobie oryginalną pasję - tworzenie internetowych drzew genealogicznych. Szybko okazało się, że takich szczegółowych danych o pochodzeniu swoim i swojego nazwiska szukają miliony ludzi na całym świecie.

Życie pani Ordyczyńskiej zmieniło się całkowicie gdy kupiła komputer i podpięła go do Internetu. W swoim maleńkim pokoju szybko stworzyła wielką elektroniczną bazę danych. A wszystko z prozaicznego powodu. Prostego pytania jakie rodzicom zadaje wiele dzieci.
-”Mamo skąd myśmy się znaleźli tutaj w tym rejonie, okazało się, że nazwisko Ordyczyński w ogóle w Internecie nie występowało.”
Mama poszukiwaczka ustaliła, że przodkowie jej męża przybyli tu z Ukrainy, uciekając przed Kozakami. Stąd hipoteza o korzeniach tatarskich. I tak badania na temat genealogii mieszkanka Leżajska powiązała ze studiowaniem literatury, ksiąg parafialnych, dokumentów z urzędu stanu cywilnego i oczywiście analizą tysięcy zdjęć.
-”Wszystkie dane, które udało mi się znaleźć wrzucam systematycznie do Internetu ponieważ potrafię robić strony internetowe i właściwie internet traktuję jak brulion i wszystko co wiem mimo wszystko wrzucam to do Internetu.”
A to efekty. Emaile z Polski i całego świata. Ludzie proszą w nich o ustalenie nawet takich faktów: czy to właśnie murarze z podanej rodziny budowali ten zamek czy tamten kościół. Często są to informacje bardzo osobiste, bardzo rodzinne. Okazało się, że wielu z tych wirtualnych przyjaciół ma wspólnych przodków. To właśnie inspiruje do dalszych badań. Te niekończące się kreski i tabelki to właśnie drzewo genealogiczne autorstwa pani Ordyczyńskiej. Ta pasjonatka tworzy także tablice pokrewieństw. W ten sposób połączyła już pięć i pół tysiąca osób z całego świata. Tak jak odwiedzanie cmentarzy i odczytywanie informacji nie tylko tych dotyczących daty urodzin i śmierci. Forma nagrobka czy treść epitafium, albo liczba takich samych nazwisk to źródło informacji na temat konkretnego gniazda rodzinnego. W ten sposób fotograficzna baza danych wciąż rośnie i rośnie. I tak z zawodu pani mikrobiolog odkrywa losy ludzi tych mało znanych i tych zasłużonych, rabinów i księży, żołnierzy i jeńców. Na samych emailach z podziękowaniami, się nie kończy. 1 marca pani Ordyczyńska jedzie na spotkanie z internetowymi przyjaciółmi. Będą to 5 urodziny GENPOLU czyli pasjonatów poszukujących rodzinnych korzeni. Takich portali jest więcej. Osiągnięcia każdej z grup nie kończą się na wymianie informacji na blogach. Coraz więcej osób decyduje się na dokładne opisanie historii swojego drzewa rodzinnego czyli wydanie książki.



***
"Anna na tropie Ordyczyńskich" Aneta Gieroń, Super Nowości. Artykuł jest dostępny również na fakty.interia.pl
Co może robić stateczna mikrobiolog po godzinach? Czytać książki, plotkować z sąsiadkami, oglądać seriale?
- Czy ja wyglądam na nudziarę - śmieje się 54-letnia Anna Ordyczyńska z Leżajska, która przez ostatnich 8 lat stworzyła ponad 1000 drzew genealogicznych leżajskich rodzin, a wszystko zaczęło się od Stankiewiczów, rodziny jej ojca z kilkusetletnią historią, od zawsze związaną z dworem Giedroyciów.

- Po aparacie fotograficznym mnie poznacie - żartuje pani Anna. I ma rację. W jej mieszkaniu po otwarciu barku zamiast rzędem ustawionych trunków, leżą aparaty fotograficzne, od rosyjskich staroci, po współczesne cyfrówki. Brakuje tylko cyfrowej lustrzanki. - Boże, gdybym miała taki sprzęt, tobym dopiero utrwaliła historię Leżajska - wzdycha pani Ania.

- Ale z synami zbieramy pieniądze, w końcu uzbieramy.

