60% elektoratu Pawła Kukiza przekazało swoje głosy dla Andrzeja Dudy. Otworzyli drzwi do Pałacu Prezydenckiego człowiekowi z Krakowa nie dlatego, że popierają PiS, ale, żeby, jak to określił jeden z polityków zgruzować PO.
W I turze również głosowałam na Pawła Kukiza, mimo, że nie należę do grupy ludzi młodych popierających Kukiza. Zagłosowałam ponieważ nie zgadzam się z polityką Prezydenta Bronisława Komorowskiego wspierającego politykę Platformy Obywatelskiej. Żeby było jasne, nie złapałam się na lep obietnic Andrzeja Dudy.
W II turze głosowałam na Andrzeja Dudę, który w Leżajsku zdecydowanie wygrał we wszystkich dziewięciu Komisjach Obwodowych:
Andrzej Duda - 69,78%
Bronisław Komorowski - 30,22%
Uważam, że Pan Prezydent Bronisław Komorowski poniósł porażkę, płacąc cenę za wspieranie Platformy Obywatelskiej, głównie za:
- podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat bez możliwości dokonywania wyboru. Jestem za pracą 'aż do śmierci', ale pod warunkiem, że każdy dobrowolnie podejmuje decyzję. Nie wyobrażam sobie stomatologów, mikrobiologów, chirurgów, którzy w pracy muszą korzystać z bardzo mocnych okularów (wiem co mówię).
- tolerowanie arogancji i buty urzędników na poziomie lokalnym, nie szanowanie ludzi kompetentnych, zatrudnianie na ważnych stanowiskach ludzi bez jakichkolwiek kompetencji
- lekceważenie aspiracji ludzi we wszystkich kategoriach wiekowych
- lekceważenie problemu wyjazdu młodych, wykształconych ludzi do pracy za granicę. Politycy uważają, że emigracja jest szansą na zdobycie doświadczenia i powrót do kraju z 'dolarami', błędnie kalkulują, że Polacy będą zarabiać za granicą, a podatki płacić w Polsce
- lekceważenie problemu wyjazdu młodych, wykształconych ludzi z małych miejscowości, w którzy w poszukiwaniu pracy opuszczają swoje Małe Ojczyzny
- akceptację umów śmieciowych
- arogancję władzy w stosunku do ludzi pracujących za marne pieniądze
- pogardliwe wypowiadanie się polityków, ludzi mediów, świata kultury o Polakach, którym się nie powiodło w kraju po okresie transformacji
- samozadowolenie władzy i głuchota na krzyki niezadowolenia Polaków
zobacz też:
Debata sztuką manipulacji
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie podoba mi się. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie podoba mi się. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 maja 2015
czwartek, 21 maja 2015
Debata sztuką manipulacji
Dzisiaj debata kandydatów na urząd prezydenta.
Debaty cieszą olbrzymią akceptacją Polaków, są źródłem informacji o kandydacie, ale nie dajmy się zwariować i nie poddawajmy się manipulacji.
Media prześcigają się w stosowaniu atrakcyjnych trików, stosują motywy manipulacji wrażeniem, ale to nie dziwne, one walczą o słuchacza, czytelnika lub telewidza, o oglądalność, o sondaże. Zapraszają dziennikarzy, polityków, aktorów do oceniania kandydata pod względem atrakcyjności fizycznej, mowy ciała, gestów.
Atrakcyjną formą manipulacji jest atakowanie kandydata, jego rodziny, stosowanie chwytów poniżej pasa, uważam, że taka stosowanie takiej formy nie licuje z wizerunkiem przyszłej głowy państwa.
Wybierając się na wybory warto dowiedzieć się kim jest polityk. Warto jednak pamiętać, że:
- współczesna polityka to w dużym stopniu gra skutecznych manipulatorów i ich najszerszym zasobem technik manipulacji politycznej.
- politycy poddawani są szkoleniu w jaki sposób zastosować taktyki autoprezentacyjne, przedstawianie swoich zalet, a u przeciwnika wad, aby zbajerować wyborców. Stają się marionetkami, pociąganymi za sznurki przez sztaby wyborcze, ludzi od wizerunku, sondaże, media.
Ważnym kryterium wg mnie jest w dużej mierze zdolność władania językiem. I nie chodzi tu o znajomość języków obcych, to też, ale rażą mnie deklaracje kandydatów, którzy oferty polityczne, gospodarcze, społeczne prezentują 'Polaką'.
Ciekawa jestem, jaka będzie Twoja reakcja po debacie, który z kandydatów stworzył 'Polaką' ciekawszy wizerunek, który okaże się atrakcyjniejszą marionetką wykreowaną przez manipulatorów, zostanie 'głowom' państwa i będzie rządzić 'Polskom'.
Którego skreślisz, a którego zaakceptujesz?
Którego skreślisz, a którego zaakceptujesz?
czwartek, 26 czerwca 2014
Deep Purple - Child in Time
Child in Time to jeden z nieśmiertelnych hymnów rocka. Stworzony przez brytyjski zespół Deep Purple. Po raz i ten utwór ukazał się na albumie ‘Concerto for Group and Orchestra w XII 1969 roku, potem w 1970. To jedna z najbardziej znanych kompozycji grupy.
Niejednokrotnie wcześniej słuchałam go, ale doceniłam jego majstersztyk dopiero, gdy słuchałam go w zupełnie innych okolicznościach, niż się słucha na koncercie. Wtedy po raz pierwszy zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zwróciłam szczególnie uwagę na ten utwór dopiero, gdy znalazłam się w traumatycznych chwilach mojego życia.
Zmarł Piotrek, mój mąż, nagle, niespodziewanie i na dodatek w młodym wieku. Przeżywaliśmy w rodzinie ogromną traumę, zwłaszcza dzieci, które były naocznymi świadkami umierania ojca.
Jurek na okrągło puszczał wtedy i to na cały regulator Deep Purple, m. in. piosenkę Child in Time, a ja mu wcale nie zakazywałam. Zdawałam sobie sprawę, że ludzie będą zgorszeni. Namiętnie też słuchał Scorpionsów, Guns N' Roses - Don't Cry,
Eagles - Hotel California (Lyrics).
Ojciec w kaplicy, jeszcze nie pochowany do grobu, a im tak wesoło, że puszczają sobie piosenki – domyślałam się takich komentarzy.
Wisiało mi to wtedy, co sobie ludzie pomyślą. Deep Purple był ulubionym zespołem Piotrka. Rozumiałam mojego syna i usprawiedliwiałam go. Słuchanie piosenek z ulubionej płyty ojca było wyrazem oddawania ojcu hołdu. Pod względem lirycznym, jak i muzycznym piosenki zespołu Deep Purple koją ból i cierpienie.
Wymowny tekst, krótki, ale treściwy. Bliski tamtym czasom i grany w duchu tamtych czasów, w stylistyce rockowej, a właściwie hipisowskiej. Czasów zimnej wojny, pacyfistycznych idei, protest-songów.
Twórca utworu Ian Gillan przekuł tekst piosenki w artystyczne dzieło. Mimo, że 2-3 razy dłuższe od przeciętnych piosenek, jest słuchane nieprzerwanie od tylu lat przez melomanów na całym świecie.
Kiedy jest mi źle, kiedy mam chandrę, kiedy ktoś mi wbija w plecy nóż z przyjemnością puściłabym sobie płytę na cały regulator, żeby w rytmie rockowej muzyki wykrzyczeć swój żal do świata, do bliskich, do kolegów z pracy, do złych ludzi, którzy sprawili mi ból. Tylko, że nie wypada, mam opory ze względu na …. No, właśnie, dlaczego?
Może ze względu na mój wiek, a może, żeby stłumić negatywne emocje i nie dawać satysfakcji podłym ludziom.
"Ślepiec strzelający w świat". Aktualne?
***
Niejednokrotnie wcześniej słuchałam go, ale doceniłam jego majstersztyk dopiero, gdy słuchałam go w zupełnie innych okolicznościach, niż się słucha na koncercie. Wtedy po raz pierwszy zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zwróciłam szczególnie uwagę na ten utwór dopiero, gdy znalazłam się w traumatycznych chwilach mojego życia.
Zmarł Piotrek, mój mąż, nagle, niespodziewanie i na dodatek w młodym wieku. Przeżywaliśmy w rodzinie ogromną traumę, zwłaszcza dzieci, które były naocznymi świadkami umierania ojca.
Jurek na okrągło puszczał wtedy i to na cały regulator Deep Purple, m. in. piosenkę Child in Time, a ja mu wcale nie zakazywałam. Zdawałam sobie sprawę, że ludzie będą zgorszeni. Namiętnie też słuchał Scorpionsów, Guns N' Roses - Don't Cry,
Eagles - Hotel California (Lyrics).
Ojciec w kaplicy, jeszcze nie pochowany do grobu, a im tak wesoło, że puszczają sobie piosenki – domyślałam się takich komentarzy.
Wisiało mi to wtedy, co sobie ludzie pomyślą. Deep Purple był ulubionym zespołem Piotrka. Rozumiałam mojego syna i usprawiedliwiałam go. Słuchanie piosenek z ulubionej płyty ojca było wyrazem oddawania ojcu hołdu. Pod względem lirycznym, jak i muzycznym piosenki zespołu Deep Purple koją ból i cierpienie.
Wymowny tekst, krótki, ale treściwy. Bliski tamtym czasom i grany w duchu tamtych czasów, w stylistyce rockowej, a właściwie hipisowskiej. Czasów zimnej wojny, pacyfistycznych idei, protest-songów.
Twórca utworu Ian Gillan przekuł tekst piosenki w artystyczne dzieło. Mimo, że 2-3 razy dłuższe od przeciętnych piosenek, jest słuchane nieprzerwanie od tylu lat przez melomanów na całym świecie.
Kiedy jest mi źle, kiedy mam chandrę, kiedy ktoś mi wbija w plecy nóż z przyjemnością puściłabym sobie płytę na cały regulator, żeby w rytmie rockowej muzyki wykrzyczeć swój żal do świata, do bliskich, do kolegów z pracy, do złych ludzi, którzy sprawili mi ból. Tylko, że nie wypada, mam opory ze względu na …. No, właśnie, dlaczego?
Może ze względu na mój wiek, a może, żeby stłumić negatywne emocje i nie dawać satysfakcji podłym ludziom.
"Ślepiec strzelający w świat". Aktualne?
| Sweet child in time, you'll see the line Line that's drawn between good and bad See the blind man shooting at the world Bullets flying, ooh taking toll If you've been bad - Oh Lord I bet you have And you've not been hit oh by flying lead You'd better close your eyes, aahaouho bow your head Wait for the ricochet Ooo-ooo-ooo-ooo.. Ooo-ooo-ooo-ooo.. Aaa-aaa-aaa.. Oh, I wanna hear you sing.. Aaa-aaa-aaa.. Oaoh.. AAA-AAA-AAA!! AAA-AAA-AAA!! |
Słodkie dziecko, z czasem dostrzeżesz granicę Granicę wyznaczoną pomiędzy dobrem i złem Spójrz na tego ślepca strzelającego w świat Kule latają, zbierają żniwo Jeśli byłeś zły, o Panie, z pewnością byłeś, I nie zostałeś trafiony latającym ołowiem, Lepiej zamknij oczy i pochyl głowę Poczekaj na rykoszet Ooo-ooo-ooo-ooo.. Ooo-ooo-ooo-ooo.. Aaa-aaa-aaa.. Oh, I wanna hear you sing.. Aaa-aaa-aaa.. Oaoh.. AAA-AAA-AAA!! AAA-AAA-AAA!! |
piątek, 20 czerwca 2014
Choć dwaj robią to samo, to nie jest to samo
Od 10 lat jesteśmy w Unii. Wydawało się nam, że powinniśmy być zadowoleni, że bilans powinien być na plus. Wg badań UE ponad 60% polskiego społeczeństwa żyje na granicy nędzy. My to wiemy, szkoda, że do polityków takie wskaźniki nie przemawiają. Cynicznie krytykują i oceniają narzekających Polaków. Zwykły pracownik w Polsce ma 10 razy więcej obowiązków w pracy, niż pracownik na zachodzie. Zarabia też 10 razy, tyle, że mniej.
