Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lutego 2020

Media donoszą. Wywiady, artykuły, książki, filmy

Postanowiłam zrobić sobie ściągawkę dot. artykułów, wywiadów, książek i in. literatury oraz filmów jakie ukazały się na temat mojej pasji, dotychczasowej działalności w Internecie. Oczywiście nie jestem w stanie zebrać wszystkiego, ale spróbuję zapisać to co pamiętam.

"Tropiciele Rodzinnych Tajemnic". Artykuł Doroty Kowalskiej, przy współpracy Karoliny Wasielewskiej ukazał się w tygodniku Newsweek Polska, w numerze 10/05 na stronie 74.
Jeśli postanowiłeś podążyć za modą i poświęcić się poszukiwaniu przodków, strzeż się! Nie ma bowiem rodziny bez mrocznych sekretów. Anna Ordyczyńska, mikrobiolog po pięćdziesiątce, do godziny 15 ślęczy nad mikroskopem w leżajskim sanepidzie. Kiedy po pracy zrzuca kitel, przemienia się w detektywa w spódnicy. I zamiast tropić bakterie w żywności, tropi zagadki historii i poplątane losy ludzkie. Genealogicznego bzika dostała cztery lata temu, kiedy w jej domu pojawił się komputer z Internetem: wpisała swoje nazwisko w wyszukiwarkę, by z rozczarowaniem stwierdzić, że o Ordyczyńskich nie ma ani jednej strony.Zaczęła więc szukać: najpierw żyjących krewnych, a potem tych, którzy już odeszli. Kiedy odtworzyła dzieje rodziny i narysowała drzewo genealogiczne - dziś liczy 1400 nazwisk - nie mogła się zatrzymać. - To wciąga jak narkotyk - mówi. Nie ma czasu ani ochoty na sprzątanie mieszkania, gotowanie też już jej nie interesuje. Tropi przodków ludzi, którzy ją o to poproszą. Za darmo, dla frajdy. Fotografuje tablice nagrobne na cmentarzach i wrzuca je do Internetu. - Może ktoś po drugiej stronie kuli ziemskiej, szukając swoich korzeni, znajdzie na moich zdjęciach ślad pozostawiony przez przodka - mówi. W obliczu zagadki czuje się jak Sherlock Holmes; podniesiony poziom adrenaliny, żołądek ściśnięty z wrażenia, wreszcie radość, gdy elementy łamigłówki ułożą się w całość.
  
 
"Dwa Światy" - Film o mojej pasji genealogicznej nakręcony przez TVP Rzeszów. Realizacja: Adam Mokrzycki, Jacek Tutak, Arkadiusz Gruszka, Maciej Jemioła, Marek Kołton. 

Anna Ordyczyńska znalazła sobie oryginalną pasję - tworzenie internetowych drzew genealogicznych. Szybko okazało się, że takich szczegółowych danych o pochodzeniu swoim i swojego nazwiska szukają miliony ludzi na całym świecie.

Życie pani Ordyczyńskiej zmieniło się całkowicie gdy kupiła komputer i podpięła go do Internetu. W swoim maleńkim pokoju szybko stworzyła wielką elektroniczną bazę danych. A wszystko z prozaicznego powodu. Prostego pytania jakie rodzicom zadaje wiele dzieci.
-”Mamo skąd myśmy się znaleźli tutaj w tym rejonie, okazało się, że nazwisko Ordyczyński w ogóle w Internecie nie występowało.”
Mama poszukiwaczka ustaliła, że przodkowie jej męża przybyli tu z Ukrainy, uciekając przed Kozakami. Stąd hipoteza o korzeniach tatarskich. I tak badania na temat genealogii mieszkanka Leżajska powiązała ze studiowaniem literatury, ksiąg parafialnych, dokumentów z urzędu stanu cywilnego i oczywiście analizą tysięcy zdjęć.
-”Wszystkie dane, które udało mi się znaleźć wrzucam systematycznie do Internetu ponieważ potrafię robić strony internetowe i właściwie internet traktuję jak brulion i wszystko co wiem mimo wszystko wrzucam to do Internetu.”
A to efekty. Emaile z Polski i całego świata. Ludzie proszą w nich o ustalenie nawet takich faktów: czy to właśnie murarze z podanej rodziny budowali ten zamek czy tamten kościół. Często są to informacje bardzo osobiste, bardzo rodzinne. Okazało się, że wielu z tych wirtualnych przyjaciół ma wspólnych przodków. To właśnie inspiruje do dalszych badań. Te niekończące się kreski i tabelki to właśnie drzewo genealogiczne autorstwa pani Ordyczyńskiej. Ta pasjonatka tworzy także tablice pokrewieństw. W ten sposób połączyła już pięć i pół tysiąca osób z całego świata. Tak jak odwiedzanie cmentarzy i odczytywanie informacji nie tylko tych dotyczących daty urodzin i śmierci. Forma nagrobka czy treść epitafium, albo liczba takich samych nazwisk to źródło informacji na temat konkretnego gniazda rodzinnego. W ten sposób fotograficzna baza danych wciąż rośnie i rośnie. I tak z zawodu pani mikrobiolog odkrywa losy ludzi tych mało znanych i tych zasłużonych, rabinów i księży, żołnierzy i jeńców. Na samych emailach z podziękowaniami, się nie kończy. 1 marca pani Ordyczyńska jedzie na spotkanie z internetowymi przyjaciółmi. Będą to 5 urodziny GENPOLU czyli pasjonatów poszukujących rodzinnych korzeni. Takich portali jest więcej. Osiągnięcia każdej z grup nie kończą się na wymianie informacji na blogach. Coraz więcej osób decyduje się na dokładne opisanie historii swojego drzewa rodzinnego czyli wydanie książki.