Do 16 mikrobiolog, po godzinach tropicielka historii. Kobieta codziennie rano melduje się w leżajskim sanepidzie, gdzie pracuje jako mikrobiolog, a po godz. 16 staje się tropicielką ludzkich losów. - Nie lubię sprzątać, gotować, oglądać telewizji.

- Kocham Internet i żeby w życiu się działo - opowiada.

I od co najmniej 8 lat oj dzieje się. Niewinnie wyglądający kabel - przyłącz do sieci, świat Anny Ordyczyńskiej postawił na głowie. W Internecie spotkała dziesiątki pasjonatów takich jak ona sama. Dziś pierwszą rzeczą, jaką robi po powrocie z pracy do domu, jest odpalanie compa. Ostatni weekend spędziła w Warszawie. Była na zlocie zorganizowanym przez Tomka Nitscha, twórcę portalu genealogicznego. W stolicy zjawiło się ponad 100 tropicieli rodzinnych dziejów z całej Polski.

Internet dobry na wszystko

- W poniedziałek wróciłam do Leżajska i od tygodnia piszemy do siebie listy, wysyłamy zdjęcia z warszawskiej imprezy, podpowiadamy, jak znaleźć nowe materiały do tworzonych drzew genealogicznych, jesteśmy grupą najlepszych przyjaciół - opowiada pani Anna.

Ona sama w genealogiczne uzależnienie wpadła zaraz po tym, jak kilka lat temu w wyszukiwarce wpisała nazwisko Ordyczyńska, a w Internecie nie wyświetliła się ani jedna strona. Poszukiwania zaczęła od rodziny matki, Janiny Feldman i szybko się okazało, że ta ma korzenie wśród rdzennej ludności z okolic Leżajska i... XIX-wiecznych kolonistów niemieckich. Prababka pani Ani, mimo że urodzona w Tarnowcu i przez lata związana z Kuryłówką, do końca życia mówiła tylko po niemiecku. Za mezalians uważała małżeństwo syna z polską panną z Kuryłówki.

Stankiewicze na dworze Giedroycia

- Jeszcze bardziej pogmatwane są dzieje rodziny ze strony ojca, Antoniego Stankiewicza - opowiada Ordyczyńska. - Nazwisko Stankiewicz wskazuje na litewskie korzenie, choć rodzina ojca i dziadka mieszkała na Wołyniu. Dziadek był gajowym na dworze księcia Władysława Giedroycia.

Antoni Stankiewicz, ojciec pani Anny, świetnie znający Karpaty, w czasie II wojny przeprowadził ponad 100 osób z okupowanej Polski do Rumunii i na Węgry. Był przewodnikiem m.in. córki księcia Giedroycia. Po wojnie na krótko wrócił do Żubraczego k. Cisnej, gdzie się wychował, potem osiadł w Łańcucie, na stałe w Leżajsku. Dziś pan w starszym wieku, mimo skończonych 80 lat, ciągle zaskakuje rodzinę fantazją. Kilka lat temu w tajemnicy kupił skrzypce i uparł się, że nauczy się grać.

- Ojciec pojechał ze mną w sentymentalną podróż w Bieszczady. W Żubraczem trafiliśmy na grób księcia Władysława Giedroycia, który po naszym odkryciu wpisany został do wszystkich przewodników - opowiada kobieta.

Po bułki do sklepu z aparatem fotograficznym
Anna Ordyczyńska, wskazując na półki z pękatymi segregatorami, mówi o ponad 1000 drzew genealogicznych, jakie udało się jej odtworzyć.- Nie robię tego na zamówienie. Wszystkie te historie wiążą się z losami rodziny mojej albo męża - dodaje.

Kobieta nawet po bułki do sklepu nie wychodzi z domu bez torebki, w której zawsze ma aparat fotograficzny. W żadną podróż nie wyjeżdża bez kamery, ale najcenniejszy jest dyktafon. Nagrała setki godzin rozmów z członkami rodziny i najstarszymi mieszkańcami Leżajska.

- Żaden ze mnie Sherlock Holmes, macha ręką. - Pasjonuje mnie życie, ludzie, coś prawdziwego, a wszystko tak szybko odchodzi, staje się historią trudną do odtworzenia.