Ale kto zrozumie głodnego? Czy powinnam się przejmować ostatnimi wydarzeniami z aferą podsłuchową w tle, śledzić osiągnięcia odpowiedzialnych za nasze bezpieczeństwo, wymyślać kto za tym stoi? Służby specjalne, obcy wywiad, pazerny przestępca, który chce zarobić na 'taśmach'?
A co politycy? Przy suto zastawionych knajpianych stołach? Którzy niczym sudoku rozwiązują polityczne układanki. Byle tak jak w sudoku cyfry się zgadzały.
Czy wybór kolejnego garnituru rządzących elit zmieni nasz status materialny?
Nawet gdyby zmienili przepisy i wprowadzili jednomandatowe okręgi wyborcze to i tak nie ma na kogo głosować, więc pewnie nic się nie zmieni.
Napawa mnie jednak optymizmem stare rzymskie porzekadło, które powiada:
si duo faciunt idem, non est idem.
Choć dwaj robią to samo, to nie jest to samo.
środa, 4 czerwca 2014
Moje życie 25 lat po transformacji
Chciałabym podzielić się refleksją na temat czasów PRLu i okresu po transformacji systemowej. Mija właśnie 25 lat od wydarzeń, kiedy to 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.
Na tę okoliczność do Polski przybył prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama. Uświetnił uroczystości jubileuszowe. Wygłosił piękne i wzruszające przemówienie o przemianach, o ludziach Solidarności i o przyjaźni, którą zadeklarował. Bardzo się wzruszyłam, aż mi się łezka w oku zakręciła, kiedy połechtał nasze polskie zakompleksione dusze.
Tak więc, skoro przeżyłam połowę życia w czasach PRL, a drugą połowę w Polsce już po przemianach rozkwitu gospodarczego i społecznego czuję się wywołana do tablicy.
Prawie pół życia przeżyłam w czasach PRLu i drugą połowę w czasach po transformacji. Mam więc prawo do wyrażenia refleksji na ten temat.
Jak było? Jak jest? Jak wygląda bilans przed i po transformacji systemu? Czy było faktycznie tak źle jak to media przedstawiają?
Trzeba odróżnić okres PRLu ten z czasów gierkowskich i rozkwitu przemysłu od okresu, gdy zaczynało wszystkiego brakować, a społeczeństwo zaczęło budzić się do zrywu wolnościowego. Bo Koniec lat 70. był rzeczywiście nieciekawy.
Pierwsze kolejki, jakie pamiętam pojawiły się przed sklepami spożywczymi za cukrem. No, może jeszcze za papierem toaletowym. Był to rok chyba 1977. Ludzie młodzi kojarzą tamte czasy z wyrobami czekoladopodobnymi. A to nieprawda. Był duży asortyment prawdziwych czekolad. Kolekcjonowałam opakowania, miałam ich sporo to wiem. Jak słyszę o wyrobach czekoladopodobnych to od razu kojarzą mi się wyroby kiełbasopodobne i szynkopodobne jakie możemy dzisiaj spotkać na półkach marketów.
W 89. wszystko miało swój inny wymiar. Wyborów do parlamentu nie pamiętam, ale na pewno byłam głosować, na pewno na Solidarność. To było dla wszystkich Polaków ogromnie ważne wydarzenie.
Pamiętam z 89. roku, że wtedy wyjechałam na wspaniałą wycieczkę do Rostowa nad Donem, wtedy jeszcze do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Żeby poczuć atmosferę Cichego Donu, kozaków, zobaczyć ślady Michaiła Szołochowa. On tam się urodził, mieszkał i tworzył. Podobno byliśmy pionierską grupą polskich turystów, którzy zdecydowali się pokonać stepy, ziemię kozaków dońskich. Żeby poczuć tamte klimaty wystarczyło posiadać jedynie wkładkę paszportową zamiast paszportu. Miłą pamiątką z tego okresu pozostały mi 4 złote pierścionki, jakie udało mi się bez problemu kupić w Azowie nad Morzem Azowskim. Mieszkał tu Maksym Gorki.
W 1989 roku byliśmy również na wycieczce we Wrocławiu. Z planu wycieczki wypadło ZOO. Nie pojechaliśmy, ponieważ trzeba było długo czekać na spóźnialskich, niezdyscyplinowanych turystów. Oni zamiast zwiedzać starówkę wybrali się na zakupy do sklepów ze sprzętem AGD. Szczęśliwcy przytargali do autokaru kuchnie. Tak, tak! Kuchnie gazowe. Byłam wściekła. Wybrałam się z małymi dziećmi na wycieczkę, specjalnie, aby zobaczyli zwierzaki w ZOO, pokonaliśmy chyba z 700 km i co? Wielkie rozczarowanie.
89. to dla mnie przełomowy rok. Mój najstarszy syn był pierwszym rocznikiem, który poszedł do szkoły tj. rozpoczął edukację już w wolnej Polsce.
Niestety, pokolenie młodych wykształconych mają bardzo trudny start. Jest znakomicie wykształcone, ale niestety nie mają stałej pracy. Pracują na umowach śmieciowych, albo za granicą. Bez perspektyw na wypracowanie emerytury.
Różne są wyznaczniki wolności. Dla jednych praca, dla innych godne zarobki, wolność słowa, dla innych zerwanie żelaznej kurtyny i zniesienie granic.
Firmy nadal bezkarnie uciekają w szarą strefę, tak, jak to było w czasach 80. gdy cinkciarze dorabiali się na handu dolarami. Stali wtedy bezkarnie pod Pewexem, miętosili grube pliki dolarów i nie bali się nikogo. Trzeba przypomnieć, że wtedy zarabiałam 8 $ na miesiąc. Politycy chętnie wytykają, że teraz zarabia się wielokrotnie więcej. Ale czy to od razu oznacza, że zarabiamy więcej? Wielokrotnie to się chyba zwiększyło rozwarstwienie społeczne, a nie nasze zarobki.
Politycy obrzucają się inwektywami, zarzucają np. za małe dopłaty do hektara dla rolników w porównaniu z wysokością dopłat dla niemieckich czy francuskich rolników. Ciekawe wymagania, uważam jednak, że uczciwej by było, gdyby równocześnie zestawili i porównali zarobki Polaków i Niemców, też w przeliczeniu na Euro.
Ciężko było przed transformacją otrzymać własne mieszkanie. Trzeba było mieć duże znajomości i kasę na łapówki. Ale się budowało. W Leżajsku pierwszy blok wybudowano za 2 mln. zł. jako blok zakładowy dla pracowników LWTP, pod koniec lat 50. Kolejne 3 bloki (to te koło stacji PKP) wybudowano w latach 1959-61, inwestycja za 6 mln. Złotych, a potem jeszcze następne 3 bloki za sądem, na ul. Staszica. Do 1975r wybudowano 12 bloków (1068 mieszkań). Ciekawostką jest fakt, że początkowo nie było chętnych na te mieszkania.
W czasach Edwarda Gierka, zostało wybudowanych wielu zakładów pracy w Leżajsku. Gierek, zasłynął z tego, że ogromnie zadłużył Polskę, ale przynajmniej wybudował kilkaset ogromnych zakładów, zapewniając Polakom pracę. I tego faktu nikt nie zmieni.
W Leżajsku powstały Zakłady Silikatowe, ZPOW Hortex, Browar, czyli Zakłady Piwowarskie, Wytwórnia Tytoniu - LWTP. Ludzie mieli pracę, dbano wtedy o rodziny, ich dzieci jeździły na kolonie, wycieczki, obozy. Pracownicy jeździli na wczasy. Teraz też jeżdżą, tylko czy wszyscy?
Ciekawe zestawienia przedstawił Kazimierz Kuźniar w swojej książce o Powiatowej Radzie Narodowej w Leżajsku.
W Leżajsku w 1956 roku mieszkało ok. 6 tysięcy mieszkańców, z czego:
2030 osób pracowało w przemyśle.
W tym czasie 8 osób miało samochód osobowy, a 26 samochody ciężarowe, 131 motocykle, w 250 domach były aparaty telefoniczne. Było 1324 aparaty radiowe. Nie było telewizorów. Nad zdrowiem mieszkańców czuwało 8 lekarzy i 3 dentystów.
Analogicznie w 1970 roku mieszkało ok. 9700 mieszkańców, z czego:
3980 osób pracowało w przemyśle.
W tym czasie w Leżajsku było 158 samochodów osobowych, a 132 samochody ciężarowe, 2588 motocykli, w 418 domach były aparaty telefoniczne. Było 6997 aparatów radiowych. I było już 1924 telewizory. Nad zdrowiem mieszkańców czuwało 30 lekarzy i 10 dentystów.
Miałam zamiar napisać, jak wygląda moje życie 25 lat po transformacji, ale odechciało mi się. Nie chcę psuć tego święta. Zresztą pisałam o tym co mi się nie podoba wielokrotnie na moim blogu.
Na tę okoliczność do Polski przybył prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama. Uświetnił uroczystości jubileuszowe. Wygłosił piękne i wzruszające przemówienie o przemianach, o ludziach Solidarności i o przyjaźni, którą zadeklarował. Bardzo się wzruszyłam, aż mi się łezka w oku zakręciła, kiedy połechtał nasze polskie zakompleksione dusze.
Tak więc, skoro przeżyłam połowę życia w czasach PRL, a drugą połowę w Polsce już po przemianach rozkwitu gospodarczego i społecznego czuję się wywołana do tablicy.
Prawie pół życia przeżyłam w czasach PRLu i drugą połowę w czasach po transformacji. Mam więc prawo do wyrażenia refleksji na ten temat.
Jak było? Jak jest? Jak wygląda bilans przed i po transformacji systemu? Czy było faktycznie tak źle jak to media przedstawiają?
Prawd jest wiele, w zależności kto je przedstawia i o jakim okresie się wypowiada.
Każde pokolenie ma inne spojrzenie na wydarzenia sprzed 25 lat.
Pokolenie, które przeżyło koszmar wojny, represje i czasy stalinowskie, na pewno nie skrytykuje czasów pod rządami Edwarda Gierka. Bo i ja się źle nie wypowiem, mimo, że wojny nie przeżyłam.
Młodzi mogą sobie ponarzekać, bo oni nie znali realiów tamtych czasów i nie doświadczyli przykrości. Znają tamte czasy jedynie z historii, albo opowiadań innych ludzi, a najprawdopodobniej z propagandowych mediów.
Nie było tak źle. O PRLu mówię, o czasach mojego dzieciństwa i mojej młodości.
Półki sklepowe były zapełnione, oczywiście na miarę tamtych czasów. Bo przecież był okres, że nie każdy miał telewizor, samochód czy willę z ogródkiem. Nikt też nie wyjeżdżał na Zachód, żyliśmy za żelazną kurtyną. Ale każdy miał swoją osobistą Ojczyznę, którą kochał. Miał pracę, rodzinę, kultywował swoje wartości. Ludzie byli szczęśliwi.
Każde pokolenie ma inne spojrzenie na wydarzenia sprzed 25 lat.
Pokolenie, które przeżyło koszmar wojny, represje i czasy stalinowskie, na pewno nie skrytykuje czasów pod rządami Edwarda Gierka. Bo i ja się źle nie wypowiem, mimo, że wojny nie przeżyłam.
Młodzi mogą sobie ponarzekać, bo oni nie znali realiów tamtych czasów i nie doświadczyli przykrości. Znają tamte czasy jedynie z historii, albo opowiadań innych ludzi, a najprawdopodobniej z propagandowych mediów.
Nie było tak źle. O PRLu mówię, o czasach mojego dzieciństwa i mojej młodości.