***
"Anna na tropie Ordyczyńskich" Aneta Gieroń, Super Nowości. Artykuł jest dostępny również na fakty.interia.pl
Co może robić stateczna mikrobiolog po godzinach? Czytać książki, plotkować z sąsiadkami, oglądać seriale?
- Czy ja wyglądam na nudziarę - śmieje się 54-letnia Anna Ordyczyńska z Leżajska, która przez ostatnich 8 lat stworzyła ponad 1000 drzew genealogicznych leżajskich rodzin, a wszystko zaczęło się od Stankiewiczów, rodziny jej ojca z kilkusetletnią historią, od zawsze związaną z dworem Giedroyciów.

- Po aparacie fotograficznym mnie poznacie - żartuje pani Anna. I ma rację. W jej mieszkaniu po otwarciu barku zamiast rzędem ustawionych trunków, leżą aparaty fotograficzne, od rosyjskich staroci, po współczesne cyfrówki. Brakuje tylko cyfrowej lustrzanki. - Boże, gdybym miała taki sprzęt, tobym dopiero utrwaliła historię Leżajska - wzdycha pani Ania.

- Ale z synami zbieramy pieniądze, w końcu uzbieramy.

Do 16 mikrobiolog, po godzinach tropicielka historii. Kobieta codziennie rano melduje się w leżajskim sanepidzie, gdzie pracuje jako mikrobiolog, a po godz. 16 staje się tropicielką ludzkich losów. - Nie lubię sprzątać, gotować, oglądać telewizji.

- Kocham Internet i żeby w życiu się działo - opowiada.

I od co najmniej 8 lat oj dzieje się. Niewinnie wyglądający kabel - przyłącz do sieci, świat Anny Ordyczyńskiej postawił na głowie. W Internecie spotkała dziesiątki pasjonatów takich jak ona sama. Dziś pierwszą rzeczą, jaką robi po powrocie z pracy do domu, jest odpalanie compa. Ostatni weekend spędziła w Warszawie. Była na zlocie zorganizowanym przez Tomka Nitscha, twórcę portalu genealogicznego. W stolicy zjawiło się ponad 100 tropicieli rodzinnych dziejów z całej Polski.

Internet dobry na wszystko

- W poniedziałek wróciłam do Leżajska i od tygodnia piszemy do siebie listy, wysyłamy zdjęcia z warszawskiej imprezy, podpowiadamy, jak znaleźć nowe materiały do tworzonych drzew genealogicznych, jesteśmy grupą najlepszych przyjaciół - opowiada pani Anna.

Ona sama w genealogiczne uzależnienie wpadła zaraz po tym, jak kilka lat temu w wyszukiwarce wpisała nazwisko Ordyczyńska, a w Internecie nie wyświetliła się ani jedna strona. Poszukiwania zaczęła od rodziny matki, Janiny Feldman i szybko się okazało, że ta ma korzenie wśród rdzennej ludności z okolic Leżajska i... XIX-wiecznych kolonistów niemieckich. Prababka pani Ani, mimo że urodzona w Tarnowcu i przez lata związana z Kuryłówką, do końca życia mówiła tylko po niemiecku. Za mezalians uważała małżeństwo syna z polską panną z Kuryłówki.

Stankiewicze na dworze Giedroycia

- Jeszcze bardziej pogmatwane są dzieje rodziny ze strony ojca, Antoniego Stankiewicza - opowiada Ordyczyńska. - Nazwisko Stankiewicz wskazuje na litewskie korzenie, choć rodzina ojca i dziadka mieszkała na Wołyniu. Dziadek był gajowym na dworze księcia Władysława Giedroycia.

Antoni Stankiewicz, ojciec pani Anny, świetnie znający Karpaty, w czasie II wojny przeprowadził ponad 100 osób z okupowanej Polski do Rumunii i na Węgry. Był przewodnikiem m.in. córki księcia Giedroycia. Po wojnie na krótko wrócił do Żubraczego k. Cisnej, gdzie się wychował, potem osiadł w Łańcucie, na stałe w Leżajsku. Dziś pan w starszym wieku, mimo skończonych 80 lat, ciągle zaskakuje rodzinę fantazją. Kilka lat temu w tajemnicy kupił skrzypce i uparł się, że nauczy się grać.

- Ojciec pojechał ze mną w sentymentalną podróż w Bieszczady. W Żubraczem trafiliśmy na grób księcia Władysława Giedroycia, który po naszym odkryciu wpisany został do wszystkich przewodników - opowiada kobieta.

Po bułki do sklepu z aparatem fotograficznym
Anna Ordyczyńska, wskazując na półki z pękatymi segregatorami, mówi o ponad 1000 drzew genealogicznych, jakie udało się jej odtworzyć.- Nie robię tego na zamówienie. Wszystkie te historie wiążą się z losami rodziny mojej albo męża - dodaje.

Kobieta nawet po bułki do sklepu nie wychodzi z domu bez torebki, w której zawsze ma aparat fotograficzny. W żadną podróż nie wyjeżdża bez kamery, ale najcenniejszy jest dyktafon. Nagrała setki godzin rozmów z członkami rodziny i najstarszymi mieszkańcami Leżajska.

- Żaden ze mnie Sherlock Holmes, macha ręką. - Pasjonuje mnie życie, ludzie, coś prawdziwego, a wszystko tak szybko odchodzi, staje się historią trudną do odtworzenia.

Jeśli trzeba, bywam Żydówką

A czy pani Anna jest Żydówką? - Bywa - śmieje się kobieta. Od kilku lat fascynuje się chasydami, co roku przyjeżdżającymi na grób cadyka Elimelecha do Leżajska. Ta fascynacja ma związek z teściową Ordyczyńskiej, która przez długie lata była strażniczką klucza do żydowskiego ohelu. Pani Ania robi zdjęcia, nagrywa rozmowy z chasydami, a wszystkie materiały umieszcza w Internecie, podobnie jak wyniki genealogicznych poszukiwań. Stateczna mikrobiolog, by skosztować koszernych potraw oraz podejrzeć śpiewających, modlących się ortodoksyjnych Żydów, sama przebierała się za Żydówkę i starała się być jak najbliżej najważniejszych wydarzeń związanych z cadykiem Elimelechem.