Jeśli trzeba, bywam Żydówką

A czy pani Anna jest Żydówką? - Bywa - śmieje się kobieta. Od kilku lat fascynuje się chasydami, co roku przyjeżdżającymi na grób cadyka Elimelecha do Leżajska. Ta fascynacja ma związek z teściową Ordyczyńskiej, która przez długie lata była strażniczką klucza do żydowskiego ohelu. Pani Ania robi zdjęcia, nagrywa rozmowy z chasydami, a wszystkie materiały umieszcza w Internecie, podobnie jak wyniki genealogicznych poszukiwań. Stateczna mikrobiolog, by skosztować koszernych potraw oraz podejrzeć śpiewających, modlących się ortodoksyjnych Żydów, sama przebierała się za Żydówkę i starała się być jak najbliżej najważniejszych wydarzeń związanych z cadykiem Elimelechem.

- Człowiek musi być odrobinę szalony - śmieje się.

- Teraz marzy mi się wyprawa do Petersburga, ale stać mnie tylko na kawę w Londynie, gdzie mogłabym polecieć z tanimi liniami. I polecę.

ANETA GIEROŃ 
**
Lniany posag "Z nimi łatwiej iść przez życie"- Edyta Golisz, "Poradnik domowy" Nr 13/2016. Pisałam o tym na blogu Lniany posag
***

"Pasja Anny Ordyczyńskiej" - Agata Kulczycka, Gazeta.pl; Agata Kulczycka 01-03-2005 NOWINY GAZETA CODZIENNA
Dla Anny Ordyczyńskiej każda rocznica śmierci cadyka Elimelecha jest wielkim wydarzeniem. - Biorę wtedy urlop - mówi. Podgląda chasydów podczas ich obrzędów, udaje Żydówkę, kosztuje potraw, szuka ciekawych ludzi, fotografuje, opisuje, a później swoje relacje zamieszcza w Internecie.
Anna Ordyczyńska z wykształcenia jest mikrobiologiem, pracuje w sanepidzie. Urodziła się w Leżajsku, ale o odbywających się co rok uroczystościach przy grobie Elimelecha nie wiedziała nic, zanim nie wyszła za mąż i nie przeprowadziła się do innej części miasta. Historią i tradycjami żydowskim zainteresowała ją także nieżyjąca już teściowa, która przez całe lata opiekowała się kluczem do cmentarza żydowskiego w Leżajsku. I koleżanka ze szkolnej ławki, która po ślubie wyemigrowała do Francji i dopiero tam dowiedziała się o niezwykłym święcie obchodzonym przez Żydów z całego świata w jej rodzinnym mieście i napisała Annie o tym. - Dopiero jako dorosła osoba zobaczyłam, co to jest za widowisko: stroje, obyczaje, zachowanie, tańce. Byłam pełna podziwu, gdy zobaczyłam, jak Żydzi potrafią się godzinami modlić - wyjaśnia Ordyczyńska.

Kiedyś z teściową, która znała jidysz, dziś częściej z synem, bieglej od niej posługującym się angielskim, stara się znaleźć i skłonić do rozmów i wspomnień interesujących ludzi przyjeżdżających do miasteczka na modły. Nie tylko rozmawia z nimi, ale stara się - chociaż jako widz - uczestniczyć w ich uroczystościach. - Nie, nie pozwalają się podglądać, ale staram się za wszelką cenę chociaż zajrzeć do sal, gdzie mężczyźni tańczą i śpiewają. Udaję Żydówkę, by skosztować koszernych potraw, które wówczas jedzą: chałek, ciast, ryb, sałatek. Udaje się to, bo mówią różnymi językami, przyjeżdżają z Ameryki, Izraela, Anglii, a ostatnio coraz więcej z Ukrainy. Chodzą także bardzo różnie ubrane, więc nietrudno się wmieszać w tłum - mówi. Bo na uroczystości do Leżajska przyjeżdżają także kobiety, choć nie wolno im się modlić ani świętować razem z mężczyznami.

Rozmowy, wspomnienia i wrażenia z uroczystości spisuje, a później publikuje na kolejnych stronach www, które umieszcza w internecie. Od dwóch miesięcy z całego świata odbiera e-maile z pytaniami, kiedy w Leżajsku spotykać się będą Żydzi. - Wiele osób przyjeżdża tu specjalnie po to, aby zobaczyć, jak świętują chasydzi - wyjaśnia Anna Ordyczyńska.

