Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leżajsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leżajsk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 maja 2020

Śladami Papieża Jana Pawła II w 100. rocznicę Urodzin

JAN PAWEŁ II (1920-2005)

Nauczył nas kochać, nauczył nas żyć, nauczył nas modlić się, nauczył nas śmiać się, nauczył nas, jak cierpieć, nauczył nas, jak umierać. 

Dzisiaj celebrujemy wyjątkowy dzień - uroczystość 100-lecia Urodzin Św. Jana Pawła II. To dobry moment, aby pomyśleć o tym świętym człowieku. 
Niech błogosławi nas wszystkich, Święty Jan Papież II.
Urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach koło Krakowa. 

W Bazylice OO. Bernardynów w Leżajsku znajduje się obraz Św. Jana Pawła II. Dzisiaj wierni modlili się do naszego Papieża.
Ojciec Święty Jan Paweł II przybył do Sanktuarium MB w Leżajsku 28 maja 1965 roku, wówczas jeszcze, jako ks. arcybiskup Karol Wojtyła, Metropolita Krakowski. W Kaplicy Matki Bożej odprawił Mszę Świętą. Po mszy wpisał się do Kroniki Klasztoru: 
" Z serdecznym błogosławieństwem i prośbą o pamięć przed Cudownym Obrazem Matki Bożej. Pamięcią będę się starał odpłacić za pamięć, bo nie łatwo zapomnieć Waszej Bazyliki"
Ks. Karol Wojtyła - arcybiskup - metropolita krakowski.
 
 
Pomnik Jana Pawła przed Bazyliką w Leżajsku w dniu dzisiejszym, 18 maja 2020, w setną rocznicę Urodzina Jana Pawła. Wierni składali kwiaty, zapalali znicze. Przez chwilę stali w milczeniu ... 
 
 
Bazylika OO Bernardynów w Leżajsku, foto z dnia 18.05.2020
Znałam Karola Wojtyłę jeszcze z czasów studenckich, kiedy pełnił posługę biskupa w Krakowie. Jego piękne kazania przyciągały tłumy studentów do kościoła. Później śledziłam relacje z kolejnych głosowań konklawe w 1978 roku, trzymałam kciuki i kibicowałam naszemu Karolowi Wojtyle. Cieszyłam się bardzo i miałam ogromną satysfakcję, gdy usłyszałam pamiętne 'Habemus papam - kardynalem Karol Wojtyla' wygłoszone 16 października 1978 roku. Pisałam o tym na blogu: 

***
KRAKÓW
 
Kościół św. Floriana przy Placu Matejki w Krakowie został w 1999 r. podniesiony przez papieża Jana Pawła II do godności bazyliki mniejszej.
W latach 1949-51 w parafii św. Floriana pracował, jako wikary, a także jako katecheta młodzieży licealnej i akademickiej nasz Papież Jan Paweł II, wtedy jeszcze, jako Karol Wojtyła.
 
Ojciec Św. Jan Paweł II piuskę tę ofiarował Parafii św. Floriana w Krakowie w uroczystość Chrystusa Króla 21 listopada 2004 roku.
W tym domu mieszkał ks. dr Karol Wojtyła (1949-51) Papież Jan Paweł II.

 
**
Któż z nas nie zna najsłynniejszego okna w Polsce i adresu podawanego przez Papieża Jana Pawła II podczas pielgrzymki do Polski w sierpniu 2002 roku - 'Jakby się kto pytał, Franciszkańska 3'? 
Okno znajduje się nad wejściem do Pałacu Arcybiskupów Krakowskich w Krakowie, w którym Karol Wojtyła zamieszkał jeszcze jako student konspiracyjnego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej. Następnie przyjął tu święcenia kapłańskie w 1946 z rąk księcia kardynała Adama Stefana Sapiechy. Jan Paweł II mieszkał w tej arcybiskupiej rezydencji w latach 1958--78, jeszcze jako metropolita krakowski ks. kardynał Karol Wojtyła.