Półki sklepowe były zapełnione, oczywiście na miarę tamtych czasów. Bo przecież był okres, że nie każdy miał telewizor, samochód czy willę z ogródkiem. Nikt też nie wyjeżdżał na Zachód, żyliśmy za żelazną kurtyną. Ale każdy miał swoją osobistą Ojczyznę, którą kochał. Miał pracę, rodzinę, kultywował swoje wartości. Ludzie byli szczęśliwi.
W 89. wszystko miało swój inny wymiar. Wyborów do parlamentu nie pamiętam, ale na pewno byłam głosować, na pewno na Solidarność. To było dla wszystkich Polaków ogromnie ważne wydarzenie.
Pamiętam z 89. roku, że wtedy wyjechałam na wspaniałą wycieczkę do Rostowa nad Donem, wtedy jeszcze do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Żeby poczuć atmosferę Cichego Donu, kozaków, zobaczyć ślady Michaiła Szołochowa. On tam się urodził, mieszkał i tworzył. Podobno byliśmy pionierską grupą polskich turystów, którzy zdecydowali się pokonać stepy, ziemię kozaków dońskich. Żeby poczuć tamte klimaty wystarczyło posiadać jedynie wkładkę paszportową zamiast paszportu. Miłą pamiątką z tego okresu pozostały mi 4 złote pierścionki, jakie udało mi się bez problemu kupić w Azowie nad Morzem Azowskim. Mieszkał tu Maksym Gorki.
89. to dla mnie przełomowy rok. Mój najstarszy syn był pierwszym rocznikiem, który poszedł do szkoły tj. rozpoczął edukację już w wolnej Polsce.
Niestety, pokolenie młodych wykształconych mają bardzo trudny start. Jest znakomicie wykształcone, ale niestety nie mają stałej pracy. Pracują na umowach śmieciowych, albo za granicą. Bez perspektyw na wypracowanie emerytury.
Różne są wyznaczniki wolności. Dla jednych praca, dla innych godne zarobki, wolność słowa, dla innych zerwanie żelaznej kurtyny i zniesienie granic.
Firmy nadal bezkarnie uciekają w szarą strefę, tak, jak to było w czasach 80. gdy cinkciarze dorabiali się na handu dolarami. Stali wtedy bezkarnie pod Pewexem, miętosili grube pliki dolarów i nie bali się nikogo. Trzeba przypomnieć, że wtedy zarabiałam 8 $ na miesiąc. Politycy chętnie wytykają, że teraz zarabia się wielokrotnie więcej. Ale czy to od razu oznacza, że zarabiamy więcej? Wielokrotnie to się chyba zwiększyło rozwarstwienie społeczne, a nie nasze zarobki.
Politycy obrzucają się inwektywami, zarzucają np. za małe dopłaty do hektara dla rolników w porównaniu z wysokością dopłat dla niemieckich czy francuskich rolników. Ciekawe wymagania, uważam jednak, że uczciwej by było, gdyby równocześnie zestawili i porównali zarobki Polaków i Niemców, też w przeliczeniu na Euro.
Ciężko było przed transformacją otrzymać własne mieszkanie. Trzeba było mieć duże znajomości i kasę na łapówki. Ale się budowało. W Leżajsku pierwszy blok wybudowano za 2 mln. zł. jako blok zakładowy dla pracowników LWTP, pod koniec lat 50. Kolejne 3 bloki (to te koło stacji PKP) wybudowano w latach 1959-61, inwestycja za 6 mln. Złotych, a potem jeszcze następne 3 bloki za sądem, na ul. Staszica. Do 1975r wybudowano 12 bloków (1068 mieszkań). Ciekawostką jest fakt, że początkowo nie było chętnych na te mieszkania.
W czasach Edwarda Gierka, zostało wybudowanych wielu zakładów pracy w Leżajsku. Gierek, zasłynął z tego, że ogromnie zadłużył Polskę, ale przynajmniej wybudował kilkaset ogromnych zakładów, zapewniając Polakom pracę. I tego faktu nikt nie zmieni.
W Leżajsku powstały Zakłady Silikatowe, ZPOW Hortex, Browar, czyli Zakłady Piwowarskie, Wytwórnia Tytoniu - LWTP. Ludzie mieli pracę, dbano wtedy o rodziny, ich dzieci jeździły na kolonie, wycieczki, obozy. Pracownicy jeździli na wczasy. Teraz też jeżdżą, tylko czy wszyscy?
Ciekawe zestawienia przedstawił Kazimierz Kuźniar w swojej książce o Powiatowej Radzie Narodowej w Leżajsku.
W Leżajsku w 1956 roku mieszkało ok. 6 tysięcy mieszkańców, z czego:
2030 osób pracowało w przemyśle.
W tym czasie 8 osób miało samochód osobowy, a 26 samochody ciężarowe, 131 motocykle, w 250 domach były aparaty telefoniczne. Było 1324 aparaty radiowe. Nie było telewizorów. Nad zdrowiem mieszkańców czuwało 8 lekarzy i 3 dentystów.
Analogicznie w 1970 roku mieszkało ok. 9700 mieszkańców, z czego:
3980 osób pracowało w przemyśle.
W tym czasie w Leżajsku było 158 samochodów osobowych, a 132 samochody ciężarowe, 2588 motocykli, w 418 domach były aparaty telefoniczne. Było 6997 aparatów radiowych. I było już 1924 telewizory. Nad zdrowiem mieszkańców czuwało 30 lekarzy i 10 dentystów.
Miałam zamiar napisać, jak wygląda moje życie 25 lat po transformacji, ale odechciało mi się. Nie chcę psuć tego święta. Zresztą pisałam o tym co mi się nie podoba wielokrotnie na moim blogu.
środa, 19 lutego 2014
Żyj życiem własnym
Nie dość, że życie tak ogólnie daje mi w dupę, to jeszcze dodatkowo irytuje mnie telewizja. Już palce mnie bolą od pilota i przeskakiwania po kanałach.
Ilekroć chciałoby się oglądnąć w TV coś ambitniejszego, albo nawet coś lżejszego, tak dla relaksu, tylekroć natykam się na wypadki samochodowe, gęby pedofilii i innych zboczeńców.
Ileż można? Kto to ogląda? Czy naprawdę ludzie bez przerwy wgapiają się telewizor, gdy leci Brevik, Mariusz T. czy ksiądz z zasłoniętą twarzą? Czy naprawdę ludzie żyją życiem Katarzyny i losem jej córki Madzi?
Wcześniej media karmiły nas losem Fritzla, a teraz bez przerwy jak nie Madzia, to Mariusz T., to znowu jakiś pedofil, przypominając mi jednocześnie, że to ja, z mojej własnej kieszeni będę opłacała ‘pilnowaczy’ chroniących życie degeneratów. Z mojej marnej pensji. Czy ktoś się mnie pytał o zgodę?
Ilekroć chciałoby się oglądnąć w TV coś ambitniejszego, albo nawet coś lżejszego, tak dla relaksu, tylekroć natykam się na wypadki samochodowe, gęby pedofilii i innych zboczeńców.
Ileż można? Kto to ogląda? Czy naprawdę ludzie bez przerwy wgapiają się telewizor, gdy leci Brevik, Mariusz T. czy ksiądz z zasłoniętą twarzą? Czy naprawdę ludzie żyją życiem Katarzyny i losem jej córki Madzi?
Wcześniej media karmiły nas losem Fritzla, a teraz bez przerwy jak nie Madzia, to Mariusz T., to znowu jakiś pedofil, przypominając mi jednocześnie, że to ja, z mojej własnej kieszeni będę opłacała ‘pilnowaczy’ chroniących życie degeneratów. Z mojej marnej pensji. Czy ktoś się mnie pytał o zgodę?
Żyj życiem własnym. Przełącz kanał TV, kiedy w mediach pokażą ci podejrzane gęby! Bojkotujcie programy, które bandziorów kreują na bohaterów rozpoznawalnych bardziej niż ich ofiary.
sobota, 6 kwietnia 2013
Nasza polska bieda
Z cyklu - Fajny film wczoraj widziałam. Polecam bardzo ciekawą rozmowę Grzegorza Miecugowa z Witoldem Szabłowskim w programie Inny Punkt Widzenia.
Witold Szabłowski razem z żoną stworzyli sobie swój własny PRL, a refleksje opisali w książce.
Mamy za sobą 23 lata transformacji. Jak żyjemy? Czy tak, jak chcielibyśmy żyć, czy może tak, że lepiej byłoby cofnąć czas i wrócić do czasów PRL.
Bo w PRL-u wszyscy żyliśmy jednakowo biedni i jednakowo bogaci. Nie spotykało się ludzi grzebiących w śmietnikach za jedzeniem. Jeśli już, to najwyżej szukano tam kolorowych puszek do kolekcji, czy jakiś zagranicznych gadżetów.
Dzisiaj trwa walka o przetrwanie ludzi wykluczonych. Grzebią na potęgę w śmietnikach. Nie narzekają.
Potrafią zarobić na puszkach po piwie, umeblować mieszkanie, a nawet się wyżywić. Na śmietniku można znaleźć wersalki, fotele, dywany, telewizory sprawne, ale starej generacji, garnitury, buty etc etc.
Ludzie dzisiaj wyrzucają olbrzymie ilości jedzenia. Dobrobyt całkowicie przesłonił im świat, nie widzą kryzysu, nie widzą biedy wokół siebie. W pogoni za pieniądzem, zapominają o dobrosąsiedzkich relacjach, takich jakie towarzyszyły ludziom w czasach przed transformacją. Dzisiaj luksusem są drogie samochody i szybka jazda nimi, apartament w stolicy, niekoniecznie naszej i złota karta do konta w banku.
I tylko poczucia wspólnoty i solidarności im brakuje. I pewnie o tym nie wiedzą, nie mają świadomości, że taka solidarność z biednymi, wykluczonymi mogłaby ich uszczęśliwić.
Bo w ludziach jest tęsknota za kontaktem z prawdziwym człowiekiem, za prawdziwymi, szczerymi relacjami z człowiekiem.
Tak jak to było w czasach PRL-u, gdzie człowiek człowiekowi nie był wilkiem.
Moje refleksje na temat PRL, co nam zostało z tamtych lat, jak zapisały się one w mojej pamięci opisałam na stronie Dziewczyny z PRLu
Witold Szabłowski razem z żoną stworzyli sobie swój własny PRL, a refleksje opisali w książce.
Mamy za sobą 23 lata transformacji. Jak żyjemy? Czy tak, jak chcielibyśmy żyć, czy może tak, że lepiej byłoby cofnąć czas i wrócić do czasów PRL.
Bo w PRL-u wszyscy żyliśmy jednakowo biedni i jednakowo bogaci. Nie spotykało się ludzi grzebiących w śmietnikach za jedzeniem. Jeśli już, to najwyżej szukano tam kolorowych puszek do kolekcji, czy jakiś zagranicznych gadżetów.
Potrafią zarobić na puszkach po piwie, umeblować mieszkanie, a nawet się wyżywić. Na śmietniku można znaleźć wersalki, fotele, dywany, telewizory sprawne, ale starej generacji, garnitury, buty etc etc.
Ludzie dzisiaj wyrzucają olbrzymie ilości jedzenia. Dobrobyt całkowicie przesłonił im świat, nie widzą kryzysu, nie widzą biedy wokół siebie. W pogoni za pieniądzem, zapominają o dobrosąsiedzkich relacjach, takich jakie towarzyszyły ludziom w czasach przed transformacją. Dzisiaj luksusem są drogie samochody i szybka jazda nimi, apartament w stolicy, niekoniecznie naszej i złota karta do konta w banku.
I tylko poczucia wspólnoty i solidarności im brakuje. I pewnie o tym nie wiedzą, nie mają świadomości, że taka solidarność z biednymi, wykluczonymi mogłaby ich uszczęśliwić.
Bo w ludziach jest tęsknota za kontaktem z prawdziwym człowiekiem, za prawdziwymi, szczerymi relacjami z człowiekiem.
Tak jak to było w czasach PRL-u, gdzie człowiek człowiekowi nie był wilkiem.