***
"Żyje z pasją" - Agnieszka Kopacz. Sztafeta 2008. Nr 13
***
Genealogia rodziny na tle historii regionu - pdf
Towarzystwo Miłośników Ziemi Leżajskiej Almanach Leżajski (Zeszyt 3/2009) 

***
Książka "Tajemniczy Świat Chasydów", która zawiera rozdział poświęcony Elimelechowi z Leżajska. 


***
1 marca 2016 w rocznicę śmierci cadyka Elimelecha przyjechała ekipa Telewizji Czeskiej - oddziału w Ostrawie, realizująca program Cesty víry (Drogi wiary). Pan Janusz Klimsza pracujący dla telewizji zbiera materiały o dynastiach chasydzkich. Miałam przyjemność udzielenia wywiadu o chasydach pielgrzymujących od lat do Leżajska, o cadyku Elimelechu, o wieloletnim dokumentowaniu jorcajtów na moich stronach w Internecie.


Pisałam o tym na blogu: 



****
Wywiad dla fińskiej gazety Helsingin Sanomat na temat kultywowania tradycji przez Żydów ortodoksyjnych pielgrzymujących do grobu cadyka Elimelecha w Leżajsku.
Dziennikarz przygotowuje ustawia sprzęt do przeprowadzenia wywiadu dla Reuters TV na temat fenomenu cadyka Elimelecha z Leżajska. 2011.03.26




****
"Album Rodzinny" - Film Piotra Rosołowskiego o rodzinie szukającej swoich korzeni został wyemitowany w Magazynie Młodzieżowym TV Raj 16 kwietnia 2004 roku w sobotę o godz. 16. 
W zapowiedzi programu napisano:
"Tomek Ordyczyński i Witek Kiersnowski mieszkają w Leżajsku, małym mieście na Podkarpaciu. Tomek w tym roku zdaję maturę, chce wyjechać na studia. To zabawne, że dla chłopaka w jego wieku pasjonującego się: jazdą na rowerze górskim, fotografią, podróżami, jedną z ważniejszych rzeczy jest album rodzinny. Sam starannie umieszczał w nim przedwojenne zdjęcia, rysował drzewo genealogiczne rodziny. W domu jest wiele pamiątek z przeszłości, stare dokumenty, zdjęcia przedwojennego Leżajska. Kiedyś jedną trzecią wszystkich mieszkańców miasta stanowili Żydzi, z których większość to byli ortodoksyjni Chasydzi. Przodkowie Tomka jako jedni z niewielu Polaków mieszkali w Żydowskiej dzielnicy. Po wojnie żydowski kwartał miasta opustoszał, jednak od połowy lat 80-tych do Leżajska pielgrzymują setki Chasydów z całego świata, aby pomodlić się nad grobem słynnego cadyka Elimelecha. Każdego roku na kilka dni miasto wraca do swojej galicyjskiej wielokulturowej przeszłości. Chasydzkie święto to ważne dni dla rodziny Ordyczyńskich.
Tomek każdego roku obserwuje i fotografuje pielgrzymujących Chasydów, Witek zna nawet język jidisz, nauczyła go babcia Janina. Pani Ordyczyńska to wyjątkowa postać zarówno dla tutejszych Polaków jak i przyjeżdżających Żydów. Przez lata zajmowała się cmentarzem, własnymi środkami dbała o nagrobki i nawet śmierć dosięgła ją w tym miejscu. Zmarła 15 lat temu w dniu pielgrzymki, upadła na ziemię niedaleko grobu Elimelecha w ręce trzymała klucz od bramy cmentarza. Tomek słabo pamięta babcię, dużo opowiadała mu o niej jego matka. Razem założyli stronę internetową rodziny Ordyczyńskich. Pod ich wpływem wiele osób z rodu zaczęło umieszczać podobne małe witryny w sieci".



****
Leżajszczanie w walce o niepodległość. Kurier Powiatowy
***
"Szlachcic żywcem pogrzebany przez diabła". Janusz Motyka. Nowiny, 30 lipca 2010
***
***
Dyrektor jezuickiego Centrum Kultury i Dialogu w Krakowie we współpracy ze Starostwem Powiatowym w Leżajsku zorganizował w dniach 28-29 listopada 2007 roku warsztaty dla młodzieży w Muzeum Ziemi Leżajskiej.

Projekt zrealizowano w ramach Programu dla Tolerancji - „To, co wspólne - to, co różne” Fundacji im. Stefana Batorego i Fundacji Żydowskiego Życia i Kultury im. Tada Laubego.