**
Jadwiga - Królowej Polski współzałożycielka Akademii Krakowskiej - Uniwersytetu Jagiellońskiego. Słynęła z wielkiej pobożności, opiekowała się szpitalami i klasztorami, a także wspierała ubogich i chorych.
Przez wieki otaczana kultem została w dniu 31 maja 1979 beatyfikowana przez zatwierdzenie kultu, a w dniu 8 czerwca 1997 w czasie uroczystej Mszy św. na Krakowskich Błoniach została kanonizowana. W obu przypadkach osobiście dokonał tego papież Jan Paweł II.
Jadwigę pochowano w Katedrze Wawelskiej.
 
 

Pisałam o tym na blogu:

**
Ul. Kanonicza 19 w Krakowie. Tu mieszkał w latach 1951-67 ks. Karol Wojtyła, późniejszy Papież Jan Paweł II.

sobota, 7 marca 2015

Czyja prawda jest prawdziwsza

Usłyszałam niedawno zarzut, że niepotrzebnie piszę o pewnych, dla niektórych bardzo niewygodnych faktach z historii naszej leżajskiej społeczności. Niektórzy zarzucają mi również pisanie o przedwojennych Żydach i chasydach przyjeżdżających do Leżajska w rocznicę cadyka Elimelecha. Nie chce mi się odpierać zarzutów o kolonistach niemieckich przybyłych w nasze strony jeszcze w XVIII wieku. Ludzie nie mają pojęcia, że ci koloniści współtworzyli naszą kulturę, wzbogacając ją o tradycje przywleczonej z terenów Austrii, Bawarii, Czech. Walczyli o Polskę, umierali w obozach koncentracyjnych, bo czuli się polskimi patriotami. Pewnie, że nie wszyscy. Zasymilowali się z Polakami i w niejednej polskiej rodzinie  żyją do dziś ich potomkowie. Pewnie z tego samego powodu urządza się w Leżajsku Spotkania Trzech Kultur, zamiast Czterech, wykluczając kulturę austriacką czy niemiecką. 
Nie trzeba sięgać do odległych czasów, wystarczy cofnąć się do okresu II wojny światowej i od razu można się zastanowić w jaki sposób rzetelnie opisać stosunki i relacje polsko-ukraińskie, polsko-żydowskie, ukraińsko-niemieckie. W Leżajsku nie brakowało mieszkańców wyznania grekokatolickiego i rzymskokatolickiego. Jedni modlili się w cerkwi, inni z tej samej rodziny chodzili do klasztoru czy do Fary.  

Na portalu Genebase opublikowałam dawno temu posta na ten temat. Spróbuję go odtworzyć (wszystkie moje posty na Genebase z nieznanych mi powodów są niedostępne). 
'Rowerem po Leżajsku' (14 kwiecień 2007)
Kiedyś, to ja lubiłam jeździć na rowerze. Jeździłam chętnie. Jednak przez ostatnie 2 lata, kończyło się tylko na postanowieniach, że jak tylko zrobi się cieplej, to znowu usiądę na rower. Od 2 lat obiecywałam i na postanowieniach się kończyło. Wygodniej jest poruszać się samochodem, ale z lenistwem postanowiłam walczyć. Kompletny brak ruchu, ciągłe siedzenie przed komputerem, to w moim wieku niezbyt rozsądne. Tak, więc w czwartek zaliczyłam bez trudu i zadyszki 5 km, na sobotę zaplanowałam sobie dłuższą przejażdżkę. 
Jednak, przejeżdżając przez leżajski rynek, zauważyłam mojego znajomego, Pana J. Ulasa Urbańskiego, który jak zwykle spacerował po mieście. Często widzę go również na rowerku. Moja rowerowa wycieczka poszła w zapomnienie. 




Bo z Ulasem, to ja mogłabym cały dzień przegadać. O genealogii, o historii Leżajska, o mieszkańcach - bohaterach i „nie bohaterach” naszego miasteczka. Ulasowi w maju stuknie 80 lat. Jako stary Leżajszczanin, jest kopalnią wiedzy, jest chodząca kroniką miasta. Jeszcze do niedawna przelewał na papier swoją wiedzę, ale teraz, jak twierdzi, już mu się nie chce. Ubolewa, że młodzi kompletnie nie interesują się przeszłością i podobnie jak w mojej rodzinie, Jego rodzina absolutnie nie podziela jego pasji. Ulas zna ludzi i zna fakty z przeszłości, które znacznie różnią się od tych spisywanych przez autorów książek, reportaży pisanych do Miejskiego Biuletynu. Może kiedyś uchyli rąbka tajemnicy, ale jak twierdzi, uczyni to po śmierci tych, którzy mają się za bohaterów. 


