czwartek, 24 lutego 2011

Bilans musi wyjść na plus

Zanim podejmiemy decyzję co zrobić z dzieckiem po urlopie macierzyńskim, powinniśmy dokładnie skalkulować wszystkie za i przeciw. Bilans musi wyjść na plus!, a nie jak śpiewał Jan Kaczmarek - na zero!
Oddać dziecko do żłobka, czy lepiej pod opiekę niani, a może lepiej skorzystać z doświadczenia babci i poprosić ją o pomoc? Czy lepiej poświęcić swój czas na wychowywanie dziecka i zrezygnować ze swoich ambicji zawodowych?
 Trudna jest odpowiedź, każdy musi sam skalkulować, co mu się bardziej opłaci. Słowo opłaci może jest nie na miejscu, ale trzeba sprawy nazwać po imieniu. Słowo opłacać się nie należy rozpatrywać w kategoriach li tylko materialnych. To także oznacza emocje, wyrzeczenia, utrata / umocnienie więzi rodzinnych, w tym matczynych, ojcowskich, dziadkowych, utrata pracy, rezygnacja z ambicji. Kontakt z zakaźnymi chorobami wieku dziecięcego.
  Prezydent Komorowski podpisał ustawę żłobkową.
Żłobków brakuje, na nianię nas nie stać,
W dobie kryzysu i bezrobocia boimy się utraty pracy, nawet, gdy tylko idziemy na 3 miesięczny macierzyński, a co dopiero gdybyśmy zamierzali urlopować się przez dłuższy okres. Bo żłobków nie ma. Polikwidowały je władze samorządowe 20 lat temu. Im się nie opłacało dopłacać do utrzymania infrastruktury, wykwalifikowanego personelu. Zmieniono filozofię myślenia, bo i czasy się zmieniły. Lepiej zlikwidować, niż dopłacać.
 W okresie powojennym budowano intensywnie infrastrukturę, w tym również żłobki i przedszkola, aby matki mogły spokojnie iść do pracy, zostawiając dzieci pod dobrą opieką. Bo wtedy każda para rąk była na wagę złota. Z miast, miasteczek i wsi podążali młodzi i starzy np. do Warszawy odbudować ją ze zgliszczy.

Budynek przy ul. MIckiewicza, który przez lata służył jako żłobek
Ja również byłam dzieckiem żłobkowym. Urodziłam się 10 lat po wojnie. Rodzice pracowali. Mama dwójkę starszych córek zaprowadzała do przedszkola, a mnie w tym czasie tato odprowadzał do żłobka. Byłam podobno najgrzeczniejszym dzieckiem, dobrze ułożonym, nadzwyczaj samodzielnym jak na wiek. Tato przebierał mnie w żłobkowe stroje, a we włosach zawiązywał dużą kolorową kokardę. Bardzo mile wspominam okres żłobkowo-przedszkolny. Był to okres integracji z dziećmi, nauki wspólnie śpiewanych piosenek, wspólnych zabaw, występów teatralnych. W domu bym tego się nie nauczyła i tego bym nie przeżyła.
Dzieci w latach gierkowskich mogły już liczyć na opiekę własnych babć. W połowie lat 70. wprowadzono wcześniejsze emerytury. Wiele kobiet, w tym moja mama skorzystała z takiej możliwości. Zrezygnowała z pracy i opiekowała się swoją pierwszą wnuczką. Do dzisiaj najukochańszą.
Potem kolejna filozofia polityków umożliwiła korzystanie młodym mamom z płatnych urlopów wychowawczych. Mnie nie dotyczyła ta ustawa.
Urodziłam pierwszego syna w czasach stanu wojennego. Nie miałam właściwych warunków mieszkaniowych, które zapewniałyby prawidłowy rozwój dziecka. Sklepy świeciły pustkami, kolejki po masło, mleko, kredyty dla młodych małżeństw. Jedynie praca dawała mi satysfakcję i chciałam jak najprędzej do niej wrócić. Marzeniem każdej matki w tych czasach było załatwienie żłobka dla malucha, tym bardzie, że w Leżajsku mieliśmy nowoczesny, śliczny, całkiem nowy żłobek. Podlegał pod ZOZ, gdzie dyrektorem był mąż kierowniczki żłobka. Trzeba było tylko mieć duże znajomości i poparcie u państwa dyrektorstwa. Zwykłe argumenty nie pomagały. Wykorzystałam moje kwalifikacje zawodowe i jako osoba niezbędna do funkcjonowania laboratorium jedynego w Leżajsku dostałam przydział miejsca dla syna w żłobku. Oczywiście wstawił się za mną mój dyrektor, który oficjalnym pismem urzędowym zwrócił się do p. dyrektor żłobka.
Mój syn był najmłodszym dzieckiem niespełna 6 miesięcznym, który dostał się do żłobkowego raju. Piękne zabawki, funkcjonalne kojce, cieplutko, dobra profesjonalna opieka pielęgniarska, jedzenie, idealne warunki sanitarne etc etc. W czasach stanu wojennego żłobek był idealnym rozwiązaniem dla rodzin pracujących. Tak uważam, mimo, że kierowniczka skwitowała mój wniosek o przyjęcie do żłobka słowami:

- dziecko oddane do żłobka odpłaci ci na starość domem starców.

wtorek, 22 lutego 2011

Nie czytajcie dzieciom bajek

   Długo wierzyłam, łudziłam się, czekałam na mojego wymarzonego bohatera z bajki. Ale ileż można czekać! Zegar biologiczny nieubłagalnie tykał.
   Kiedy był czas na zabawy i beztroskie życie przeplatane nauką, nie myślało się o małżeństwie. Będąc na studiach absolutnie nie myślałam o małżeństwie. I to nie dlatego, że byłoby mi żal klubów, potańcówek, wolności. Nie należałam do rozrywkowych, raczej do rozsądnych, spokojnych, statecznych i ambitnych. Nie rozglądałam się za kandydatem na męża. Na faceta nie patrzyłam w kategoriach troskliwego, czułego przyjaciela, kochanka i męża jednocześnie, który mógłby być oparciem w każdej sytuacji, na dobre i na złe aż do śmierci.

Ja absolutnie nie należę do kobiet wyrachowanych, które potrafią kalkulować. Mam naturę romantyczki i nie patrzę w takich kategoriach na związki męsko-damskie. Nie obchodzi mnie status materialny, opinia innych. Najważniejszą determinantą jest uczucie. Nie liczę się z presją otoczenia. Jeśli ludzie nie akceptują moich relacji, to znaczy, że nie akceptują też mnie. A to już jest ich problem. Nie mój.
   Dzisiaj ludzie mają łatwiej. Mogą sobie wystukać wymarzonego partnera za pomocą klawiatury komputerowej. I z tego co wiem, zdarzają się całkiem udane związki par wirtualnie poznanych w Internecie i dobranych szczęśliwie.
   Podjęłam pracę, która początkowo nie przynosiła mi satysfakcji. Zanim się obejrzałam, moje życie zaczęło przybierać szarych kolorów. Wieczory stawały się nudne, samotne. Przyszedł taki moment, że zaczął mi uwierać maminy opiekuńczy instynkt, mamine obiadki. Zapragnęłam uwić sobie własne gniazdko, gotować obiady, jeść z własnej zastawy.
Moje koleżanki zaczęły się zaręczać, wychodziły za mąż, rodziły dzieci. Opowiadały ciągle o pieluchach, kupkach, ząbkowaniu. Nie czułam takiego klimatu. Zapraszana na śluby z przyjemnością, wzruszeniem i często z łezką w oku towarzyszyłam młodym parom, którzy ślubowali sobie przed ołtarzem. Jednak przyszedł moment, że cudze wesela przestały mnie kręcić i zapragnęłam założyć własny welon.
Początkowo nie widziałam w tym problemu. Bo niby czego miałabym im zazdrościć.
  - wesela, na które trzeba było wydać mnóstwo kasy?
  - sukni ślubnej? Żyłam w czasach, kiedy trzeba było ją sobie uszyć u osobistej krawcowej. Wypożyczalnie co prawda wypożyczały ładne kreacje ślubne, ale bardzo drogo liczyły sobie za usługę. Nie każdego było na to stać. Nie byłam chora na ślub, tylko ze względu na imprezę, suknie i biały welon.
  - obrączek, które podobnie jak inna biżuteria wcale mnie nie kręciły i nie kręcą?
  - prezentów? Nie myślałam w takich kategoriach.
  - bałam się staropanieństwa? Owszem, wierzyłam, że stara panna jest złośliwa, zgorzkniała, ale nie patrzyłam na siebie, jak na potencjalną starą pannę. Moi rodzice pobrali się mają po 24 lata. Zawsze wydawało mi się, że mam jeszcze czas, że jeszcze zdążę nacieszyć się małżeńskim węzłem.
     26 lat tykał mój biologiczny zegar zanim dojrzałam do decyzji, że nie ma na co czekać, bo książę z bajki się nie pojawi.
Szukałam. I co? Gdzie trafiłam to okazywało się, że to nie ta bajka, nie ten książę, nie ten rumak.
    Nie czytajcie dzieciom bajek! 