- Człowiek musi być odrobinę szalony - śmieje się.

- Teraz marzy mi się wyprawa do Petersburga, ale stać mnie tylko na kawę w Londynie, gdzie mogłabym polecieć z tanimi liniami. I polecę.

ANETA GIEROŃ 
**
Lniany posag "Z nimi łatwiej iść przez życie"- Edyta Golisz, "Poradnik domowy" Nr 13/2016. Pisałam o tym na blogu Lniany posag
***

"Pasja Anny Ordyczyńskiej" - Agata Kulczycka, Gazeta.pl; Agata Kulczycka 01-03-2005 NOWINY GAZETA CODZIENNA
Dla Anny Ordyczyńskiej każda rocznica śmierci cadyka Elimelecha jest wielkim wydarzeniem. - Biorę wtedy urlop - mówi. Podgląda chasydów podczas ich obrzędów, udaje Żydówkę, kosztuje potraw, szuka ciekawych ludzi, fotografuje, opisuje, a później swoje relacje zamieszcza w Internecie.
Anna Ordyczyńska z wykształcenia jest mikrobiologiem, pracuje w sanepidzie. Urodziła się w Leżajsku, ale o odbywających się co rok uroczystościach przy grobie Elimelecha nie wiedziała nic, zanim nie wyszła za mąż i nie przeprowadziła się do innej części miasta. Historią i tradycjami żydowskim zainteresowała ją także nieżyjąca już teściowa, która przez całe lata opiekowała się kluczem do cmentarza żydowskiego w Leżajsku. I koleżanka ze szkolnej ławki, która po ślubie wyemigrowała do Francji i dopiero tam dowiedziała się o niezwykłym święcie obchodzonym przez Żydów z całego świata w jej rodzinnym mieście i napisała Annie o tym. - Dopiero jako dorosła osoba zobaczyłam, co to jest za widowisko: stroje, obyczaje, zachowanie, tańce. Byłam pełna podziwu, gdy zobaczyłam, jak Żydzi potrafią się godzinami modlić - wyjaśnia Ordyczyńska.

Kiedyś z teściową, która znała jidysz, dziś częściej z synem, bieglej od niej posługującym się angielskim, stara się znaleźć i skłonić do rozmów i wspomnień interesujących ludzi przyjeżdżających do miasteczka na modły. Nie tylko rozmawia z nimi, ale stara się - chociaż jako widz - uczestniczyć w ich uroczystościach. - Nie, nie pozwalają się podglądać, ale staram się za wszelką cenę chociaż zajrzeć do sal, gdzie mężczyźni tańczą i śpiewają. Udaję Żydówkę, by skosztować koszernych potraw, które wówczas jedzą: chałek, ciast, ryb, sałatek. Udaje się to, bo mówią różnymi językami, przyjeżdżają z Ameryki, Izraela, Anglii, a ostatnio coraz więcej z Ukrainy. Chodzą także bardzo różnie ubrane, więc nietrudno się wmieszać w tłum - mówi. Bo na uroczystości do Leżajska przyjeżdżają także kobiety, choć nie wolno im się modlić ani świętować razem z mężczyznami.

Rozmowy, wspomnienia i wrażenia z uroczystości spisuje, a później publikuje na kolejnych stronach www, które umieszcza w internecie. Od dwóch miesięcy z całego świata odbiera e-maile z pytaniami, kiedy w Leżajsku spotykać się będą Żydzi. - Wiele osób przyjeżdża tu specjalnie po to, aby zobaczyć, jak świętują chasydzi - wyjaśnia Anna Ordyczyńska.

***
"Żyje z pasją" - Agnieszka Kopacz. Sztafeta 2008. Nr 13
***
Genealogia rodziny na tle historii regionu - pdf
Towarzystwo Miłośników Ziemi Leżajskiej Almanach Leżajski (Zeszyt 3/2009) 

***
Książka "Tajemniczy Świat Chasydów", która zawiera rozdział poświęcony Elimelechowi z Leżajska. 


***
1 marca 2016 w rocznicę śmierci cadyka Elimelecha przyjechała ekipa Telewizji Czeskiej - oddziału w Ostrawie, realizująca program Cesty víry (Drogi wiary). Pan Janusz Klimsza pracujący dla telewizji zbiera materiały o dynastiach chasydzkich. Miałam przyjemność udzielenia wywiadu o chasydach pielgrzymujących od lat do Leżajska, o cadyku Elimelechu, o wieloletnim dokumentowaniu jorcajtów na moich stronach w Internecie.


Pisałam o tym na blogu: 



****
Wywiad dla fińskiej gazety Helsingin Sanomat na temat kultywowania tradycji przez Żydów ortodoksyjnych pielgrzymujących do grobu cadyka Elimelecha w Leżajsku.
Dziennikarz przygotowuje ustawia sprzęt do przeprowadzenia wywiadu dla Reuters TV na temat fenomenu cadyka Elimelecha z Leżajska. 2011.03.26