Podobne zdanie miała moja Ś.P. teściowa Janina Ordyczyńska, która mówiła, że żyją jeszcze ludzie, którzy niechlubnie zapisali się w historii miasta, a którzy nieźle się ustawili w życiu. Nie chciała opowiadać, znała inną prawdę, ale wolała tajemnicę o ludziach i ich czynach zabrać ze sobą do grobu. 

Żyją w Leżajsku jeszcze ludzie, którzy spisali kawałek historii. Historii, która nieco się różni od tej publikowanej, ale jej na razie nie publikują, chcą, aby ich wspomnienia zostały wydane dopiero po ich śmierci. 

Mój sąsiad spisywał z wielką pasją wspomnienia grekokatolików, zdobył mnóstwo zdjęć i dokumentów, nagrywał wywiady z ludźmi, którzy przeżyli wojnę. Mało kto wiedział, że na jego oczach partyzanci zastrzelili mu babcię, tylko dlatego, że nie chciała po wojnie wyjechać na Ukrainę. Tłumaczyła się podeszłym wiekiem, mówiła, że całe życie tu żyła, tu żyli jej przodkowie z dziada pradziada, że chce być pochowana po śmierci w ziemi, która ją wyżywiła. Niestety, nie zdążył się opublikować zdobytych materiałów. Zmarł kilka lat temu. 

Może nie warto się spierać czyja prawda jest prawdziwsza i kto ma rację?
Ja chciałabym zbierać informacje od wszystkich, niezależnie od tego, czy fakty są, czy nie są wiarygodne. Uważam, że dobrze byłoby pospisywać relacje tego samego wydarzenia sprzed lat, przez jak największą ilość świadków. Ostatecznie, każdy może mieć inne spojrzenie na te same fakty. To tak, jak w polityce.
Żartobliwie dodaję, że racja jest jak dupa, każdy ma swoją.



Ostatecznie pojechałam na działkę i moja wycieczka rowerowa się zakończyła. Mój licznik wybił 8 km. Dobre i to.

niedziela, 19 stycznia 2014

Studniówka - wspomnień czar

Rozpoczął się czas studniówek, a to oznacza, że zaczyna się pora odliczania dni do matury.
Mój bal studniówkowy odbył się w lutym 1973 roku. To już ponad cztery dekady temu. Pora na refleksje. 
Śledząc zwyczaje studniówkowe można odnieść wrażenie, że w dzisiejszych czasach studniówki organizowane są z rozmachem i przypominają niekiedy wesela. To samo robi się z przyjęciami pierwszokomunijnymi. To istne szaleństwo wydawać mnóstwo kasy na stroje, fryzury, wizyty u kosmetyczki, zastawienie stołów wymyślnymi potrawami, wynajmowanie drogich lokali, a nawet limuzyn.

Za moich czasów tak nie było.