Nie podoba mi się opowiadanie naszym milusińskim o tym, że świat jest piękny, kolorowy, pełen miłości, książąt na białych rumakach, złotych karet, bajek o długim i szczęśliwym życiu za siedmioma górami …
   Chyba, że czytając 
swoim pociechom bajki potraficie je mądrze zinterpretować!

czwartek, 10 lutego 2011

Walentynki Święto Tolerancji

Zbliżają się Walentynki. Tyle jest kontrowersyjnych opinii na ten temat. Obchodzić? Nie obchodzić! Świętować? Nie świętować. Na Facebooku nawet powstała grupa  mająca to święto w dupie. 
To wcale nie święto amerykańskie czy anglosaskie, bo Walenty, patron zakochanych był biskupem z Włoch.
Jako Święto Zakochanych nie powinno być tak hucznie celebrowane w Polsce, bo mamy nasze własne słowiańskie święto obchodzone w Noc Kupały z 21/22 czerwca.


 To powinno być Święto Zwolenników Miłości, 
Święto Akceptujących Miłość, 
Święto Tolerancji. 

Zwolenników, czyli tych, którzy wierzą w miłość, akceptują ją, szanują zakochanych i potrafią poświęcić dla nich, no, może nie od razu własne życie, ale coś od siebie, coś cennego, coś osobistego.

 Być zakochanym i umrzeć w imię tej miłości, a szanować zakochanych i poświęcić się dla nich w imię ich miłości to szalona różnica.

Taką osobą, która w imię Miłości, przez duże M, poświęciła swoje życie, był rzymski biskup Walenty. 

Cytując klasyka, który wypowiadając się w ważnych sprawach dotyczących Polski powołuje się na Wikipedię, tak i ja w sprawach świętego Walentego do Wikipedii postanowiłam zajrzeć. Dowiedziałam się, że wbrew zakazom cesarza Klaudiusza II, biskup Walenty udzielał ślubów zakochanym legionistom, za co został wtrącony za więzienne kraty. 
Zginął za miłość błogosławiąc zakochanym.
 Co prawda, dzięki temu sam też przy okazji doświadczył uczucia miłości. Będąc w więzieniu zakochał się w córce strażnika. Ich gorąca miłość sprawiła, że jego niewidoma ukochana odzyskała wzrok.
Biskup został skazany wyrokiem cesarza na ścięcie. Egzekucji dokonano 14 lutego. Jego ostatni list do ukochanej zawierał słowa ‘Od Twojego Walentego’.




Śmierć biskupa Walentego i data 14 lutego, związana z jego śmiercią powinna stać się wyznacznikiem pewnych wartości, którymi człowiek kieruje się w życiu.
 Taką wartość stanowi poszanowanie miłości, akceptacja miłości, tolerancja miłości. Każdej. 

Moja koleżanka Krystyna miała szczęście odwiedzić we Włoszech kościółek, w którym znajdują się relikwie św. Walentego. Terni to miasto w południowej Umbrii, położone jakieś 20 km od Rzymu. Biskup Walenty żył w III w. w Terni i został zamordowany podczas prześladowania chrześcijan. Urnę z relikwiami Świętego odnaleziono w 1605 roku.