****
"Album Rodzinny" - Film Piotra Rosołowskiego o rodzinie szukającej swoich korzeni został wyemitowany w Magazynie Młodzieżowym TV Raj 16 kwietnia 2004 roku w sobotę o godz. 16. 
W zapowiedzi programu napisano:
"Tomek Ordyczyński i Witek Kiersnowski mieszkają w Leżajsku, małym mieście na Podkarpaciu. Tomek w tym roku zdaję maturę, chce wyjechać na studia. To zabawne, że dla chłopaka w jego wieku pasjonującego się: jazdą na rowerze górskim, fotografią, podróżami, jedną z ważniejszych rzeczy jest album rodzinny. Sam starannie umieszczał w nim przedwojenne zdjęcia, rysował drzewo genealogiczne rodziny. W domu jest wiele pamiątek z przeszłości, stare dokumenty, zdjęcia przedwojennego Leżajska. Kiedyś jedną trzecią wszystkich mieszkańców miasta stanowili Żydzi, z których większość to byli ortodoksyjni Chasydzi. Przodkowie Tomka jako jedni z niewielu Polaków mieszkali w Żydowskiej dzielnicy. Po wojnie żydowski kwartał miasta opustoszał, jednak od połowy lat 80-tych do Leżajska pielgrzymują setki Chasydów z całego świata, aby pomodlić się nad grobem słynnego cadyka Elimelecha. Każdego roku na kilka dni miasto wraca do swojej galicyjskiej wielokulturowej przeszłości. Chasydzkie święto to ważne dni dla rodziny Ordyczyńskich.
Tomek każdego roku obserwuje i fotografuje pielgrzymujących Chasydów, Witek zna nawet język jidisz, nauczyła go babcia Janina. Pani Ordyczyńska to wyjątkowa postać zarówno dla tutejszych Polaków jak i przyjeżdżających Żydów. Przez lata zajmowała się cmentarzem, własnymi środkami dbała o nagrobki i nawet śmierć dosięgła ją w tym miejscu. Zmarła 15 lat temu w dniu pielgrzymki, upadła na ziemię niedaleko grobu Elimelecha w ręce trzymała klucz od bramy cmentarza. Tomek słabo pamięta babcię, dużo opowiadała mu o niej jego matka. Razem założyli stronę internetową rodziny Ordyczyńskich. Pod ich wpływem wiele osób z rodu zaczęło umieszczać podobne małe witryny w sieci".



****
Leżajszczanie w walce o niepodległość. Kurier Powiatowy
***
"Szlachcic żywcem pogrzebany przez diabła". Janusz Motyka. Nowiny, 30 lipca 2010
***
***
Dyrektor jezuickiego Centrum Kultury i Dialogu w Krakowie we współpracy ze Starostwem Powiatowym w Leżajsku zorganizował w dniach 28-29 listopada 2007 roku warsztaty dla młodzieży w Muzeum Ziemi Leżajskiej.

Projekt zrealizowano w ramach Programu dla Tolerancji - „To, co wspólne - to, co różne” Fundacji im. Stefana Batorego i Fundacji Żydowskiego Życia i Kultury im. Tada Laubego.

Ideą warsztatów było zachęcenie młodzieży ze szkół średnich, do udziału w kole zainteresowań wielokulturową przeszłością Leżajska, co mogłyby stanowić zalążek towarzystwa przyjaźni polsko-żydowskiej czy polsko-izraelskiej na Podkarpaciu.

Zainteresowanie kulturą żydowską i relacjami polsko-żydowskimi ułatwiłoby dialog z młodzieżą żydowską, odwiedzającą Leżajsk w ramach szkolnych wycieczek, dając podwaliny w rozwój przyjaznych relacji międzyludzkich, tak bardzo promowany i upragniony przez Jana Pawła II.

W dwudniowych warsztatach wzięło udział 60 uczniów z Leżajska, Nowej Sarzyny, Lubaczowa.

Warsztaty prowadziło kilkanaście osób z Polski i Izraela, w tym rabin, ksiądz, ocalały z Zagłady, a przede wszystkim młodzi Żydzi, zarówno z Polski, jak i z Izraela, którzy pomogli młodzieży odkryć, że żydowska obecność i kultura żydowska nie jest sprawą zamierzchłej i tragicznej przeszłości, ale jest czymś żywym, różnorodnym, fascynującym i przynależącym do kulturowej tożsamości każdego młodego Polaka.

Anna Ordyczyńska przedstawiła w formie prezentacji multimedialnej istniejące relacje polsko-żydowskie w wielokulturowym Leżajsku. Przedstawiła sylwetki Żydów i Polaków, którzy w okresie międzywojennym, mimo różnic narodowościowych, religijnych i kulturowych żyli w zgodzie, wspierali się w trudnych sytuacjach życiowych. Nakreśliła, jak wyglądało życie społeczne i religijne leżajskich Żydów. Przedstawiła historie Żydów ukrywanych przez polskie rodziny oraz historie Polaków ukrywających Żydów w czasie II Wojny Światowej.

***
***
Z inicjatywy Żydowskiego Instytutu Historycznego im. Emanuela Ringelbluma 1 kwietnia 2009 w Parlamencie Europejskim w Brukseli zorganizowano wystawę "Przybyli, odeszli ... są Żydzi Polscy. ". Ekspozycja zawierała fotografie mojego autorstwa. To wielkie dla mnie wyróżnienia. Po zamknięciu wystawy cała ekspozycja przedstawiana była w Żydowskim Instytucie Historycznym, a także w innych miastach.  
Zwiedzający mogli zapoznać się z wędrówką Żydów do Polski, ich działalnością w kraju, dorobkiem intelektualnym oraz twórczości artystycznej.
Wystawa przybliżała drogi Żydów do Polski, która na wiele wieków stała się dla nich schronieniem, podczas gdy w wielu krajach zachodniej Europy byli prześladowani i mordowani. Przez kolejne stulecia żydowska społeczność w Polsce rozrosła się, a jej kultura rozwinęła. Tutaj powstały najważniejsze ośrodki żydowskiej myśli religijnej i społecznej, później także politycznej i artystycznej. Z dorobku polskiego żydostwa korzystał judaizm na całym świecie. Wystawa przedstawiała wiele wątków historii polskich Żydów. Także ostatni etap ich drogi, czyli przeprowadzoną przez nazistowskie Niemcy planową Zagładę. Końcowy akcent pada na odradzające się życie żydowskie w Polsce.
Wystawa składała się nie tylko z tekstów, ale również bogatego materiału ilustracyjnego. Składała się z 31 paneli. Każdy o wymiarach: 190 x 95 x 1,5 cm.