Zabawę zorganizowano nam w hali sportowej na Placu Szkolnym. Budynek należał wówczas do liceum. W tej sportowej hali odbywały się zajęcia z WF, akademie okolicznościowe, studniówki i matury. Popołudniami odbywały się treningi z siatkówki członków klubu sportowego, do którego należała moja siostra Irusia. W soboty i niedziele odbywały się mecze siatkówki.
Pierwsze wspomnienia, jakie kojarzą mi się ze studniówką, to mój polonez z dyrektorem liceum Czesławem Lorencem. 
Przygotowania trwały od dawna, ale jakoś dziwnym trafem nikt nie pomyślał o polonezie, a przecież tradycyjnie każda studniówka rozpoczyna się polskim narodowym tańcem, jakim jest polonez. 
Panika, nerwowa atmosfera, co robić?
Trzeba przecież poprosić dyrektora, aby poprowadził korowód. Tylko z kim? Nie było chętnych. Odważnie podjęłam męską decyzję i oświadczyłam, że ostatecznie mogę z dyrektorem wystąpić w pierwszej parze. W końcu kiedyś tańczyłam w zespole ludowym i to pod kierunkiem Danuty Dańczakowej. 
Polonez czy polka, kujawiak czy oberek to dla mnie bułka z masłem. Przedstawiłam dyrektorowi krótki plan, kto z kim i jak ma tańczyć i że to my razem, w pierwszej parze poprowadzimy poloneza. Dyrektor mnie nie uczył, nie musiałam się go bać, zupełnie na luzie ustawiłam się do tańca.
Problem się niestety pojawił szybciej, niż się tego spodziewałam. Już przy stawianiu pierwszych kroków nie mogłam nadążyć za 7-milowymi krokami stawianymi przez dyrektora. On był wysokim mężczyzną, a ja kurduplem, on stawiał długie kroki, a ja chcąc mu dorównać, dreptałam szybciutko. Na dodatek miałam wąską długą spódnicę, która utrudniała mi stawianie dostatecznie długich kroków. Szybko przejęłam inicjatywę, dyrygowałam wydając głośno polecenia. Mniejsze kroki, para w prawo, para w lewo, teraz robimy mostek, kółeczko teraz. Pan dyrektor posłusznie dostosowywał się do moich poleceń. Jak na improwizację poszło nam nieźle.

Byłam dumna, zaliczyłam egzamin z asertywności czy kreatywności. Wszyscy byli szczęśliwi, rodzice płakali ze wzruszenia. W końcu to nasz narodowy taniec, przepełniony patosem, przypominający staroszlacheckie czasy.

Improwizowane układy choreograficzne, wyszły idealnie, mimo, że nikt z nas nie ćwiczył poloneza przed balem. Moje dzieci już na miesiąc przed studniówką trenowały układy taneczne i to pod okiem nauczyciela tańca. 
Na mojej studniówce obowiązywał strój skromny. Chłopcy obowiązkowo w garniturach, co w tamtych czasach nie było takie oczywiste. Garnitury, to był obciach. Nawet na najciekawsze imprezy chodziło się w dżinsach i podkoszulkach lub kraciastych flanelowych koszulach. 
Dla dziewcząt obowiązywały ciemne sukienki lub spódnice, białe bluzeczki.
Wystąpiłam w długiej spódnicy z czarnego aksamitu i białej bluzce. Spódnicę przerobiłam z Irusi studniówkowej kreacji, trzeba było ją znacznie skrócić, bo jestem od mojej siostry dużo niższa.
Dzisiejsze studniówki mają zupełnie inny wymiar. To raczej spełnienie marzeń rodziców, niż dzieci. Chcą, aby wejście w dorosłe życie ich pociech było pompatyczne. Wydaje im się, że im droższa suknia, biżuteria, lepszy lokal, tym lepsza zabawa. Nauczyciele bawią się oddzielnie, rodzice mają znikomy wkład w organizacje imprezy. A to według mnie nie jest najlepszy pomysł.

Na bal studniówkowy koniecznie trzeba iść z partnerem. Absolutnie nie wypada iść samemu. 
Problem mają ci, którzy partnera nie mają. 

Studniówka jest okazją, żeby sobie chłopaka czy dziewczynę poszukać, chociażby na ten jeden wieczór i tę jedną noc. Dzisiaj z pomocą przychodzą portale społecznościowe, chociaż wielce ryzykowny może okazać się partner z łapanki. Dla niektórych głównym kryterium doboru jest uroda i to taka, żeby koledzy pękali z zazdrości. Potem rozczarowanie, niesmak, żal i samotność przy stole.

Nie miałam z tym problemu, bo już od dwóch lat chodziłam z chłopakiem. Krępujące jednak dla mnie było bawić się pod ostrzałem nauczycieli i rodziców.

Jedyne miłe wspomnienie, jakie pozostało mi po tym balu, to taniec z profesorem Ryszardem Zemłą, moim nauczycielem od biologii. Profesor tańczy świetnie, a ja bardzo sobie cenię ludzi, którzy dobrze tańczą.