Ideą warsztatów było zachęcenie młodzieży ze szkół średnich, do udziału w kole zainteresowań wielokulturową przeszłością Leżajska, co mogłyby stanowić zalążek towarzystwa przyjaźni polsko-żydowskiej czy polsko-izraelskiej na Podkarpaciu.

Zainteresowanie kulturą żydowską i relacjami polsko-żydowskimi ułatwiłoby dialog z młodzieżą żydowską, odwiedzającą Leżajsk w ramach szkolnych wycieczek, dając podwaliny w rozwój przyjaznych relacji międzyludzkich, tak bardzo promowany i upragniony przez Jana Pawła II.

W dwudniowych warsztatach wzięło udział 60 uczniów z Leżajska, Nowej Sarzyny, Lubaczowa.

Warsztaty prowadziło kilkanaście osób z Polski i Izraela, w tym rabin, ksiądz, ocalały z Zagłady, a przede wszystkim młodzi Żydzi, zarówno z Polski, jak i z Izraela, którzy pomogli młodzieży odkryć, że żydowska obecność i kultura żydowska nie jest sprawą zamierzchłej i tragicznej przeszłości, ale jest czymś żywym, różnorodnym, fascynującym i przynależącym do kulturowej tożsamości każdego młodego Polaka.

Anna Ordyczyńska przedstawiła w formie prezentacji multimedialnej istniejące relacje polsko-żydowskie w wielokulturowym Leżajsku. Przedstawiła sylwetki Żydów i Polaków, którzy w okresie międzywojennym, mimo różnic narodowościowych, religijnych i kulturowych żyli w zgodzie, wspierali się w trudnych sytuacjach życiowych. Nakreśliła, jak wyglądało życie społeczne i religijne leżajskich Żydów. Przedstawiła historie Żydów ukrywanych przez polskie rodziny oraz historie Polaków ukrywających Żydów w czasie II Wojny Światowej.

***
***
Z inicjatywy Żydowskiego Instytutu Historycznego im. Emanuela Ringelbluma 1 kwietnia 2009 w Parlamencie Europejskim w Brukseli zorganizowano wystawę "Przybyli, odeszli ... są Żydzi Polscy. ". Ekspozycja zawierała fotografie mojego autorstwa. To wielkie dla mnie wyróżnienia. Po zamknięciu wystawy cała ekspozycja przedstawiana była w Żydowskim Instytucie Historycznym, a także w innych miastach.  
Zwiedzający mogli zapoznać się z wędrówką Żydów do Polski, ich działalnością w kraju, dorobkiem intelektualnym oraz twórczości artystycznej.
Wystawa przybliżała drogi Żydów do Polski, która na wiele wieków stała się dla nich schronieniem, podczas gdy w wielu krajach zachodniej Europy byli prześladowani i mordowani. Przez kolejne stulecia żydowska społeczność w Polsce rozrosła się, a jej kultura rozwinęła. Tutaj powstały najważniejsze ośrodki żydowskiej myśli religijnej i społecznej, później także politycznej i artystycznej. Z dorobku polskiego żydostwa korzystał judaizm na całym świecie. Wystawa przedstawiała wiele wątków historii polskich Żydów. Także ostatni etap ich drogi, czyli przeprowadzoną przez nazistowskie Niemcy planową Zagładę. Końcowy akcent pada na odradzające się życie żydowskie w Polsce.
Wystawa składała się nie tylko z tekstów, ale również bogatego materiału ilustracyjnego. Składała się z 31 paneli. Każdy o wymiarach: 190 x 95 x 1,5 cm.




***
Faks do Nieba. Jagienka Wilczak. Polityka - nr 13 (2238) z dnia 2000-03-25; s. 116-121
***
Szmonces na dachu. Polityka - nr 45 (2477) z dnia 2004-11-06; s. 68-70
Kultura / Moda na judaica



***
Biogram Janusza Dolnego ukazał się w Biuletynie Miejskim w Leżajsku
***

***
27 lutego 2020 Polskie Radio Rzeszów zawitało do Sarzyny, ja spotkałam się z Andrzejem Dańczyszynem i tylko wrzuciłam mały kamyczek do programu o Władysławie Sikorskim i jego pobycie w Leżajsku.

Linki:



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...