Fot. Krystyna Czubara. Kościół w Terni (Umbria) z relikwiami św. Walentego

***
 walentynki


wtorek, 1 lutego 2011

Magia korespondencji

Pamiętam czasy, będąc jeszcze w liceum, kiedy z niecierpliwością wyczekiwałam przyjścia  listonosza. Wybiegałam mu naprzeciw i pytałam:
-Jest coś do mnie?
-Jutro! - odpowiadał flegmatycznie, drażniąc się ze mną, a jednocześnie pocieszał, dając nadzieję.
Jaką rolę pełni listonosz, który jest posłańcem naszych myśli? Co dzieje się z naszymi myślami i emocjami, gdy wkładamy je do koperty?
To przecież znakomita pamiątka. Pisanie listów stanowi formę duchowego kontaktu z drugą osobą. To nie to samo co rozmowy telefoniczne, czy rozmowy na czacie, Skype czy gg. Rozmowa bywa często chaotyczna, skacze się z tematu na temat, wtrącając dygresje. Pisząc listy staramy się uporządkować nasze myśli, starannie dobieramy słowa, pobudzamy naszą wyobraźnię, starając sobie wyobrazić, co czuje adresat. Jaka szkoda, że pisanie listów poszło w zapomnienie. Szkoda, że nie wysyła się już telegramów.

Stare listy przechowuję skrzętnie w moim lamusie.
Jaką magię mają w sobie listy przewiązane czerwoną wstążeczką, ukrywane w pudełku, skrzyneczce, przechowywane w szafie czy na półce? Jaką magię mają w sobie koperty, znaczki, skrzynki pocztowe?

Dawniej ludzie pieczętowali swoje listy woskiem, lakiem, pieczęcią. Nadawało to im wymiar świętości oraz intymnej bliskości.
Czytanie listów to forma medytacji, można do nich powracać wielokrotnie, snuć refleksje, oczyma wyobraźni odczytywać intencje, wyobrażać sobie jakie emocje przeżywa osoba czytająca mój list.
Idąc śladem mojej znajomej, która bardzo dużo podróżuje po świecie, kupiłam jej pomysł. Ona z każdej podróży wysyła sama do siebie kartki. Dokładnie opisuje wrażenia z podróży, własnoręcznie nakleja znaczki i wrzuca widokówki do skrzynki. Jej kolekcja kartek z podróży tworzy wspaniały album, na pewno przydatny.
Staram się również wysyłać z każdej podróży kartkę z dokładnym opisem wrażeń. Adresatem są moje dzieci. Staram się przypominać dzieciom, aby pisały takie listy z podróży. Zachowując listy, okazujemy szacunek wspomnieniom, a czytając je po latach, możemy spojrzeć na nasze przeżycia z pewnym dystansem i melancholią.

Jaką piękną literaturę stanowią listy pisane przez naszych poetów. Ileż można wydedukować z ich miłosnych listów, ile w nich treści o życiu, o historii,  nostalgii za Ojczyzną. Mają one wartość nie tylko duchową, ale i materialną.