środa, 6 lutego 2013
Pojedynek Andrzej Heidrich - Teresa Torańska
Fajny film wczoraj widziałam. Przedstawiał sylwetkę Andrzeja Heidricha, polskiego grafika, absolwenta Akademii Sztuk Pięknych, znanego głównie z autorstwa projektów naszych polskich banknotów, z serii 'Wielcy Polacy', 'Władcy Polski'. Bohater filmu znany jest z projektów znaczków pocztowych, także tych limitowanych edycji kolekcjonerskich.
Film pt. 'Wielki człowiek małej grafiki'- poruszający, wywarł na mnie tak emocjonujące wrażenie, że postanowiłam napisać kilka słów na ten temat.
Mistrzostwo świata popełniła Teresa Torańska, niestety już śp Teresa Torańska.
Jak ona pięknie potrafiła słuchać!
Jak ona pięknie potrafiła zadawać pytania, dawkując słowa na wagę złota i celnie moderując tok rozmowy.
Oglądając film, miało się wrażenie, że Andrzej i Teresa rozumieli się bez słów. Wystarczyło, że usłyszał jedno słówko ze znakiem zapytanie i od razu wiedział o czym ma mówić. A mówił interesująco, bardzo. O swoim dorobku artystycznym,o ekslibrisach, wzorach pieczęci, godłach miast, herbach województw, o prywatnych projektach tworzonych tylko do szuflady, o projektach nie zaakceptowanych i odrzuconych. Jak mówił o kolekcjonerskim 50-złotowym banknocie z papieżem Janem Pawłem II, to łzy napłynęły mi do oczu ze wzruszenia.
Teresa moderowała rozmowę tak, by bohaterem filmu był sam Heindrich, a nie ona. Ona się tylko sympatycznie uśmiechała, przytakiwała i trzepotem rzęs sygnalizowała, że mówi dobrze, i żeby mówił dalej.
Patrząc na Torańską w trakcie filmu przypominały mi się wywiady przeprowadzane przez nasze znane i popularne dziennikarki telewizyjne. Zapraszają do studia rozmówcę i najczęściej nie dopuszczają go do głosu, popisując się własną wiedzą i opinią na zadany temat. Same zadają pytania i same sobie na te pytania odpowiadają. Koszmar i żenada.
Te brylujące oratorki, powinny się jeszcze wiele nauczyć, by dorównać Teresie.
Zapominają o misji, jaką mają do spełnienia.
Dziwię się, że zapraszani do studia goście nie bojkotują programów i dziennikarzy i mimo wszystko przychodzą po raz kolejny do studia. Aż się ciśnie na usta podpowiedź, by rozmówca słysząc 'dziennikarski monolog' odpowiedział tylko jednym słowem: - tak lub nie.
Mistrzostwo świata popełniła Teresa Torańska, niestety już śp Teresa Torańska.
Jak ona pięknie potrafiła słuchać!
Jak ona pięknie potrafiła zadawać pytania, dawkując słowa na wagę złota i celnie moderując tok rozmowy.
Oglądając film, miało się wrażenie, że Andrzej i Teresa rozumieli się bez słów. Wystarczyło, że usłyszał jedno słówko ze znakiem zapytanie i od razu wiedział o czym ma mówić. A mówił interesująco, bardzo. O swoim dorobku artystycznym,o ekslibrisach, wzorach pieczęci, godłach miast, herbach województw, o prywatnych projektach tworzonych tylko do szuflady, o projektach nie zaakceptowanych i odrzuconych. Jak mówił o kolekcjonerskim 50-złotowym banknocie z papieżem Janem Pawłem II, to łzy napłynęły mi do oczu ze wzruszenia.
Teresa moderowała rozmowę tak, by bohaterem filmu był sam Heindrich, a nie ona. Ona się tylko sympatycznie uśmiechała, przytakiwała i trzepotem rzęs sygnalizowała, że mówi dobrze, i żeby mówił dalej.
Patrząc na Torańską w trakcie filmu przypominały mi się wywiady przeprowadzane przez nasze znane i popularne dziennikarki telewizyjne. Zapraszają do studia rozmówcę i najczęściej nie dopuszczają go do głosu, popisując się własną wiedzą i opinią na zadany temat. Same zadają pytania i same sobie na te pytania odpowiadają. Koszmar i żenada.
Te brylujące oratorki, powinny się jeszcze wiele nauczyć, by dorównać Teresie.
Zapominają o misji, jaką mają do spełnienia.
Dziwię się, że zapraszani do studia goście nie bojkotują programów i dziennikarzy i mimo wszystko przychodzą po raz kolejny do studia. Aż się ciśnie na usta podpowiedź, by rozmówca słysząc 'dziennikarski monolog' odpowiedział tylko jednym słowem: - tak lub nie.
środa, 8 sierpnia 2012
Nie strój zdobi człowieka
Doczekaliśmy się wyremontowanego dworca PKP w Leżajsku. Ładna elewacja, ładny wystrój za 4 i pół miliona.
Teraz to już tylko lepiej być musi z tą naszą kolejową komunikacją - tak myślałam oglądając codziennie postępy prac remontowo-budowlanych, kiedy przechodziłam koło dworca w drodze do pracy.
Myślałam!
Okazuje się, że wcale wygodniej i lepiej nie będzie podróżować polskimi kolejami.
W budynku dworca jest kasa biletowa, ale niestety, nie będzie czynna ze względu na oszczędności. Ruch pasażerski jest na tyle mały, że nie opłaca się utrzymywać stanowiska kasowego.
Bilety trzeba będzie nadal, tak jak przed remontem kupować u konduktora w pociągu. Niby nic, a jednak w praktyce wygląda to tak:
Jadąc do Krakowa muszę kupić bilet w pociągu, okazuje się, że konduktor może sprzedać mi bilet jedynie do Przeworska, ponieważ obsługuje pociągi należące do przewoźnika Regio i absolutnie nie może mi wypisać biletu na linie TLK, a takimi liniami TLK zamierzam kontynuować podróż z Przeworska do Krakowa.
W Przeworsku muszę zdecydować. Albo przejść na drugi peron i wsiąść do pociągu bez biletu, albo z bagażami w rękach i z językiem na brodzie, pogonić po bilet do kasy na dworzec odległy spory kawałek od peronu. Trzeba wtedy pokonać schody, obskurny podziemny tunel, potem kolejne schody, kilka kroków na dworzec. Stojąc cierpliwie przed kasą w kolejce, próbuję zrozumieć bełkotu niczym z 'Misia'. Z megafonu leci komunikat o nadjeżdżających pociągach, dwóch, w tym samym kierunku jednocześnie. Trudno się połapać, który pociąg do Krakowa, a który tylko do Rzeszowa. Ale mam za swoje, w końcu mogłabym nie lecieć na dworzec, tylko kupić bilet bezpośrednio u konduktora, tym razem w TLK. Istnieje obawa, że jeśli nie wsiądę do pierwszego wagonu, kosztować mnie to będzie dodatkowo 150 zł kary za jazdę na gapę. Los czasami płata figle, z różnych powodów można nie dotrzeć na czas do konduktora.
Przedstawiam moje uwagi pracownikom nowo wyremontowanego dworca PKP w Leżajsku.
Pracownicy rozkładają ręce. Nic im nie wiadomo o takich utrudnieniach.
- nic nie możemy, bo my jesteśmy z CARGO - tłumaczą mi spokojnie i odchodzą do swojej pracy.
Teraz to już tylko lepiej być musi z tą naszą kolejową komunikacją - tak myślałam oglądając codziennie postępy prac remontowo-budowlanych, kiedy przechodziłam koło dworca w drodze do pracy.
Myślałam!
Okazuje się, że wcale wygodniej i lepiej nie będzie podróżować polskimi kolejami.
W budynku dworca jest kasa biletowa, ale niestety, nie będzie czynna ze względu na oszczędności. Ruch pasażerski jest na tyle mały, że nie opłaca się utrzymywać stanowiska kasowego.
Bilety trzeba będzie nadal, tak jak przed remontem kupować u konduktora w pociągu. Niby nic, a jednak w praktyce wygląda to tak:
Jadąc do Krakowa muszę kupić bilet w pociągu, okazuje się, że konduktor może sprzedać mi bilet jedynie do Przeworska, ponieważ obsługuje pociągi należące do przewoźnika Regio i absolutnie nie może mi wypisać biletu na linie TLK, a takimi liniami TLK zamierzam kontynuować podróż z Przeworska do Krakowa.
W Przeworsku muszę zdecydować. Albo przejść na drugi peron i wsiąść do pociągu bez biletu, albo z bagażami w rękach i z językiem na brodzie, pogonić po bilet do kasy na dworzec odległy spory kawałek od peronu. Trzeba wtedy pokonać schody, obskurny podziemny tunel, potem kolejne schody, kilka kroków na dworzec. Stojąc cierpliwie przed kasą w kolejce, próbuję zrozumieć bełkotu niczym z 'Misia'. Z megafonu leci komunikat o nadjeżdżających pociągach, dwóch, w tym samym kierunku jednocześnie. Trudno się połapać, który pociąg do Krakowa, a który tylko do Rzeszowa. Ale mam za swoje, w końcu mogłabym nie lecieć na dworzec, tylko kupić bilet bezpośrednio u konduktora, tym razem w TLK. Istnieje obawa, że jeśli nie wsiądę do pierwszego wagonu, kosztować mnie to będzie dodatkowo 150 zł kary za jazdę na gapę. Los czasami płata figle, z różnych powodów można nie dotrzeć na czas do konduktora.
Przedstawiam moje uwagi pracownikom nowo wyremontowanego dworca PKP w Leżajsku.
Pracownicy rozkładają ręce. Nic im nie wiadomo o takich utrudnieniach.
- nic nie możemy, bo my jesteśmy z CARGO - tłumaczą mi spokojnie i odchodzą do swojej pracy.
niedziela, 20 maja 2012
Instynkt macierzyński po godzinach pracy
Wielka burza medialna nadciągnęła na cała Polskę, kiedy p. Duda przewodniczący Solidarności spytał posłankę Agnieszkę Pomaskę, szefową komisji do spraw Unii Europejskiej, zastępcę sekretarza generalnego PO - 'co tu robi, skoro ma 3 tygodniowe dziecko'?
- Nie mamy umowy o pracę, nie mamy więc prawa do urlopów macierzyńskich. Polityka to nie jest praca od godziny 8 do 16, nie można tak z dnia na dzień rzucić wyborców - mówi posłanka w wywiadzie do Gazety Wyborczej.
- Nie mamy umowy o pracę, nie mamy więc prawa do urlopów macierzyńskich. Polityka to nie jest praca od godziny 8 do 16, nie można tak z dnia na dzień rzucić wyborców - mówi posłanka w wywiadzie do Gazety Wyborczej.
![]() |
| Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo, 1905 |
Dlaczego Kodeks Pracy wyklucza posłanki z prawa do urlopu macierzyńskiego, skoro nie da się zaprogramować synchronizacji procesów życiowych, zwłaszcza, w kwestii wydzielania pokarmu u kobiety, która urodziła dziecko?
Zegar biologiczny to mechanizm regulujący około-dobowe rytmy fizjologiczne, biochemiczne i behawioralne. Okres połogu, to czas, w którym dchodzi do cofania się zmain związanych z okresem ciąży i porodu zazwyczaj trwa ok 6 tygodni.
Zegar biologiczny bije dla każdego! Nie da się go oszukać.
Co prawda posłanka Agnieszka Pomaska ma elastyczny czas pracy, mając wsparcie rodziców, męża mogła wrócić do pracy zaraz po porodzie. Z karmieniem nie ma problemu, bo zostawia zabezpieczony pokarm dla dziecka. Jeździ co 2 tygodnie 2 razy w tygodniu do Warszawy, w międzyczasie pracuje w Gdańsku. Łączenie pracy zawodowej z obowiązkami rodzinnymi daje jej satysfakcję.
Więc o co chodzi? O co takie larum? Panowie posłowie?