Szkoda, że na takich tancerzy tak rzadko trafiałam w moim życiu.

poniedziałek, 21 października 2013

Znowu odcięli mi prąd

Zapukali do drzwi, oświadczyli, że przyszli odciąć prąd. I nie pomogła prośba syna, żeby się wstrzymali do chwili powiadomienia mamy, czyli mnie, czyli właścicielki mieszkania.
Za późno! - już nic się nie da zrobić, mają zlecenie to muszą wykonać - oświadczyli panowie.
Jak oświadczyli, tak też zrobili.
Nie dostałam żadnego upomnienia o zaległościach należnych za dostawę energii elektrycznej. A przynajmniej nie przypominam sobie, abym takie upomnienie dostała. Zresztą, jakie to ma znaczenie! Przecież mogłam zapomnieć, mogłam chorować, mogłam być w szpitalu. Ba! Mogłam być po prostu na urlopie. Zbrodnia? Że nie zapłaciłam za 1 rachunek.
Przecież kilka lat temu wydałam stosowne dyspozycje pobierania należności za wszelkie opłaty.
Żeby nie myśleć o terminach, żeby nie płacić odsetek. Żeby nie zaprzątać sobie głowy opłatami.

Nie mam problemów z opłatami za czynsz w Spółdzielni Mieszkaniowej, za Internet, za telewizję kablową, za wodę i śmieci w Gospodarce Komunalnej. Oni wszyscy pobierają mi należności z konta.

Jest problem z PGE. Jest problem, bo to już drugi raz tak potraktowano mnie, jako klienta, który od wielu wielu lat płaci regularnie za prąd.
I to mnie wkurza. Takie traktowanie klientów. Piszę klientów, bo nie jestem samotna w tym procederze. wielu klientów narzeka na PGE.

Okazuje się, że kilka lat temu firma się rozpadła na dwie.

Jedni są od zbierania i pilnowania regularnych opłat, a w razie zaległości wysyłają zlecenie tej drugiej firmie. A ta tylko czeka na zlecenie, bo przecież musi z czegoś żyć. Bardzo szybko i chętnie jadą na 'robotę'.
Jak dowiedziałam się w biurze obsługi  klienta w Leżajsku na ul Polnej, 10 września wysłano mi upomnienie, a już 21 października, w poniedziałek rano nie miałam w domu prądu.
Niestety, nie mogłam naocznie sprawdzić czy rzeczywiście wysłano mi upomnienie i  nie pokazano mi zwrotki, czyli potwierdzenia odbioru upomnienia. Ja tłumaczył się kierownik nie mają moich dokumentów tu na ul. Polnej.
Dlaczego? Ano dlatego, że w Firma PGE SA Obrót jest tak rozbudowana, że różne działy są porozrzucane w różnych miastach. I tak jeden dział (chyba Dział Windykacji) ma siedzibę znajdującą się w Sanoku, jeden dział - Biuro Wsparcia w Stalowej Woli, inny - może księgowość w Rzeszowie.
Nie dopytałam jaki dział znajduje się w Szczecinie, a jaki w Bolesławcu. A to dlatego, że byłam zbyt zdenerwowana i nieusatysfakcjonowana wyjaśnieniami kierownika.

Chciałam zapłacić na miejscu w firmie PGE, nie przyjęli pieniędzy, bo w budynku nie mają kasy. Do niedawna była. Teraz księgowość jest chyba w Rzeszowie.

Zgodnie z sugestią kierownika napisałam pismo do PGE OBRÓT z prośbą o pobranie zaległości 210 zł z mojego konta, zgodnie z dyspozycją. Zostawiłam pismo u kierownika.

Procedury przewidują rozpatrzenie prośby w ciągu 14 dni. To znaczy, że jakaś dziunia w biurze, prawdopodobnie w Biurze Wsparcia w Stalowej Woli będzie przez 14 dni zastanawiać się i decydować, czy pobrać te 210 zł z konta czy lepiej mnie pogonić do banku.