***
Faks do Nieba. Jagienka Wilczak. Polityka - nr 13 (2238) z dnia 2000-03-25; s. 116-121
***
Szmonces na dachu. Polityka - nr 45 (2477) z dnia 2004-11-06; s. 68-70
Kultura / Moda na judaica



***
Biogram Janusza Dolnego ukazał się w Biuletynie Miejskim w Leżajsku
***

***
27 lutego 2020 Polskie Radio Rzeszów zawitało do Sarzyny, ja spotkałam się z Andrzejem Dańczyszynem i tylko wrzuciłam mały kamyczek do programu o Władysławie Sikorskim i jego pobycie w Leżajsku.

Linki:



piątek, 20 czerwca 2014

Choć dwaj robią to samo, to nie jest to samo

Od 10 lat jesteśmy w Unii. Wydawało się nam, że powinniśmy być zadowoleni, że bilans powinien być na plus. Wg badań UE ponad 60% polskiego społeczeństwa żyje na granicy nędzy. My to wiemy, szkoda, że do polityków takie wskaźniki nie przemawiają. Cynicznie krytykują i oceniają narzekających Polaków. Zwykły pracownik w Polsce ma 10 razy więcej obowiązków w pracy, niż pracownik na zachodzie. Zarabia też 10 razy, tyle, że mniej. 
Ale kto zrozumie głodnego? Czy powinnam się przejmować ostatnimi wydarzeniami z aferą podsłuchową w tle, śledzić osiągnięcia odpowiedzialnych za nasze bezpieczeństwo, wymyślać kto za tym stoi? Służby specjalne, obcy wywiad, pazerny przestępca, który chce zarobić na 'taśmach'?
A co politycy? Przy suto zastawionych knajpianych stołach?  Którzy niczym sudoku rozwiązują polityczne układanki. Byle tak jak w sudoku cyfry się zgadzały.  
Czy wybór kolejnego garnituru rządzących elit zmieni nasz status materialny? 

Nawet gdyby zmienili przepisy i wprowadzili jednomandatowe okręgi wyborcze to i tak nie ma na kogo głosować, więc pewnie nic się nie zmieni. 

Napawa mnie jednak optymizmem stare rzymskie porzekadło, które powiada: 
si duo faciunt idem, non est idem. 
Choć dwaj robią to samo, to nie jest to samo. 

piątek, 12 lipca 2013

Piwo bezalkoholowe na dyplomatyczne uniki

Pamiętacie reklamę, w której mimo zakazu, reklamowano piwo, tyle że z niedwuznacznym przymrużeniem oka, jako 'Piwo bezalkoholowe'.
Zakaz reklamowania napojów alkoholowych obowiązywał, ale Polacy, jak zawsze dawali sobie radę z omijaniem przepisów. 
Może by taki patent 'z przymrużeniem oka' kupili politycy. Często zasłaniają się protokołem politycznym, tłumaczą się, że nie mogli inaczej, bo zagranica by się obraziła. 
Ostatnio cały Parlament ma problem czy uznać ludobójstwo na Wołyniu za ludobójstwo, czy tylko za niegodne czyny o znamionach ludobójstwa. 
A tak, moglibyśmy się wypowiadać o tragedii, jaka dotknęła Polaków na Wołyniu, że Bandy UPA były niegrzeczne, do tego uśmiech z przymrużeniem lewego oka.
- my rozumielibyśmy, że chodzi o te 100 tysięcy Polaków wymordowanych w bestialski sposób, a Ukraińcy byliby szczęśliwi, może nawet nazywaliby nas przyjaciółmi.

Żeby Niemcy się na nas nie obrazili, wystarczyłoby się wypowiadać w kwestii obozów koncentracyjnych:
'5 milionów ludności w czasie II wojny światowej wyjechało na obóz', oczywiście koniecznie przymrużając oko. 

Takim doskonałym politykiem i dyplomatą był przed laty Aleksander Zawadzki.  
W Krakowie na przykład, społeczny komitet przy FJN zbierał środki na odbudowę pomnika Grunwaldzkiego, zniszczonego podczas wojny przez Niemców. Ludność chętnie oddawała na ten cel makulaturę, kupowała cegiełki. Gdy fundusze były już prawie zebrane, Aleksander, ówczesny Przewodniczący Rady Państwa uznał, że postawienie pomnika mogłoby zaszkodzić dobrosąsiedzkim stosunkom z Niemcami, wtedy konkretnie z narodem NRD. 
Plac Matejki nocą
Nie wiem tylko, czy obawiał się obrazy ze strony niemieckich przyjaciół z bloku socjalistycznego za stawianie pomnika naszemu władcy, który pokonał Krzyżaków, czy za sprzeciwianie się woli hitlerowców, oni zburzyli, a my stawiamy!