niedziela, 30 stycznia 2011

Marzenia Janka Muzykanta – fotografika

Fotografika jest wszechobecna w moim domu. Prawie nigdy nie rozstaję się z aparatem fotograficznym. 
Mój pierwszy aparat fotograficzny SMENA 8 kupiłam sobie za pieniądze ze sprzedaży makulatury. To było wielkie wydarzenie, kiedy zrobiłam i wywołałam samodzielnie moje pierwsze zdjęcia. Miałam własny powiększalnik, kuwety fotograficzne, koreks, zegar ciemniowy i maskownicę. Brakowało mi tylko suszarki, ale pożyczałam na czas organizowania ciemni z pokoju, kuchni czy łazienki. Odczynniki chemiczne - wywoływacz i utrwalacz, papier fotograficzny, żarówki czerwone można było bez problemu kupić w fotooptyku. Dzięki smienie mam wiele zdjęć z okresu liceum i początków studiów w Krakowie.
Potem były kolejne, aparat Zorki 50, Zenith E, Kodak i wreszcie aparat cyfrowy. Mój automatyczny Kodak robił kiepskiej jakości zdjęcia, toteż często robiłam zdjęcia równocześnie i zenitem i automatem dla małpy, bo tak nazywałam kodaka.
Kiedy pewnego razu wybrałam się z dziećmi do Zakopanego w odwiedziny do kuzynki i nie zabrałam ze sobą aparatu, skusiłam się na kupno naszyjnika tylko dlatego, że do naszyjnika dołączony był bonus w postaci taniego aparatu. Zależało mi na zrobieniu chociaż kilku fotek z tej wizyty. Miałam co prawda ze sobą kamerę, ale to nie to samo. Zdjęcia oczywiście wyszły marne, ale były miłą pamiątką.
Zorki 50 kupiłam podczas wyjazdu w 1975r do Stanisławowa. Większość turystów w tamtych czasach kupowało w ZSRR złoto. Ja zainwestowałam w aparat fotograficzny za ruble ze sprzedaży moich starych używanych ciuchów. To były czasy, kiedy jeździło się do ZSRR nie w celach turystycznych, ale na handel. Można było sprzedać wszystko i to bez problemu. Można było kupić też niemalże wszystko, tyle, że atrakcyjne produkty typu złoto spod lady, za łapówkę.
Koreks do wywoływania błony fotograficznej
Na studiach pstrykałam fotki bez ograniczeń. Miałam dostęp do ciemni fotograficznej w Nawojce więc nie liczyłam się z kosztami. Robiło się zdjęcia oczywiście czarno-białe. Wtedy nie było jeszcze zdjęć kolorowych. Można było kupić błony do kolorowych fotografii z NRD, ale wywoływanie ich u fotografa kosztowało 'majątek'. Dostępne były slajdy o pięknej naturalnej kolorystyce. Film wysyłało się do obróbki w Bydgoszczy.  Potrzebny był specjalny rzutnik do slajdów. 
Wywoływanymi własnoręcznie zdjęciami obdarowywałam koleżanki i kolegów.
Czasomierz przydatny w ciemni fotograficznej przy wywoływaniu zdjęć 

Jestem fanatykiem fotografii i nie rozumiem, jak można nim nie być. Czasami już po roku z nostalgią spogląda się na swoją jakże jeszcze wtedy młodą twarz. Kiedyś po latach będzie można dzieciom, wnukom pokazać, jaka mama, czy babcia była młoda. Na półkach z książkami stawiam dumnie moje piękne albumy ze zdjęciami. Zresztą albumy są dla mnie bardzo miłym prezentem. Jeden z takich albumów zawiera stare fotografie, które wpadną mi w ręce podczas przeglądania cudzych albumów. W moim domy nie zachowały się niestety stare zdjęcia. Przed wojną było ich dużo, ale pożar strawił je wraz z całym dobytkiem w ostatni dzień wojny.
Czas szybko upływa, a dzięki fotografii można ten czas zatrzymać.
Najlepiej wychodzi się na zdjęciach nie pozowanych. One oddają prawdziwą rzeczywistość. Ale przeglądając fotografie, zwłaszcza stare, nasuwa mi się refleksja, czy pozy przybrane na tych fotografiach, ukazują prawdziwe oblicze bohatera.
Ja, mimo wszystko lubię zdjęcia pozowane. W naturalnych ujęciach doszukuję się karykaturalnych elementów osobowości, jestem nie zadowolona z miny, pokrzywionej sylwetki.
Dlatego zazwyczaj, zanim naciągnę migawkę, staram się uprzedzić towarzystwo. Żartobliwie proszę o uśmiech, o wypowiedzenie „cziiis”, czy „marmolada”. Takie zawołanie wywołuje gromki śmiech i rozluźnia atmosferę. Dobierane atrybuty o czymś świadczą. Dobrze dobrana poza, tło, pozwala wykreować osobowość nie tylko osoby fotografowanej, ale i fotografującej.
Zwracam uwagę na tło podczas robienia zdjęcia. Czasem ustawiam osoby np. na tle kalendarza, z widoczną datą, by po latach skojarzyć okoliczności wydarzenia.
Portretowe zdjęcia nie tylko przedstawiają osobowość, ale często aspiracje, marzenia, kim chciałoby się być.
Aparat fotograficzny jest prostym narzędziem do uchwycenia formy, ruchu i charakteru postaci. Nawet najlepszy artysta nie potrafiłby namalować tego pędzlem, co potrafi zarejestrować obiektyw. Ważne, by mieć pod ręką aparat w każdym momencie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. 
Koreks do wywoływania błony fotograficznej
Projektor do slajdów