Pracownicy PGE sugerują klientowi, że najlepiej dokonać wpłaty w banku, potem z dowodem wpłaty ponownie przylecieć do nich do biura. Mimo to, dalsza procedura też może trochę trwać.
Potem jeszcze oczekiwanie na fachowców z drugiej firmy, tej specjalizującej się w odcinaniu prądu.
I niestety, cała przyjemność ponownego przyłącza prądu kosztuje klienta 96 złotych.

Poprosiłam o pomoc TVP Rzeszów. Chciałam nagłośnić sprawę, bo uważam, że klienci PGE powinni być traktowani poważnie. W sprawę zaangażowanych jest kilka firm: w Sanoku, w Stalowej Woli, w Rzeszowie, a w Leżajsku znajduje się nawet kilka stanowisk ds obsługi klienta, niestety, żaden z pracowników, łącznie z kierownikiem nie potrafili mi udzielić satysfakcjonującej informacji.
W wyemitowanym programie telewizyjnym również zabrakło mi satysfakcjonującej puenty, bowiem:

Federacja Konsumentów twierdzi, że zgodnie z art. 61 kodeksu cywilnego ostrzeżenia powinien dostarczać inkasent lub technik z zakładu. Tylko wtedy bowiem zakład ma pewność, że klient - kwitując osobiście odbiór ostrzeżenia - "złożył oświadczenie woli" wymagane w kodeksie.


Zakłady energetyczne nagminnie łamią prawo, odcinając klientom prąd za niezapłacone rachunki. Klient powinien otrzymać pisemne wezwanie do zapłaty. Samo wysłanie ponaglenia pocztą nie wystarczy. Klient musi pokwitować odbiór listu. Od pokwitowania klient ma dwa tygodnie na uregulowanie rachunku. W tym czasie żaden technik nie ma prawa plombować naszych bezpieczników. źródło: Dostawcy energii nie mają prawa odcinać nam prądu
Interwencja TVP Rzeszów - zobacz film






Linki powiązane z tematem:
Dostawcy energii nie mają prawa odcinać nam prądu

Rzeszów. PGE Obrót wprowadziła ułatwienia dla klientów 

środa, 8 sierpnia 2012

Nie strój zdobi człowieka

Doczekaliśmy się wyremontowanego dworca PKP w Leżajsku. Ładna elewacja, ładny wystrój za 4 i pół miliona. 


Teraz to już tylko lepiej być musi z tą naszą kolejową komunikacją - tak myślałam oglądając codziennie postępy prac remontowo-budowlanych, kiedy przechodziłam koło dworca w drodze do pracy. 
Myślałam! 
Okazuje się, że wcale wygodniej i lepiej nie będzie podróżować polskimi kolejami. 
W budynku dworca jest kasa biletowa, ale niestety, nie będzie czynna ze względu na oszczędności. Ruch pasażerski jest na tyle mały, że nie opłaca się utrzymywać stanowiska kasowego.
Bilety trzeba będzie nadal, tak jak przed remontem kupować u konduktora w pociągu. Niby nic, a jednak w praktyce wygląda to tak:
Jadąc do Krakowa muszę kupić bilet w pociągu, okazuje się, że konduktor może sprzedać mi bilet jedynie do Przeworska, ponieważ obsługuje pociągi należące do przewoźnika Regio i absolutnie nie może mi wypisać biletu na linie TLK, a takimi liniami TLK zamierzam kontynuować podróż z Przeworska do Krakowa. 
W Przeworsku muszę zdecydować. Albo przejść na drugi peron i wsiąść do pociągu bez biletu, albo z bagażami w rękach i z językiem na brodzie,  pogonić po bilet do kasy na dworzec  odległy spory kawałek od peronu. Trzeba wtedy pokonać schody, obskurny podziemny tunel, potem kolejne schody, kilka kroków na dworzec. Stojąc cierpliwie przed kasą w kolejce, próbuję zrozumieć bełkotu niczym z  'Misia'. Z megafonu leci komunikat o nadjeżdżających pociągach, dwóch, w tym samym kierunku jednocześnie. Trudno się połapać, który pociąg do Krakowa, a który tylko do Rzeszowa. Ale mam za swoje, w końcu mogłabym nie lecieć na dworzec, tylko kupić bilet bezpośrednio u konduktora, tym razem w TLK. Istnieje obawa, że jeśli nie wsiądę do pierwszego wagonu, kosztować mnie to będzie dodatkowo 150 zł kary za jazdę na gapę. Los czasami płata figle, z różnych powodów można nie dotrzeć na czas do konduktora. 
Przedstawiam moje uwagi pracownikom nowo wyremontowanego dworca PKP w Leżajsku.
Pracownicy rozkładają ręce. Nic im nie wiadomo o takich utrudnieniach. 
-  nic nie możemy, bo my jesteśmy z CARGO - tłumaczą mi spokojnie i odchodzą do swojej pracy.