Chciałabym doczekać czasów, kiedy posłowie będę się martwić, równie gorliwie, jak o posłankę, o te kobiety zmuszone do pracy bezpośrednio po porodzie, które nie mają elastycznego czasu pracy, nie mają wsparcia rodziny, nie mają wsparcia męża, nie mają środków życiowych, nie mają satysfakcji z pracy.
Owszem, są kobiety, takie jak Agnieszka, które nie mają prawa do urlopu macierzyńskiego, jednak te nie mogą do pracy wrócić, bo pracy nie miały. I tym się różnią od Agnieszki.
Owszem, są kobiety, takie jak Agnieszka, które nie mają prawa do urlopu macierzyńskiego, jednak te nie mogą do pracy wrócić, bo pracy nie miały. I tym się różnią od Agnieszki.
piątek, 30 grudnia 2011
Kalendarium 2011 - bilans roku
- Tomek mój syn na kilka dni przed świętami dołączył do grona 2 milionów Polaków i wyjechał z Polski, by popracować na budżet i tak już bogatej Norwegii. Koledzy Tomka, również wyedukowani w państwowych uczelniach wyjechali do Anglii, Irlandii, Stanów, lub Hiszpanii. W Polsce dla takich nie ma posad, no chyba, że ma się znajomości. W Norwegii mój syn spędził święta Bożego Narodzenia i Sylwestra z dala od rodziny. Samotnie świętował swoje urodziny i Imieniny, które akuratnie wypadają w tym samym czasie. Błogosławiony Internet umożliwiający kontakt ze Światem. Pocieszeniem na moje narzekania na moją samotność i wyjazd syna za chlebem miały być słowa niektórych naszych regionalnych polityków, którzy próbowali mnie pocieszać: "Dobrze, że wyjechał, zdobędzie doświadczenie, pozna świat, a kiedy wróci, to zarobione pieniądze przywiezie do kraju".
- Początek roku to również codzienne wizyty w szpitalu, równoczesne odwiedzanie i taty i syna, przy czym każdy z nich leżał na innym oddziale i w innym budynku szpitalnym. Nie wiadomo, któremu z nich poświęcać miałam więcej czasu. Ojciec, wtedy jeszcze 86 letni leżał na kardiologii, z diagnozą mało optymistyczną. Na dodatek okulista stwierdził u niego nieodwracalne zmiany w oczach, grożące ślepotą. Po takiej dawce świątecznej atmosfery w szpitalnych salonach wracałam dobita do domu, by porozmawiać przez SKYPE z synem.
- 23 marca odnotowałam w moim kalendarzu - chora służba zdrowia, nie wiadomo kogo leczyć - służbę zdrowia czy pacjenta. Pacjenta się nie da, bo są kłopoty z dostaniem się do lekarza rodzinnego. Za służbę zdrowia niejeden rząd próbował się wziąć, ale bez sukcesów.
- 27 marca - udzielam wywiadu dla fińskiej telewizji - ang. Reuters TV. Wywiad, jak wywiad, wolałabym rozmawiać o moich innych pasjach, ale uważałam to za wielkie wyróżnienie, że właśnie angielska telewizja dostrzegła właśnie mnie i poprosiła o informacje o leżajskich Żydach, o pielgrzymach przyjeżdżających do grobu cadyka Elimelecha. Chasydzi w Leżajsku 27 marca 2011 roku
- Święta Wielkanocne wykorzystałam na montaż filmików nakręconych w czasie rozmowy z tatą. Niezły film mi wyszedł, zatytułowałam go 'Biografia Antoniego Stankiewicza' . Jestem zadowolona i dumna. Z siebie i z mojego taty. Kolejnym wyzwaniem, jakie sobie postawiłam, to nakręcić podobny film z wywiadami mamy o jej życiu.
- Kwiecień - maj. Pracuję intensywnie nad genealogią. Co chwilę doładowuję baterie do aparatu fotograficznego, ba, chwilami używam nawet 2-3 aparatów, bo czas goni, systematycznie zgrywam do komputera zdjęcia z karty SD, aby zwolnić miejsce na kolejne zdjęcia. Współpraca z księdzem proboszczem Franciszkiem Gochem, który udostępnił mi księgi parafialne do moich badań jest znakomita, że aż się chce pracować.
- 25 maja - z wizytą u mojej koleżanki Stasi Argasińskiej, która po raz pierwszy po 7 latach przyleciała ze Stanów do kraju. Ze Stasią pracowałam przez kilka lat w sanepidzie, dopóki nie wyjechała do Ameryki. Podobnie, jak kilka moich innych koleżanek z pracy. Na pewno muszą tam ciężko pracować, chociaż po nich nie widać, aby były 'spracowane'. Ich praca w Ameryce daje wymierne korzyści, lada moment będą już miały wypracowane emerytury, nieporównywalne do emerytur naszych krajowych.
- 5 sierpnia - wizyta Małgosi Nowaczyk z Kanady i Joli Skalskiej z USA w moich skromnych leżajskich progach.
- 14 września - spięcie w pracy są dla mnie na tyle ważnym epizodem w życiu, że postanowiłam wspomnieć o nim w kalendarium moich wydarzeń. Różnica pokoleniowa to różne pojmowanie wartości, etyki, zawodowej, ideałów i sprawiedliwości społecznej. Młodzi uważają, że starym pracownikom już nie trzeba nagród, premii, podwyżek, ani innej formy uznania finansowego za swoją wieloletnią pracę, doświadczenie i dorobek zawodowy - bo są starzy. Starym nie trzeba pieniędzy tyle, co młodym, bo to młodzi są na dorobku, mają kredyty, budują się, wychowują i kształcą dzieci. Wszystko to prawda, młodym rzeczywiście jest ciężko, tylko strasznie przykro jest usłyszeć prosto w twarz od pracowników, z którymi się pracuje i przebywa przez 8 godzin dziennie, że tobie już nie trzeba, bo jesteś stara, a taka podwyżka na 2 lata przed emeryturą nic nie zmieni, ZUS nie uwzględni takich pieniędzy przy ustalaniu wskaźnika przeliczeniowego do emerytury. Taka prawda usłyszana prosto w twarz, na dodatek poparta aprobatą i opinią szefa boli, bardzo. No cóż, jak się ma własny folwark to gospodaruje się według własnych zasad, stosując własne kryteria oceny. Tylko, że urząd nie jest folwarkiem.
- 9 października - wybory parlamentarne. Nie poszłam głosować. Uważałam, że ktokolwiek zasiądzie w parlamencie, nie wymyśli nic mądrego i jednocześnie z korzyścią dla młodych bezrobotnych, chorych, słabszych czy wykluczonych. Do Sejmu startują ludzie z kasą, z pozycją społeczną, biednych tam nie ma. Kto więc będzie o takich walczył ?
- Chora służba zdrowia. Tylko kto bardziej chory i kto bardziej potrzebuje pomocy, służba zdrowia, czy pacjenci? Zapisałam się do kardiologa, wyznaczono mi termin za 2 miesiące. Po wizycie kolejne uzgadnianie terminu, tym razem na wykonanie badania aktywności elektrycznej serca w ciągu całej doby, czyli EKG metodą Holtera. Mam czekać kolejny miesiąc, aby sprawdzić czy mam zaburzenia rytmu serca. Mam nadzieję, że moja sytuacja nie jest pilna i wytrzymam 3 miesiące do ustalenia diagnozy. Ale czy inni pacjenci dotrwają do terminu zapisanego w zeszycie?
- 15 października - trzęsienie ziemi w Turcji wywołał strach o moją kuzynkę. Wyszła za mąż za Turka, ma dwójkę śliczniutkich dzieci i mieszka w Stambule. Skontaktowałam się przez Facebooka, na szczęście mieszkają daleko od epicentrum wstrząsów i czują się w miarę bezpieczni.
- 12 grudnia - spotkanie koleżeńskie, jak zwykle w naszej ulubionej restauracji, w której w miłym dowcipnym gronie co najmniej od kilkunastu lat spotykamy się regularnie. Tym razem nasze wieczorne party dotyczyło ustalenia spraw organizacyjnych związanych z przygotowaniem obchodów 100-lecia naszego liceum w Leżajsku. Porozdzielałyśmy zaproszenia dla koleżanek i kolegów z poszczególnych oddziałów i każda zobowiązała się dostarczyć je swoim klasowym koleżankom i kolegom.
- Gorąca dyskusja w świecie polityki, w świecie mediów, w każdym domu i chyba w każdej pracy na temat zmiany przepisów dot. refundacji leków. Nasuwa się pytanie, klasyka już dzisiaj - Panie premierze, jak żyć? By żyło się lepiej, czy może by umierało się szybciej?
- 28 grudnia - gościłam w domu, mimo, że to jeszcze grudzień z okazji noworocznej kolędy naszego nowego proboszcza - księdza Marka Ciska. Wizyta bardzo miła, interesująca i obiecująca.
Może ten rok nie był najlepszy, może wybrałam zbyt pesymistyczne wydarzenia roku 2011, ale mimo wszystko życzyłabym sobie i Wam wszystkim, aby kolejny 2012 rok nie był rokiem gorszym.
A podobno Żydzi składają sobie życzenia noworoczne na Rosz ha-Szana , które tradycyjnie po hebrajsku brzmią:
Leszana towa tikatewu wetehatemu, co oznacza
Obyście byli zapisani w Księdze Życia i opieczętowani na dobry rok.
I wtedy należy odpowiedzieć:
Gam atem, czyli to samo dla Ciebie
piątek, 11 listopada 2011
Lekcja patriotyzmu
Zrobiłam gołąbki. Może trzeci, może czwarty raz w życiu. Generalnie nie lubię gotować. Ale święto, Dzień Niepodległości, magiczna data 11.11.11. - zdopingowały mnie do poświęcenia i postanowiłam zostać Matką Polką i zrobić polskie gołąbki, według własnego przepisu. Wyszły mi tak pyszne i tak smakowite, że aż mi zaszkodziły. Dostałam ataku, najprawdopodobniej podrażniłam sobie woreczek żółciowy.
Z żalem musiałam zrezygnować z uroczystości organizowanych w Leżajsku z okazji Święta Niepodległości. Po uroczystej mszy składane są wieńce pod Pomnikiem Poległym Bohaterom z roku 1831-1863, 1918 za walki o wolność i niepodległość Ojczyzny. Pomnik ufundowali mieszkańcy Leżajska 24 maja 1925 roku.
W zamian nafaszerowana środkami rozkurczowymi i przeciwbólowymi przeleżałam przed telewizorem i oglądałam transmisje z uroczystości niepodległościowych w różnych miastach Polski. Świętowali godnie i radośnie.
I tylko Warszawa mnie wkurzyła.
Dlaczego władze udostępniły naszą piękną stolicę różnym grupom demonstrantów na konfrontacje i okazywanie ich sposobu patriotyzmu. Wiedzieli czego można się było po nich spodziewać. Tysiące policjantów opłacanych z moich podatków zaangażowano do ochrony ludności i mienia społecznego przed bandą nieodpowiedzialnych awanturników, chuliganów i prowokatorów uzurpujących sobie miano patriotów.
Nasi przodkowie okazywali patriotyzm poprzez udział w walkach niepodległościowych, ryzykując życiem, a nawet przepłacając życiem. Takie były czasy. Dzisiaj można pokazać, że się jest patriotą, ale w inny sposób.
Tomek wywiesił flagę. Ja np. nauczyłam się pełnego tekstu Hymnu Polskiego. Przyznaję, że nie znałam wszystkich zwrotek naszego hymnu narodowego .
Z żalem musiałam zrezygnować z uroczystości organizowanych w Leżajsku z okazji Święta Niepodległości. Po uroczystej mszy składane są wieńce pod Pomnikiem Poległym Bohaterom z roku 1831-1863, 1918 za walki o wolność i niepodległość Ojczyzny. Pomnik ufundowali mieszkańcy Leżajska 24 maja 1925 roku.