Marzenia Janka Muzykanta – kamerowanie scen z życia

Och! Gdybym ja takie skrzypce miał! – mawiał w dzieciństwie mój tato, zazdroszcząc kapelom ludowym grającym na zabawach w Żubraczem. Jego koledzy umieli grać na instrumentach muzycznych, tato mógł ich tylko podziwiać, jak kiedyś Janko Muzykant.
Każdy ma w sobie coś z Janka Muzykanta.
Każdy ma jakieś marzenia, których nie może zrealizować.
Ale marzenia można spełniać, trzeba tylko je mieć i trzeba bardzo chcieć.
Ja też mam coś z Janka Muzykanta. Tyle, że nie marzą mi się skrzypce, ani żadne inne instrumenty muzyczne. No, może kiedyś bardzo chciałam umieć grać na pianinie.
W szkole podstawowej było pianino. Stało w sali gimnastycznej. Na uroczystościach szkolnych grał na nim Jasiek Niemczyk i Janek Krówka. Grali pięknie, podziwiałam ich umiejętności. Zdarzało mi się, że zakradałam się na salę i próbowałam wystukiwać jakieś akordy. Trudne to było.
Kamera Super 8 . Made in CCCP.
Jednym z moich marzeń jest dobry sprzęt video. Nie mam szczęścia do kamer. Pierwszą kupiłam za pieniądze podarowane nowonarodzonemu mojemu pierworodnemu synowi. Był taki zwyczaj, że ludzie przychodzili zobaczyć mojego synka i dawali mu coś na szczęście. Najczęściej coś słodkiego, aby życie było słodkie. Ale dawali też pieniądze.
To był dobry wybór, kiedy za uzbierane 5 i pół tysiąca kupiłam moją pierwszą kamerę tzw ‘ósemkę’. Taka kwota przekładała się na jakieś półtora mojej pensji. Chciałam uwiecznić każdą radosną chwilę z życia mojego ukochanego dziecka.
Foto Jurka z 1983r -zdjęcie odtworzone z kamery Super 8
Projektor do odtwarzania filmowej taśmy tzw ósemki
Nie miałam pojęcia jak to działa. Okazało się, że musiałam kupić kasety, które po nagraniu trzeba było wysłać do Bydgoszczy celem wywołania. Kolejny zakup to projektor, by oglądnąć taki filmik. Udało mi się nagrać kilka, może kilkanaście minut z życia Jurka. Kamera szybko się zepsuła, wylały się baterie, być może usterka błaha. I na tym się skończyło kamerowanie.

Foto z kamery. Janina Ordyczyńska z wnukiem Jurkiem na żydowskim cmentarzu
Zazdrościłam kamery Żydom nagrywającym grób cadyka Elimelecha.  Przyjeżdżali modlić się na jego grobie. Nagrywali rozmowy z moją teściową, która świetnie biegle mówiła w jidysz. Nagrywali moje dzieci towarzyszące babci opiekującej się grobem cadyka. Latały po cmentarzu żydowskim rozrabiając jak na placu zabaw. Dostawały od Żydów gumy do żucia. To był w tamtych czasach rarytas. Sprytnie wymyśliłam, by wykorzystać ich sprzęt. Kupiłam kiedyś kasetę video w pewexie i poprosiłam Żyda o umożliwienie mi nagrania chociaż kilku minut jego kamerą. Dzięki jego uprzejmości mam nagrany króciutki wywiad z moją teściową opowiadającą w jidysz o cadyku, ohelu i Leżajsku. W tle mam uwiecznionego Jurka. To mój mały sukces, z którego jestem dumna. Tym bardziej, że 3 miesiące później moja teściowa już nie żyła. 
Foto z kamery. Janina Ordyczyńska z wnukiem Jurkiem na żydowskim cmentarzu
Kolejną wykorzystaną okazją, było spotkanie po wielu latach mojej szkolnej koleżanki z liceum Heni Rogali. Przyznała się, że posiada dużą kamerę. Zaprosiłam ją na siódme urodziny Jurka.  Nagrałam zaproszonych gości przy skromnie zastawionym stole. Oczywiście tradycyjnie musiał być tort urodzinowy ze świeczkami. Byli moi rodzice, ciotka Maryna, Jagusia z Pawłem i Józkiem. Była babcia Ordyczyńska. Kiedy oglądamy ten film z perspektywy lat, wzruszamy się bardzo. Nie ma już mojej teściowej. Odeszła 3 lata później. Ale mam ją nagraną na kamerę. I wtedy, kiedy kupiłam moją pierwszą kamerę, kiedy spacerując po Górnej uczyła Jurka chodzić i wtedy, kiedy na cmentarzu rozmawiała po żydowsku i podczas spotkania na urodzinach Jurka.
Po śmierci teściowej w 1990 roku kupiłam kolejną kamerę, notabene bardzo drogą. 1500 $. Kupiłam w Pewexie w Krakowie za dolary uzbierane przez teściową, która ciułała je dla Piotrka na bilet do Stanów. W tamtych czasach każdy marzył o pracy w Ameryce. Nie każdy miał szansę na wyjazd, trzeba było mieć zaproszenie. A my nie mieliśmy nikogo z rodziny, kto chciałby zaprosić Piotrka do roboty, ani znajomego, który za łapówkę chciałby takie lewe zaproszenie załatwić. Teściowa namawiała Żydów, aby go zaprosili, niestety, bezskutecznie. Zresztą Piotrek wcale nie marzył o wyjeździe. Miał dla kogo żyć i nie chciał nigdzie wyjeżdżać.  Ameryka za ocean była marzeniem jego matki.
Kamerą Sony uwieczniłam wiele momentów z życia mojej rodziny. Kilkanaście 3 godzinnych kaset video. Dobrodusznie pożyczałam ją znajomemu, który zarabiał na weselach. Bez skrupułów oddał mi zepsutą, kwitują bezczelnie, że nie ma sensu jej naprawiać, lepiej kupić nową.
Kilka lat temu, aby iść z postępem kupiłam kolejną kamerę, tym razem cyfrową. Zdążyłam ją wykorzystać z pożytkiem. Niestety! I ta kamera nie okazała się wieczna. Niesprawna leży już 2 lata. Na nową mnie nie stać, a nie jestem pewna czy warto ją naprawiać, kosztowała 3000 zł, teraz taką można kupić za kilkaset złotych. 