środa, 2 maja 2012

Leżajsk walczy o rekord Guinnessa 3 Maja 2012. Muzeum Ziemi Leżajskiej

Przez pewien czas Guinness kojarzył mi się głównie z piwem. Irlandzkim, ciemnym, o wyrafinowanym smaku słodko-gorzkim. I to nie dlatego kojarzył mi się z piwem, że jestem jego smakoszem, ani też nie dlatego, że  mieszkam w Leżajsku o wielowiekowych tradycjach browarnianych. 
Guinnessa przywożono  do Polski z Anglii, kupowano go za ciężko zarobione pieniądze. Mówię o czasach, kiedy nie byliśmy jeszcze w Unii, a zakupy w krajach zachodnich były nie na naszą kieszeń. Częstowano znajomych guinnessem, niczym wykwintnym rarytasem. Niektórzy to jeszcze upominali się o puszki, na pamiątkę, do kolekcji.
Dzisiaj mamy okazję zmierzyć się z Guinnessem w innej kategorii. Andrzej Chmura - dyrektor Muzeum Ziemi Leżajskiej zaproponował bicie rekordu Guinnessa w kategorii: najdłuższy mazurek flagowy w kolorze narodowych biało-czerwonych barw, dodatkowo udekorowany elementami herbowymi. Zamarzył mu się największy  w całej Europie mazurek upieczony w Dniu Flagi Rzeczpospolitej Polski. Jak święto flagi i mazurek to i Hymn. Tak bardzo patriotycznie. Jak zamarzył, tak postanowił wykonać. Marzenia warto spełniać, byle je tylko mieć. 
Podobnie było z Księgą Rekordów. Wymyślił ją dyrektor irlandzkiego browaru Guinness. Postanowił dokumentować wszystko co naj ...,  wpisywano więc najszybsze, największe, najgrubsze, a nawet najniedorzeczniejsze pomysły, byle by się tylko zapisać do Księgi Rekordów Guinnessa.
Trzeba przyznać, że czasami patrzyłam na rekordzistów,  jak na wariatów, z politowaniem. Wymyślanie tak przeróżnych i tak niedorzecznych rekordów, dla zdobycia popularności, często narażając własne życie tylko po to, by usłyszał o nich świat, wydaje się bezsensowne.
Natomiast dzisiejsze bicie rekordu ma zupełnie inny wymiar i  wiele pozytywnych aspektów. Patriotyczny, rozrywkowy, duchowo-materialny, kulturalny, historyczny, edukacyjny etc, etc
Mam nadzieję, że Dzień Flagi Polskiej świętować będziemy w Leżajsku radośnie i słodko. Ze śpiewem na ustach, w takt patriotycznych pieśni, przy akompaniamencie Zdzicha Zawilskiego zakosztujemy mazurka czekoladowo-kajmakowego, pięknie udekorowanego w kolorze barw narodowych. 
Przygotowania już trwają, pogoda od kilku dni wymarzona. Oby się tylko nie popsuła. 
2 maja, o godz. 17  uczcimy rekordem Guinnessa Święto 'Dzień Flagi Polskiej'.

FOTORELACJA Z BICIA REKORDU GUINNESSA

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
  


  

 
 
 
 
 


FILMY VIDEO

A na zakończenie puszczanie białych i czerwonych balonów w powietrze


 
 
 
 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...