związane z tematem blogi







niedziela, 20 maja 2012

Instynkt macierzyński po godzinach pracy

     Wielka burza medialna nadciągnęła na cała Polskę, kiedy p. Duda przewodniczący Solidarności spytał posłankę Agnieszkę Pomaskę, szefową komisji do spraw Unii Europejskiej, zastępcę sekretarza generalnego PO - 'co tu robi, skoro ma 3 tygodniowe dziecko'?
- Nie mamy umowy o pracę, nie mamy więc prawa do urlopów macierzyńskich. Polityka to nie jest praca od godziny 8 do 16,  nie można tak z dnia na dzień rzucić wyborców - mówi posłanka w wywiadzie do Gazety Wyborczej.
Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo, 1905
      Dlaczego Kodeks Pracy wyklucza posłanki z prawa do urlopu macierzyńskiego, skoro nie da się zaprogramować synchronizacji procesów życiowych, zwłaszcza, w kwestii wydzielania pokarmu u kobiety, która urodziła dziecko?  
Zegar biologiczny to mechanizm regulujący około-dobowe rytmy fizjologiczne, biochemiczne i behawioralne.  Okres połogu, to czas, w którym dchodzi do cofania się zmain związanych z okresem ciąży i porodu zazwyczaj trwa ok 6 tygodni.
Zegar biologiczny bije dla każdego! Nie da się go oszukać. 
     Co prawda posłanka Agnieszka Pomaska ma elastyczny czas pracy, mając wsparcie rodziców, męża mogła wrócić do pracy zaraz po porodzie.  Z karmieniem nie ma problemu, bo zostawia zabezpieczony pokarm dla dziecka. Jeździ co 2 tygodnie 2 razy w tygodniu  do Warszawy, w międzyczasie pracuje w Gdańsku. Łączenie pracy zawodowej z obowiązkami rodzinnymi daje jej satysfakcję. 
Więc o co chodzi? O co takie larum? Panowie posłowie?
      Chciałabym doczekać czasów, kiedy posłowie będę się martwić, równie gorliwie, jak o posłankę, o te kobiety zmuszone do pracy bezpośrednio po porodzie, które nie mają elastycznego czasu pracy, nie mają wsparcia rodziny, nie mają wsparcia męża, nie mają środków życiowych, nie mają satysfakcji z pracy. 
Owszem, są kobiety, takie jak Agnieszka, które nie mają prawa do urlopu macierzyńskiego, jednak te nie mogą do pracy wrócić, bo pracy nie miały. I tym się różnią od Agnieszki.

piątek, 30 grudnia 2011

Kalendarium 2011 - bilans roku

Rok 2011 rozpoczął się mało obiecująco. Ubiegłoroczne Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok spędziłam samotnie, ale nie w depresji, z kłopotami, ale jakoś sobie dzielnie poradziłam.  Potem jakoś się żyło, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. Chwała Bogu udało mi się dotrwać końca roku. Bywało różnie.