W zamian nafaszerowana środkami rozkurczowymi i przeciwbólowymi przeleżałam przed telewizorem i oglądałam transmisje z uroczystości niepodległościowych w różnych miastach Polski. Świętowali godnie i radośnie.
I tylko Warszawa mnie wkurzyła.
Dlaczego władze udostępniły naszą piękną stolicę różnym grupom demonstrantów na konfrontacje i okazywanie ich sposobu patriotyzmu. Wiedzieli czego można się było po nich spodziewać. Tysiące policjantów opłacanych z moich podatków zaangażowano do ochrony ludności i mienia społecznego przed bandą nieodpowiedzialnych awanturników, chuliganów i prowokatorów uzurpujących sobie miano patriotów.
Nasi przodkowie okazywali patriotyzm poprzez udział w walkach niepodległościowych, ryzykując życiem, a nawet przepłacając życiem. Takie były czasy. Dzisiaj można pokazać, że się jest patriotą, ale w inny sposób.
Tomek wywiesił flagę. Ja np. nauczyłam się pełnego tekstu Hymnu Polskiego. Przyznaję, że nie znałam wszystkich zwrotek naszego hymnu narodowego . Może zacytuję jeszcze fragment książki świadczący o kultywowaniu patriotyzmu w polskiej rodzinie z okresu międzywojennego.
'Polskę wzdłuż i wszerz' autorstwa Jadwigi Kiszakiewicz z Leżajska ( c. Walentego Sztaby i Julii Sroczyńskiej):
Gdy przed wojną 2-letnia Janka w nocy płakała i nie dawała spać, tatuś dał jej klapsa- a ona uspakajała się i po chwili zaczynała śpiewać 'Jeszcze Polska nie zginęła'.
Czy to nie słodkie?
Obchody Święta Niepodległości w Leżajsku w 2011 roku
'Polskę wzdłuż i wszerz' autorstwa Jadwigi Kiszakiewicz z Leżajska ( c. Walentego Sztaby i Julii Sroczyńskiej):
Gdy przed wojną 2-letnia Janka w nocy płakała i nie dawała spać, tatuś dał jej klapsa- a ona uspakajała się i po chwili zaczynała śpiewać 'Jeszcze Polska nie zginęła'.
Czy to nie słodkie?
Obchody Święta Niepodległości w Leżajsku w 2011 roku
czwartek, 20 października 2011
Stosowanie płodozmianu
Stosowanie w nowoczesnym rolnictwie uprawy monokultur bez tradycyjnego płodozmianu, oszczędnościowe systemy uprawy (minimum tillage system) oraz jednostopniowy zbiór plonów skutkuje wzrostem porażenia upraw rolniczych przez patogeny.
To cytat z naukowej literatury o patogenach grzybowych atakujących uprawy rolnicze na świecie. Są one przyczyną olbrzymich strat gospodarczych, które wynikają z wysokiej patogenności i toksynotwórczości. [Kobras M., Horoszkiewicz -Janka J.: Znaczenie i możliwości ograniczenia szkodliwych metabolitów pochodzenia grzybowego. Progr. Plant Protect. 47, 141-148 2007].Bardzo mi pasuje ten rolniczy cytat do świata rządzących polityków, urzędników i innych decydentów.
Chociaż patomechanizm chorób 'popełnianych' w świecie polityków identyczny jak świecie zwierząt, roślin, to już diagnostyka umożliwiająca wykrycie patogenu, profilaktyka i metody zapobiegania, zwalczania są trudniejsze.
Dobrze, że na salony polityczne wprowadzone zostaną nowe osoby. Może uda im się chociaż trochę uzdrowić nasze chore przepisy. Być może mają świeższe spojrzenie na problemy naszego świata i zechcą naprawić system chorych systemów funkcjonujących w naszym państwie.
Być może.
Bo całkiem możliwe, że wnikając w środowisko polityków chorych na władzę, odizolowanych dość hermetycznie od świata przeciętnego Kowalskiego, zarażą się od nich politycznymi patogenami. Bo władza to choroba wysoce zakaźnia.
środa, 31 sierpnia 2011
Marketing polityków za moje pieniądze. Nie podoba mi się
Parlamentarzyści poprzez powoływanie komisji sejmowych ds. różnych, a to nacisków, a to afery gruntowej, a to hazardowej - wymyślili sobie niezły piar.
Pomysł znakomity.
Polacy mieliby poznać funkcjonujące mechanizmy i tryby afer wśród skorumpowanych polityków.
Telewizja transmitowałaby na antenie obrady sejmowe pokazując walczących w słusznej sprawie polityków.
Ludzie mieliby igrzyska, a politykom by rosły – słupki sondażowe.
Ważne tylko, żeby długo i widowiskowo!
Serwowane Polakom widowiska z obrad komisji są i owszem – widowiskowe. Sama niejednokrotnie z wypiekami na twarzy godzinami śledziłam zaciekłe dyskusje w komisjach sejmowych.
Jestem za powoływaniem komisji sejmowych.
Uważam jednak, że promowanie merytorycznej działalności i kompetencji rządzących polityków poprzez wytykanie nieuczciwych, niekompetentnych, niejednokrotnie związanych ze światem przestępczym ludzi z opozycji - to pomysł marketingowców.
Widać to zwłaszcza teraz na kilka tygodni przed wyborami.
Ekipy od PR nagle przypominają sobie o komisjach ds różnych.
Sprytnie wykalkulowały, że dadzą one lepsze żniwo, niż jakieś tam plakaty czy bilbordy.
Komisje stały sie tanim chwytem marketingowym.
Szkoda tylko, że za moje pieniądze.
Szkoda tylko, że tak łatwo udaje się im nas wkrecać.
Szkoda tylko, że tolerujemy taką sztukę manipulacji.
Pomysł znakomity.
Polacy mieliby poznać funkcjonujące mechanizmy i tryby afer wśród skorumpowanych polityków.
Telewizja transmitowałaby na antenie obrady sejmowe pokazując walczących w słusznej sprawie polityków.
Ludzie mieliby igrzyska, a politykom by rosły – słupki sondażowe.
Ważne tylko, żeby długo i widowiskowo!
Serwowane Polakom widowiska z obrad komisji są i owszem – widowiskowe. Sama niejednokrotnie z wypiekami na twarzy godzinami śledziłam zaciekłe dyskusje w komisjach sejmowych.
Jestem za powoływaniem komisji sejmowych.
Uważam jednak, że promowanie merytorycznej działalności i kompetencji rządzących polityków poprzez wytykanie nieuczciwych, niekompetentnych, niejednokrotnie związanych ze światem przestępczym ludzi z opozycji - to pomysł marketingowców.
Widać to zwłaszcza teraz na kilka tygodni przed wyborami.
Ekipy od PR nagle przypominają sobie o komisjach ds różnych.
Sprytnie wykalkulowały, że dadzą one lepsze żniwo, niż jakieś tam plakaty czy bilbordy.
Komisje stały sie tanim chwytem marketingowym.
Szkoda tylko, że za moje pieniądze.
Szkoda tylko, że tak łatwo udaje się im nas wkrecać.
Szkoda tylko, że tolerujemy taką sztukę manipulacji.
piątek, 8 lipca 2011
Biorytmy na kłamią - Odcięli mi prąd
Wkurzyłam się dzisiaj okropnie. Zażartowałam nawet, że muszę sprawdzić swoje biorytmy, bo moje rozdrażnienie, złość i płacz wskazują na to, że jestem na niżu, albo mam krytyczne dni. Na ogół wcale nie muszę sprawdzać swoich biorytmów, aby wiedzieć w jakiej fazie znajduję się w danej chwili. Doskonale wiem, że mój nastrój zależy od zdrowia, kłopotów i innych czynników wpływających na moje fazy emocjonalną, fizyczną i intelektualną.Według hipotezy Fliessa, uchodzącego za twórcę okresowej teorii biorytmów - biologiczny rytm człowieka podporządkowany jest ściśle określonemu wzorcowi: po okresie aktywnym następuje okres bierności, w którym odradza się energia życiowa. Według tej teorii, cykl sprawności fizycznej powinien trwać 23 dni, a cykl stanu emocjonalnego - 28 dni.
Swoboda, który opisał tę teorię, dodatkowo opisuje w niej spontaniczne, okresowe powracanie myśli w okresach 18 godzin, 23 godzin i 23 dni. Już po śmierci Fliessa zwolennicy biorytmów dodali cykl sprawności intelektualnej o długości 33 dni.
Wszystko to prawda, przynajmniej w moim przypadku. Mogłabym być doskonałym królikiem doświadczalnym dla Fliessa czy Swobody.
Mogłabym służyć przykładami z własnego podwórka, podając kiedy jestem w dołku, kiedy dopada mnie wena, kiedy chce mi się śpiewać, a kiedy płakać.
I tak na przykład dzisiaj. Od rana łzy same cisną mi się do oczu. W gardle ściska, myśli kotłują się nad sensem życia.
A wszystko przez to, że odcięli mi prąd.
Kilka lat temu upoważniłam firmę energetyczną, do pobierania należności za prąd z mojego ROR –owskiego konta. Od wielu, wielu lat nie mam z tym problemu i nie zawracam sobie głowy opłatami.
Aż do wczoraj.
Po powrocie z pracy, kiedy chciałam włączyć TV okazało się, że w mieszkaniu nie ma prądu. Lodówka nie chłodzi, czajnik elektryczny bezużyteczny, telefon nie łączy, radio nie gra, nie mogę naładować baterii do aparatu fotograficznego, nici z komputera, nici z Internetu.
Sprawdziłam bezpieczniki, były OK, zadzwoniłam pod nr 991 na Pogotowie Energetyczne, obiecali sprawdzić. Czekałam do zmierzchu wyglądając co chwilę przez okno w nadziei, że ujrzę ekipę elektryków przybywających mi z pomocą. Po kilku godzinach bezskutecznego oczekiwania, zadzwoniłam ponownie.
Odcięli mi prąd, bo nie miałam opłaconej jednej faktury. Muszę spłacić dług, osobiście przyjść do zakładu energetycznego, przynieść do biura dowód wpłaty, złożyć podanie, następnie opłacić 91 zł w banku dodatkowo za ponowny przyłącz prądu, przynieść do biura kwit z banku - dowód wpłaty i czekać aż ekipa znajdzie czas – usłyszałam w słuchawce telefonicznej.
To prawda, nie miałam przez jakiś czas pieniędzy na koncie, widocznie w tym okresie zakład energetyczny wysłał polecenie zapłaty za prąd. O tym, że nie zrealizowano polecenia zapłaty z braku środków zostałam powiadomiona.
Liczyłam jednak, że skoro firma ma moje stałe zlecenie na pobieranie z konta ROR należności za usługi, to sobie bez problemu ściągną zaległą kasę z mojego konta, chociażby doliczając zaległy dług do kolejnego rachunku. Nic by się też nie stało, gdyby ktoś przypomniał mi o zaległościach, chociażby telefonicznie.
Ale żeby tak od razu odcinać prąd?
Kiedy osobiście zgłosiłam się dzisiaj do biura i wyjaśniłam, że jeszcze wczoraj uregulowałam należności, kazano mi iść do banku z wystawioną fakturą i blankietem na kwotę 91 zł, by dokonać wpłaty za ponowne podłączenie prądu.
Na pytanie kiedy mi podłączą prąd?
Wkrótce – odpowiedział urzędnik
Jednocześnie usłyszałam od klienta stojącego obok, żebym tak się nie cieszyła, bo on czeka już 2 tygodnie na ponowny przyłącz. Odciąć to oni szybko umieją, ale do ponownego przyłączenia potrzebują wykwalifikowanych pracowników, a takich im brak.
Wkurzyłam się okropnie.
Użyłam takich argumentów, że mam taką cichą nadzieję, że kiedy wrócę z pracy do domu, okaże się, że znowu będę miała okno na świat, bo będę miała prąd!!!
Mój biorytm wskazuje na krytyczny dzień fazy fizycznej, ostrzega mnie, że mam być ostrożna! Dobrze mówić. Sytuacja stresowa podniosła mi ciśnienie. 165/110. Bagatela!