  • Tomek mój syn na kilka dni przed świętami dołączył do grona 2 milionów Polaków i wyjechał z Polski, by popracować na budżet i tak już bogatej Norwegii. Koledzy Tomka, również wyedukowani w państwowych uczelniach wyjechali do Anglii, Irlandii, Stanów, lub Hiszpanii. W Polsce dla takich nie ma posad, no chyba, że ma się znajomości. W Norwegii mój syn spędził święta Bożego Narodzenia i Sylwestra z dala od rodziny. Samotnie świętował swoje urodziny i Imieniny, które akuratnie wypadają w tym samym czasie. Błogosławiony Internet umożliwiający kontakt ze Światem. Pocieszeniem na moje narzekania na moją samotność i wyjazd syna za chlebem miały być słowa niektórych naszych regionalnych polityków, którzy próbowali mnie pocieszać: "Dobrze, że wyjechał, zdobędzie doświadczenie, pozna świat, a kiedy wróci, to zarobione pieniądze przywiezie do kraju".
  • Początek roku to również codzienne wizyty w szpitalu, równoczesne odwiedzanie i taty i syna, przy czym każdy z nich leżał na innym oddziale i w innym budynku szpitalnym. Nie wiadomo, któremu z nich poświęcać miałam więcej czasu. Ojciec, wtedy jeszcze 86 letni leżał na kardiologii, z diagnozą mało optymistyczną. Na dodatek okulista stwierdził u niego nieodwracalne zmiany w oczach, grożące ślepotą. Po takiej dawce świątecznej atmosfery w szpitalnych salonach wracałam dobita do domu, by porozmawiać przez SKYPE z synem. 
  • 23 marca odnotowałam w moim kalendarzu - chora służba zdrowia, nie wiadomo kogo leczyć - służbę zdrowia czy pacjenta. Pacjenta się nie da, bo są kłopoty z dostaniem się do lekarza rodzinnego. Za służbę zdrowia niejeden rząd próbował się wziąć, ale bez sukcesów. 
  • 27 marca - udzielam wywiadu dla fińskiej telewizji - ang. Reuters TV. Wywiad, jak wywiad, wolałabym rozmawiać o moich innych pasjach, ale uważałam to za wielkie wyróżnienie, że właśnie angielska telewizja dostrzegła właśnie mnie i poprosiła o informacje o leżajskich Żydach, o pielgrzymach przyjeżdżających do grobu cadyka Elimelecha. Chasydzi w Leżajsku 27 marca 2011 roku
  • Święta Wielkanocne wykorzystałam na montaż filmików nakręconych w czasie rozmowy z tatą. Niezły film mi wyszedł, zatytułowałam go 'Biografia Antoniego Stankiewicza' . Jestem zadowolona i dumna. Z siebie i z mojego taty. Kolejnym wyzwaniem, jakie sobie postawiłam, to nakręcić podobny film z wywiadami mamy o jej życiu. 
  • Kwiecień - maj. Pracuję intensywnie nad genealogią. Co chwilę doładowuję baterie do aparatu fotograficznego, ba, chwilami używam nawet 2-3 aparatów, bo czas goni, systematycznie zgrywam do komputera zdjęcia z karty SD, aby zwolnić miejsce na kolejne zdjęcia. Współpraca z księdzem proboszczem Franciszkiem Gochem, który udostępnił mi księgi parafialne do moich badań  jest znakomita, że aż się chce pracować. 
  • 25 maja - z wizytą u mojej koleżanki Stasi Argasińskiej, która po raz pierwszy po 7 latach przyleciała ze Stanów do kraju. Ze Stasią pracowałam przez kilka lat w sanepidzie, dopóki nie wyjechała do Ameryki. Podobnie, jak kilka moich innych koleżanek z pracy. Na pewno muszą tam ciężko pracować, chociaż po nich nie widać, aby były 'spracowane'. Ich praca w Ameryce daje wymierne korzyści, lada moment będą już miały wypracowane emerytury, nieporównywalne do emerytur naszych krajowych.
  • 5 sierpnia - wizyta Małgosi Nowaczyk z Kanady i Joli Skalskiej z USA w moich skromnych leżajskich progach. 
  • 14 września - spięcie w pracy są dla mnie na tyle ważnym epizodem w życiu, że postanowiłam wspomnieć o nim w kalendarium moich wydarzeń. Różnica pokoleniowa to różne pojmowanie wartości, etyki, zawodowej, ideałów i sprawiedliwości społecznej. Młodzi uważają, że starym pracownikom już nie trzeba nagród, premii, podwyżek, ani innej formy  uznania finansowego za swoją wieloletnią pracę, doświadczenie i dorobek zawodowy - bo są starzy. Starym nie trzeba pieniędzy tyle, co młodym, bo to młodzi są na dorobku, mają kredyty, budują się, wychowują i kształcą dzieci. Wszystko to prawda, młodym rzeczywiście jest ciężko, tylko strasznie przykro jest usłyszeć prosto w twarz od pracowników, z którymi się pracuje i przebywa przez 8 godzin dziennie, że tobie już nie trzeba, bo jesteś stara, a taka podwyżka na 2 lata przed emeryturą nic nie zmieni, ZUS nie uwzględni takich pieniędzy przy ustalaniu wskaźnika przeliczeniowego do emerytury. Taka prawda usłyszana prosto w twarz, na dodatek poparta aprobatą i opinią szefa boli, bardzo. No cóż, jak się ma własny folwark to gospodaruje się według własnych zasad, stosując własne kryteria oceny. Tylko, że urząd nie jest folwarkiem.
  • 9 października - wybory parlamentarne. Nie poszłam głosować. Uważałam, że ktokolwiek zasiądzie w parlamencie, nie wymyśli nic mądrego i jednocześnie z korzyścią dla młodych bezrobotnych, chorych, słabszych czy wykluczonych. Do Sejmu startują ludzie z kasą, z pozycją społeczną, biednych tam nie ma. Kto więc będzie o takich walczył ? 
  • Chora służba zdrowia. Tylko kto bardziej chory i kto bardziej potrzebuje pomocy, służba zdrowia, czy pacjenci? Zapisałam się do kardiologa, wyznaczono mi termin za 2 miesiące. Po wizycie kolejne uzgadnianie terminu, tym razem na wykonanie badania aktywności elektrycznej serca w ciągu całej doby, czyli EKG metodą Holtera. Mam czekać kolejny miesiąc, aby sprawdzić czy mam zaburzenia rytmu serca. Mam nadzieję, że moja sytuacja nie jest pilna i wytrzymam 3 miesiące do ustalenia diagnozy. Ale czy inni pacjenci dotrwają do terminu zapisanego w zeszycie?
  • 15 października - trzęsienie ziemi w Turcji wywołał strach o moją kuzynkę. Wyszła za mąż za Turka, ma dwójkę śliczniutkich dzieci i mieszka w Stambule. Skontaktowałam się przez Facebooka, na szczęście mieszkają daleko od epicentrum wstrząsów i czują się w miarę bezpieczni.
  • 12 grudnia - spotkanie koleżeńskie, jak zwykle w naszej ulubionej restauracji, w której w miłym dowcipnym gronie co najmniej od kilkunastu lat spotykamy się regularnie. Tym razem nasze wieczorne party dotyczyło ustalenia spraw organizacyjnych związanych z przygotowaniem obchodów 100-lecia naszego liceum w Leżajsku. Porozdzielałyśmy zaproszenia dla koleżanek i kolegów z poszczególnych oddziałów i każda zobowiązała się dostarczyć je swoim klasowym koleżankom i kolegom.
  • Gorąca dyskusja w świecie polityki, w świecie mediów, w każdym domu i chyba w każdej pracy na temat zmiany przepisów  dot. refundacji leków. Nasuwa się pytanie, klasyka już dzisiaj - Panie premierze, jak żyć? By żyło się lepiej, czy może by umierało się szybciej?
  • 28 grudnia - gościłam w domu, mimo, że to jeszcze grudzień z okazji noworocznej kolędy naszego nowego proboszcza - księdza Marka Ciska. Wizyta bardzo miła, interesująca  i obiecująca. 
Może ten rok nie był najlepszy, może wybrałam zbyt pesymistyczne wydarzenia roku 2011, ale mimo wszystko życzyłabym sobie i Wam wszystkim, aby kolejny 2012 rok nie był rokiem gorszym.
A podobno Żydzi składają sobie życzenia noworoczne na Rosz ha-Szana , które tradycyjnie po hebrajsku brzmią: 
Leszana towa tikatewu wetehatemu, co oznacza 
Obyście byli zapisani w Księdze Życia i opieczętowani na dobry rok. 
I wtedy należy odpowiedzieć:
Gam atem, czyli to samo dla Ciebie

czwartek, 20 października 2011

Stosowanie płodozmianu

Stosowanie w nowoczesnym rolnictwie uprawy monokultur bez tradycyjnego płodozmianu, oszczędnościowe systemy uprawy (minimum tillage system) oraz jednostopniowy zbiór plonów skutkuje wzrostem porażenia upraw rolniczych przez patogeny. 
To cytat z naukowej literatury o patogenach grzybowych atakujących uprawy rolnicze na świecie. Są one przyczyną olbrzymich strat gospodarczych, które wynikają z wysokiej patogenności i toksynotwórczości. [Kobras M., Horoszkiewicz -Janka J.: Znaczenie i możliwości ograniczenia szkodliwych metabolitów pochodzenia grzybowego. Progr. Plant Protect. 47, 141-148  2007].
Bardzo mi pasuje ten rolniczy cytat do świata rządzących polityków, urzędników i innych decydentów
Chociaż patomechanizm chorób 'popełnianych' w świecie polityków identyczny jak świecie zwierząt, roślin, to już diagnostyka umożliwiająca wykrycie patogenu, profilaktyka i metody zapobiegania, zwalczania są trudniejsze.
Dobrze, że na salony polityczne wprowadzone zostaną nowe osoby.  Może uda im się chociaż trochę uzdrowić nasze chore przepisy. Być może mają świeższe spojrzenie na problemy naszego świata i zechcą naprawić system chorych systemów funkcjonujących w naszym państwie. 
Być może. 
Bo całkiem możliwe, że wnikając w środowisko polityków chorych na władzę, odizolowanych dość hermetycznie od świata przeciętnego Kowalskiego, zarażą się  od nich politycznymi patogenami. Bo władza to choroba wysoce zakaźnia. 

środa, 31 sierpnia 2011

Marketing polityków za moje pieniądze. Nie podoba mi się

Parlamentarzyści poprzez powoływanie komisji sejmowych ds. różnych, a to nacisków, a to afery gruntowej, a to hazardowej - wymyślili sobie niezły piar.
Pomysł znakomity.
Polacy mieliby poznać funkcjonujące mechanizmy i tryby afer wśród skorumpowanych polityków.
Telewizja transmitowałaby na antenie obrady sejmowe pokazując walczących w słusznej sprawie polityków.
Ludzie mieliby igrzyska, a politykom by rosły – słupki sondażowe. 

Ważne tylko, żeby długo i widowiskowo!
Serwowane Polakom widowiska z obrad komisji są i owszem – widowiskowe. Sama niejednokrotnie z wypiekami na twarzy godzinami śledziłam zaciekłe dyskusje w komisjach sejmowych. 

Jestem za powoływaniem komisji sejmowych.
Uważam jednak, że promowanie
merytorycznej działalności i kompetencji   rządzących polityków poprzez wytykanie nieuczciwych, niekompetentnych, niejednokrotnie związanych ze światem przestępczym ludzi z opozycji  - to pomysł marketingowców. 
 Widać to zwłaszcza teraz na kilka tygodni przed wyborami.
Ekipy od PR nagle przypominają sobie o komisjach ds różnych. 
Sprytnie wykalkulowały, że dadzą one lepsze żniwo, niż jakieś tam plakaty czy bilbordy. 
Komisje stały sie tanim chwytem marketingowym. 

Szkoda tylko, że za moje pieniądze. 
Szkoda tylko, że tak łatwo udaje się im nas wkrecać. 
Szkoda tylko, że tolerujemy  taką sztukę manipulacji.

sobota, 14 maja 2011

PKiN czyli Pakt Kultury i Nauki

Zobaczyć coś raz na własne oczy, znaczy tysiąc razy więcej niż o tym poczytać. Stworzyć coś samemu znaczy więcej, niż zobaczyć i podziwiać cudze dzieło.
Sfera kultury, sztuki i nauki ma istotny wpływ na rozwój duchowy i materialny społeczeństwa, na zwiększenie motywacji do pracy, na kreatywność, na pomysł na życie, a to przekłada się na rozwój gospodarczy kraju.
Duża w tym rola państwa, który powinien sprawować mecenat na tymi dziedzinami. Państwu powinno zależeć na uruchomieniu pewnych przejrzystych i klarownych mechanizmów nadających reguły i kierunek rozwoju świata kultury. Istnieją różne formy obcowania z kulturą. Sfera kultury powinna składa się z wielu subkultur, tak, aby nasze zróżnicowane społeczeństwo w zależności od zainteresowań, mogło znaleźć coś dla siebie interesującego. Mecenat państwa powinien finansować kreatywną sztukę, kulturę, ale tę z dużej półki, tzw. Kulturę przez duże K, tak, aby polskie społeczeństwo nie było wychowywane głównie na telewizyjnych serialach.

Nie chciałabym, aby w małomiasteczkowych społecznościach, z dala od centralnych ośrodków kultury dominowały imprezy, na których głównym punktem programu jest jakiś zaproszony zespół muzyczny i sztuczne ognie na zakończenie imprezy.
Tego typu imprezy organizowane przez władze miasta królują nie dlatego, że władze mają taki gust, ale, że nie wymagają nakładu sił własnych. A to, że sporo kosztują, to co z tego. Przecież to nie z ich własnych kieszeni są finansowane.
Na czym miałby polegać mecenat państwa nad kulturą?
Moim zdaniem priorytetem powinno być wspieranie mechanizmów zachęcających wyszukiwanie młodych talentów z różnych środowisk, umożliwianie im edukacji poprzez finansowanie nauki, kursów, warsztatów twórczych. Zwiększone nakłady na edukację zwiększa świadomość społeczeństwa na potrzeby duchowe, materialne, na kreatywność, na budowanie prawdziwej demokracji. Wszelkiego typu pomoc w rozwój daje poczucie własnej wartości dla potencjału intelektualnego społeczeństwa.
 Priorytetem powinien być mecenat nad młodymi wykształconymi obywatelami w postaci zorganizowania im rynku pracy, tak, aby młodzi utalentowani nie musieli wyjeżdżać za granicę, aby nie pracowali na dochód narodowy innych krajów, ale by godnie mogli realizować się w swojej Ojczyźnie.
Ubolewam, że tak nie jest.  Przecież nie zajedziemy daleko, jeśli nasz potencjał intelektualny wyemigruje, a w kraju pozostanie tylko niewykwalifikowana tania siła robocza.
Mecenat państwa nad kulturą, to spełnienie testamentu Mickiewicza, który pragnął, aby kultura, sztuka i nauka trafiła pod strzechy.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...