Biorytmy nie kłamią. Tylko jak je interpretować.
Czy chce mi się płakać, z bezsilności, bo odcięli mi prąd?
Czy chce mi się płakać, bo jestem w takiej fazie, że nawet najmniejsze kłopociki mogą mnie rozdrażnić, a co dopiero myśl, że czeka mnie weekend w egipskich ciemnościach.
![]() |
| Mój pierwszy biorytm |
Linki powiązane:
czwartek, 30 czerwca 2011
Pośmiejcie się razem ze mną
Kto nie ma wpływów ten nie znajdzie nawet psa, który by go obszczekał
- Niccolò Machiavelli komedia z 1518 roku 'Mandragora'
- Niccolò Machiavelli komedia z 1518 roku 'Mandragora'
Machiavelli uważał, że biedny, czyli ten, który nie pochodzi z możnego rodu, nie może być wybrany na wysoki urząd publiczny, ani wzbogacić się na interesach.
O wszystkim decydowały powinowactwa i przyjaźnie. Kto ich nie miał, musiał godzić się z losem i pozostawać na uboczu, choćby był zdolny i wykształcony.
Na urząd publiczny łatwiej się załapać po ukończeniu kursu z marketingu, który uczy sztuki manipulacji.
Łatwiej o pracę osobom z dobrą prezencją. Markowe ciuchy, zgrabne nogi wystarczą, by zauroczyć pracodawcę. A to, że niejednokrotnie w głowie pusto... !
Jakie to ma znaczenie! wtorek, 17 maja 2011
Gust mamy w genach
Czy taka Trinny i Susannah mają prawo wyłapywać i oceniać niegustownie ubrane osoby?
Zaskoczyło mnie ich zdziwienie, kiedy jedna z bohaterek programu, mężatka, bardzo nieciekawie ubierająca się, wyznała, że od sześciu lat ma romans. Najwyraźniej nie potrzebowała stroić się w piórka, aby ktoś dostrzegł jej inne walory.
Ostatecznie za gust i poczucie własnej estetyki odpowiadają nasze geny i to one determinują nasze poczucie piękna czy brzydoty.
Dzięki 2 genom potrafimy odpowiednio reagować na widok obrazów Picassa, dzieł Rembrandta, Leonarda da Vinci czy częściej obecnego w naszym otoczeniu kiczu.
Dzięki tym 2 genom podgłaśniamy lub ściszamy radio, gdy słyszymy preludium Chopina czy ludową kapelę śpiewającą ‘Wszystkie rybki śpią w jeziorze’.
Także dzięki tym 2 genom reagujemy emocjonalnie na widok ładnie ubranej laski, ale też faceta w skarpetkach i sandałach. Tylko czy to nasze, wręcz oburzenie na skarpetki i sandały to reakcja naszej wrażliwości, naszego gustu i estetyki, czy reakcja wykreowana przez stylistów krytykujących taki sposób ubierania się.
A więc geny czy kreatorzy mody?
Jak ocenić ludzi, którzy nie poddają się trendom mody, wolą wygodę, cenią praktyczność i nie obchodzą ich styliści czy zdania zapraszanych do programu gości p. Jolanty Kwaśniewskiej, którzy ‘wręcz nie wyobrażają sobie … wielu rzeczy’. Oh! Jakie to straszne!
A ja nie zakładam szpilek tylko dlatego, żeby przypodobać się komuś lub nie narazić na krytykę uzurpujących się za znawców mody.
Ludzie bez własnego stylu starają się żyć pod publiczkę, często wolą mieć niż być. Wybierają markę samochodu, by zaimponować sąsiadowi czy kolegom z pracy. Wydają znaczne sumy na ciuchy i kosmetyki, często ze skromnego budżetu, ale już na książkę szkoda im pieniędzy.
Przeczytałam bardzo interesujący artykuł w Newsweeku ‘Gust mamy w genach’ – Jolanty Chyłkiewicz.
Okazuje się, że dzięki 2 genom pewne struktury w mózgu uaktywniają się przekazując impulsy do innej struktury mózgowej – ośrodka piękna, intelektu i pamięci, a wydzielana dopomina sprawia nam pewne doznania: przyjemne lub nieprzyjemne, poczucie radości, wenę twórczą, inspirację do wielu działań zarówno pozytywnych jak i destrukcyjnych.
To tłumaczy, dlaczego odwracamy wzrok na widok makabrycznego wypadku, a oglądamy się za seksowną laską. Dlaczego wybieramy formę odpoczynku nad brzegiem pięknego jeziora z widokiem na zaśnieżone góry, a nie w pobliżu wysypiska śmieci.
Mózg, geny, dopamina. Ładujemy akumulatory pozytywnie wywoływanymi emocjami. To nas inspiruje do twórczego pisania, malowania, komponowania czy rzeźbienia.
Zaskoczyło mnie ich zdziwienie, kiedy jedna z bohaterek programu, mężatka, bardzo nieciekawie ubierająca się, wyznała, że od sześciu lat ma romans. Najwyraźniej nie potrzebowała stroić się w piórka, aby ktoś dostrzegł jej inne walory.
Ostatecznie za gust i poczucie własnej estetyki odpowiadają nasze geny i to one determinują nasze poczucie piękna czy brzydoty.
Dzięki 2 genom potrafimy odpowiednio reagować na widok obrazów Picassa, dzieł Rembrandta, Leonarda da Vinci czy częściej obecnego w naszym otoczeniu kiczu.
Dzięki tym 2 genom podgłaśniamy lub ściszamy radio, gdy słyszymy preludium Chopina czy ludową kapelę śpiewającą ‘Wszystkie rybki śpią w jeziorze’.
Także dzięki tym 2 genom reagujemy emocjonalnie na widok ładnie ubranej laski, ale też faceta w skarpetkach i sandałach. Tylko czy to nasze, wręcz oburzenie na skarpetki i sandały to reakcja naszej wrażliwości, naszego gustu i estetyki, czy reakcja wykreowana przez stylistów krytykujących taki sposób ubierania się.
A więc geny czy kreatorzy mody?
Jak ocenić ludzi, którzy nie poddają się trendom mody, wolą wygodę, cenią praktyczność i nie obchodzą ich styliści czy zdania zapraszanych do programu gości p. Jolanty Kwaśniewskiej, którzy ‘wręcz nie wyobrażają sobie … wielu rzeczy’. Oh! Jakie to straszne!
A ja nie zakładam szpilek tylko dlatego, żeby przypodobać się komuś lub nie narazić na krytykę uzurpujących się za znawców mody.
Ludzie bez własnego stylu starają się żyć pod publiczkę, często wolą mieć niż być. Wybierają markę samochodu, by zaimponować sąsiadowi czy kolegom z pracy. Wydają znaczne sumy na ciuchy i kosmetyki, często ze skromnego budżetu, ale już na książkę szkoda im pieniędzy.
Przeczytałam bardzo interesujący artykuł w Newsweeku ‘Gust mamy w genach’ – Jolanty Chyłkiewicz.
Okazuje się, że dzięki 2 genom pewne struktury w mózgu uaktywniają się przekazując impulsy do innej struktury mózgowej – ośrodka piękna, intelektu i pamięci, a wydzielana dopomina sprawia nam pewne doznania: przyjemne lub nieprzyjemne, poczucie radości, wenę twórczą, inspirację do wielu działań zarówno pozytywnych jak i destrukcyjnych.
To tłumaczy, dlaczego odwracamy wzrok na widok makabrycznego wypadku, a oglądamy się za seksowną laską. Dlaczego wybieramy formę odpoczynku nad brzegiem pięknego jeziora z widokiem na zaśnieżone góry, a nie w pobliżu wysypiska śmieci.
Mózg, geny, dopamina. Ładujemy akumulatory pozytywnie wywoływanymi emocjami. To nas inspiruje do twórczego pisania, malowania, komponowania czy rzeźbienia.
sobota, 14 maja 2011
PKiN czyli Pakt Kultury i Nauki
Zobaczyć coś raz na własne oczy, znaczy tysiąc razy więcej niż o tym poczytać. Stworzyć coś samemu znaczy więcej, niż zobaczyć i podziwiać cudze dzieło.
Sfera kultury, sztuki i nauki ma istotny wpływ na rozwój duchowy i materialny społeczeństwa, na zwiększenie motywacji do pracy, na kreatywność, na pomysł na życie, a to przekłada się na rozwój gospodarczy kraju.
Duża w tym rola państwa, który powinien sprawować mecenat na tymi dziedzinami. Państwu powinno zależeć na uruchomieniu pewnych przejrzystych i klarownych mechanizmów nadających reguły i kierunek rozwoju świata kultury. Istnieją różne formy obcowania z kulturą. Sfera kultury powinna składa się z wielu subkultur, tak, aby nasze zróżnicowane społeczeństwo w zależności od zainteresowań, mogło znaleźć coś dla siebie interesującego. Mecenat państwa powinien finansować kreatywną sztukę, kulturę, ale tę z dużej półki, tzw. Kulturę przez duże K, tak, aby polskie społeczeństwo nie było wychowywane głównie na telewizyjnych serialach.
Nie chciałabym, aby w małomiasteczkowych społecznościach, z dala od centralnych ośrodków kultury dominowały imprezy, na których głównym punktem programu jest jakiś zaproszony zespół muzyczny i sztuczne ognie na zakończenie imprezy.
Tego typu imprezy organizowane przez władze miasta królują nie dlatego, że władze mają taki gust, ale, że nie wymagają nakładu sił własnych. A to, że sporo kosztują, to co z tego. Przecież to nie z ich własnych kieszeni są finansowane.
Na czym miałby polegać mecenat państwa nad kulturą?
Moim zdaniem priorytetem powinno być wspieranie mechanizmów zachęcających wyszukiwanie młodych talentów z różnych środowisk, umożliwianie im edukacji poprzez finansowanie nauki, kursów, warsztatów twórczych. Zwiększone nakłady na edukację zwiększa świadomość społeczeństwa na potrzeby duchowe, materialne, na kreatywność, na budowanie prawdziwej demokracji. Wszelkiego typu pomoc w rozwój daje poczucie własnej wartości dla potencjału intelektualnego społeczeństwa.
Ubolewam, że tak nie jest. Przecież nie zajedziemy daleko, jeśli nasz potencjał intelektualny wyemigruje, a w kraju pozostanie tylko niewykwalifikowana tania siła robocza.
Mecenat państwa nad kulturą, to spełnienie testamentu Mickiewicza, który pragnął, aby kultura, sztuka i nauka trafiła pod strzechy.
środa, 9 marca 2011
Stalker, alkoholik, psychol czy tylko rozchwiany emocjonalnie?
„Drżyjcie dziennikarze!” nie jeden polityk zechce wykorzystać przeciwko wam paragrafy dot. stalkingu -pomyślałam słysząc niedawno o ustanowionych przepisach definiujących stalking, jako przestępstwo.
Wtykanie mikrofonów w usta polityka może wywołać u niego poczucie zagrożenia, lęku i nękania, a to w konsekwencji może wywołać chorobę lub może stać się przyczyną zachwiania emocjonalnego. A to już jest karalne. Sami politycy o to zadbali uchwalając paragrafy na uporczywe napastowanie, nagabywania, filmowanie etc
Ludwik Dorn nie będzie musiał łokciami torować sobie drogi przed namolnymi dziennikarzami. Wystarczy, że postraszy stalkingiem.
Kiedy jednak zastanowiłam się głębiej nad problematyką stalkingu, pomyślałam, że to wcale nie jest takie proste zjawisko. I nie dotyczy tylko polityków, czy celebrytów nękanych przez idoli.
Nękanie ofiar, nagabywanie, zastraszanie, manipulacja to zjawisko bliskie osobom rozchwianym emocjonalnie, którym z jakichś osobistych powodów zawalił się świat, ale nie tylko. Dotyczy również psychicznie chorych osób. Dotyczy też alkoholików dotkniętych chorobą alkoholową.
Jednym słowem stalker, to także osoba chora psychicznie, stalker, to także alkoholik.
Alkoholicy na pewnym etapie swojej choroby zachowują się irracjonalnie. Są mistrzami manipulacji. Nie liczą się z nikim i niczym, potrafią wciągnąć ofiarę w sieć uzależnienia, pozbawić asertywności, wpędzić ją w poczucie winy używając przeróżnych trików. Nękają psychicznie i fizycznie, grożą, śledzą, bombardują SMS -ami, telefonami, straszą popełnieniem samobójstwa.
Receptą na problemy z alkoholikami jest terapia współuzależnionych z nimi ofiar. Terapeuci uczą asertywności, uświadamiają ofierze istnienie mechanizmu w relacjach ofiara – alkoholik. Można się tego mechanizmu nauczyć, nie można się tego problemu pozbyć skutecznie. Psychicznie chorych łatwo zmusić do leczenia. Alkoholików już nie!! I to jest poważny problem w naszym społeczeństwie.
Gdyby jednak alkoholizm podciągnięto pod stalking?! Gdyby uznano na mocy prawa alkoholika, jako stalkera?!
Może udałoby się ocalić niejedną osobę od choroby alkoholowej, która opamietałaby się rychło w czas, i w obawie przed karą poddałaby sie leczeniu.
Może udałoby się ocalić niejedną rodzinę od tragedii.
Może.
Wtykanie mikrofonów w usta polityka może wywołać u niego poczucie zagrożenia, lęku i nękania, a to w konsekwencji może wywołać chorobę lub może stać się przyczyną zachwiania emocjonalnego. A to już jest karalne. Sami politycy o to zadbali uchwalając paragrafy na uporczywe napastowanie, nagabywania, filmowanie etc
Ludwik Dorn nie będzie musiał łokciami torować sobie drogi przed namolnymi dziennikarzami. Wystarczy, że postraszy stalkingiem.
Kiedy jednak zastanowiłam się głębiej nad problematyką stalkingu, pomyślałam, że to wcale nie jest takie proste zjawisko. I nie dotyczy tylko polityków, czy celebrytów nękanych przez idoli.
Nękanie ofiar, nagabywanie, zastraszanie, manipulacja to zjawisko bliskie osobom rozchwianym emocjonalnie, którym z jakichś osobistych powodów zawalił się świat, ale nie tylko. Dotyczy również psychicznie chorych osób. Dotyczy też alkoholików dotkniętych chorobą alkoholową.
Jednym słowem stalker, to także osoba chora psychicznie, stalker, to także alkoholik.
Alkoholicy na pewnym etapie swojej choroby zachowują się irracjonalnie. Są mistrzami manipulacji. Nie liczą się z nikim i niczym, potrafią wciągnąć ofiarę w sieć uzależnienia, pozbawić asertywności, wpędzić ją w poczucie winy używając przeróżnych trików. Nękają psychicznie i fizycznie, grożą, śledzą, bombardują SMS -ami, telefonami, straszą popełnieniem samobójstwa.
Receptą na problemy z alkoholikami jest terapia współuzależnionych z nimi ofiar. Terapeuci uczą asertywności, uświadamiają ofierze istnienie mechanizmu w relacjach ofiara – alkoholik. Można się tego mechanizmu nauczyć, nie można się tego problemu pozbyć skutecznie. Psychicznie chorych łatwo zmusić do leczenia. Alkoholików już nie!! I to jest poważny problem w naszym społeczeństwie.
Gdyby jednak alkoholizm podciągnięto pod stalking?! Gdyby uznano na mocy prawa alkoholika, jako stalkera?!
Może udałoby się ocalić niejedną osobę od choroby alkoholowej, która opamietałaby się rychło w czas, i w obawie przed karą poddałaby sie leczeniu.
Może udałoby się ocalić niejedną rodzinę od tragedii.
Może.
wtorek, 22 lutego 2011
Nie czytajcie dzieciom bajek
Długo wierzyłam, łudziłam się, czekałam na mojego wymarzonego bohatera z bajki. Ale ileż można czekać! Zegar biologiczny nieubłagalnie tykał.
Kiedy był czas na zabawy i beztroskie życie przeplatane nauką, nie myślało się o małżeństwie. Będąc na studiach absolutnie nie myślałam o małżeństwie. I to nie dlatego, że byłoby mi żal klubów, potańcówek, wolności. Nie należałam do rozrywkowych, raczej do rozsądnych, spokojnych, statecznych i ambitnych. Nie rozglądałam się za kandydatem na męża. Na faceta nie patrzyłam w kategoriach troskliwego, czułego przyjaciela, kochanka i męża jednocześnie, który mógłby być oparciem w każdej sytuacji, na dobre i na złe aż do śmierci.
Ja absolutnie nie należę do kobiet wyrachowanych, które potrafią kalkulować. Mam naturę romantyczki i nie patrzę w takich kategoriach na związki męsko-damskie. Nie obchodzi mnie status materialny, opinia innych. Najważniejszą determinantą jest uczucie. Nie liczę się z presją otoczenia. Jeśli ludzie nie akceptują moich relacji, to znaczy, że nie akceptują też mnie. A to już jest ich problem. Nie mój.
Dzisiaj ludzie mają łatwiej. Mogą sobie wystukać wymarzonego partnera za pomocą klawiatury komputerowej. I z tego co wiem, zdarzają się całkiem udane związki par wirtualnie poznanych w Internecie i dobranych szczęśliwie.
Podjęłam pracę, która początkowo nie przynosiła mi satysfakcji. Zanim się obejrzałam, moje życie zaczęło przybierać szarych kolorów. Wieczory stawały się nudne, samotne. Przyszedł taki moment, że zaczął mi uwierać maminy opiekuńczy instynkt, mamine obiadki. Zapragnęłam uwić sobie własne gniazdko, gotować obiady, jeść z własnej zastawy.
Moje koleżanki zaczęły się zaręczać, wychodziły za mąż, rodziły dzieci. Opowiadały ciągle o pieluchach, kupkach, ząbkowaniu. Nie czułam takiego klimatu. Zapraszana na śluby z przyjemnością, wzruszeniem i często z łezką w oku towarzyszyłam młodym parom, którzy ślubowali sobie przed ołtarzem. Jednak przyszedł moment, że cudze wesela przestały mnie kręcić i zapragnęłam założyć własny welon.
Początkowo nie widziałam w tym problemu. Bo niby czego miałabym im zazdrościć.
- wesela, na które trzeba było wydać mnóstwo kasy?
- sukni ślubnej? Żyłam w czasach, kiedy trzeba było ją sobie uszyć u osobistej krawcowej. Wypożyczalnie co prawda wypożyczały ładne kreacje ślubne, ale bardzo drogo liczyły sobie za usługę. Nie każdego było na to stać. Nie byłam chora na ślub, tylko ze względu na imprezę, suknie i biały welon.
- obrączek, które podobnie jak inna biżuteria wcale mnie nie kręciły i nie kręcą?
- prezentów? Nie myślałam w takich kategoriach.
- bałam się staropanieństwa? Owszem, wierzyłam, że stara panna jest złośliwa, zgorzkniała, ale nie patrzyłam na siebie, jak na potencjalną starą pannę. Moi rodzice pobrali się mają po 24 lata. Zawsze wydawało mi się, że mam jeszcze czas, że jeszcze zdążę nacieszyć się małżeńskim węzłem.
26 lat tykał mój biologiczny zegar zanim dojrzałam do decyzji, że nie ma na co czekać, bo książę z bajki się nie pojawi.
Szukałam. I co? Gdzie trafiłam to okazywało się, że to nie ta bajka, nie ten książę, nie ten rumak.
Nie czytajcie dzieciom bajek!
Nie podoba mi się opowiadanie naszym milusińskim o tym, że świat jest piękny, kolorowy, pełen miłości, książąt na białych rumakach, złotych karet, bajek o długim i szczęśliwym życiu za siedmioma górami …
Chyba, że czytając swoim pociechom bajki potraficie je mądrze zinterpretować!
Kiedy był czas na zabawy i beztroskie życie przeplatane nauką, nie myślało się o małżeństwie. Będąc na studiach absolutnie nie myślałam o małżeństwie. I to nie dlatego, że byłoby mi żal klubów, potańcówek, wolności. Nie należałam do rozrywkowych, raczej do rozsądnych, spokojnych, statecznych i ambitnych. Nie rozglądałam się za kandydatem na męża. Na faceta nie patrzyłam w kategoriach troskliwego, czułego przyjaciela, kochanka i męża jednocześnie, który mógłby być oparciem w każdej sytuacji, na dobre i na złe aż do śmierci.
Ja absolutnie nie należę do kobiet wyrachowanych, które potrafią kalkulować. Mam naturę romantyczki i nie patrzę w takich kategoriach na związki męsko-damskie. Nie obchodzi mnie status materialny, opinia innych. Najważniejszą determinantą jest uczucie. Nie liczę się z presją otoczenia. Jeśli ludzie nie akceptują moich relacji, to znaczy, że nie akceptują też mnie. A to już jest ich problem. Nie mój.
Dzisiaj ludzie mają łatwiej. Mogą sobie wystukać wymarzonego partnera za pomocą klawiatury komputerowej. I z tego co wiem, zdarzają się całkiem udane związki par wirtualnie poznanych w Internecie i dobranych szczęśliwie.
Podjęłam pracę, która początkowo nie przynosiła mi satysfakcji. Zanim się obejrzałam, moje życie zaczęło przybierać szarych kolorów. Wieczory stawały się nudne, samotne. Przyszedł taki moment, że zaczął mi uwierać maminy opiekuńczy instynkt, mamine obiadki. Zapragnęłam uwić sobie własne gniazdko, gotować obiady, jeść z własnej zastawy.
Moje koleżanki zaczęły się zaręczać, wychodziły za mąż, rodziły dzieci. Opowiadały ciągle o pieluchach, kupkach, ząbkowaniu. Nie czułam takiego klimatu. Zapraszana na śluby z przyjemnością, wzruszeniem i często z łezką w oku towarzyszyłam młodym parom, którzy ślubowali sobie przed ołtarzem. Jednak przyszedł moment, że cudze wesela przestały mnie kręcić i zapragnęłam założyć własny welon.
Początkowo nie widziałam w tym problemu. Bo niby czego miałabym im zazdrościć.
- wesela, na które trzeba było wydać mnóstwo kasy?
- sukni ślubnej? Żyłam w czasach, kiedy trzeba było ją sobie uszyć u osobistej krawcowej. Wypożyczalnie co prawda wypożyczały ładne kreacje ślubne, ale bardzo drogo liczyły sobie za usługę. Nie każdego było na to stać. Nie byłam chora na ślub, tylko ze względu na imprezę, suknie i biały welon.
- obrączek, które podobnie jak inna biżuteria wcale mnie nie kręciły i nie kręcą?
- prezentów? Nie myślałam w takich kategoriach.
- bałam się staropanieństwa? Owszem, wierzyłam, że stara panna jest złośliwa, zgorzkniała, ale nie patrzyłam na siebie, jak na potencjalną starą pannę. Moi rodzice pobrali się mają po 24 lata. Zawsze wydawało mi się, że mam jeszcze czas, że jeszcze zdążę nacieszyć się małżeńskim węzłem.
26 lat tykał mój biologiczny zegar zanim dojrzałam do decyzji, że nie ma na co czekać, bo książę z bajki się nie pojawi.
Szukałam. I co? Gdzie trafiłam to okazywało się, że to nie ta bajka, nie ten książę, nie ten rumak.
Nie czytajcie dzieciom bajek!
Nie podoba mi się opowiadanie naszym milusińskim o tym, że świat jest piękny, kolorowy, pełen miłości, książąt na białych rumakach, złotych karet, bajek o długim i szczęśliwym życiu za siedmioma górami …
Chyba, że czytając swoim pociechom bajki potraficie je mądrze zinterpretować!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