Tak więc moje marzenia uwieczniania na kamerę scen z życia, mimo spełnienia w ciągu kolejnych lat, z powodu braku sprzętu  są nadal aktualnymi marzeniami. 

czwartek, 13 stycznia 2011

Dzieci i ryby głosu nie mają!?

Wspomnienie z dzieciństwa. Utkwił mi w pamięci ten zwrot, kiedy to tato tak do nas się zwracał, mówiąc, że dzieci i ryby głosu nie mają. Nie były to słowa, które miałyby nas stłamsić, nie dopuścić do głosu czy ignorować.
Najczęściej kwitował takim stwierdzeniem nasze głupie, szalone pomysły podczas zwariowanych zabaw, wyciszając temperamenty, nie ulegając stawianym przez nas wymaganiom i potrzebom. 

Były takie momenty, gdy podczas wspólnie spędzonych chwil tato pozwalał nam wchodzić na głowę. Ale kiedy nasze szaleństwa sięgały zenitu, bo przeginałyśmy bez umiaru, tato jednym słowem potrafił nas zdyscyplinować. Wystarczyło, że powiedział
– koniec zabawy!
 Momentalnie potrafił ukrócić nasze temperamenty i doprowadzić nas do porządku. Wiedziałyśmy, że nie ma żartów, każda z jego 4 córek znała granice, której nie wolno było przekroczyć. 

Dlaczego byłyśmy takie zdyscyplinowane? Grzeczne? Dobrze wychowane? A może bałyśmy się ojca? Przecież nas nie bił.
Dziś mogłabym powiedzieć, że ojciec w ten sposób uczył nas kindersztuby. Takich przykładów nauki dobrego wychowania mogłabym mnożyć.
Autorytet to szacunek, a na szacunek trzeba sobie zapracować.
I nie ma to nic wspólnego z wiekiem, doświadczeniem, płcią, pozycją społeczną czy zajmowanym stanowiskiem. I nie ma to też nic wspólnego z kindersztubą.
Młody co prawda ma mniejsze doświadczenie życiowe i powinien być nastawiony na odbiór a nie na nadawanie. Ale wymaga szacunku, uwagi tak samo, jak każdy inny w dojrzałym wieku.
Starszym nie wolno ich ignorować, mówiąc, że się na niczym nie znają, tylko dlatego, że są młodzi, niedoświadczeni.
Autorytetem dla młodych, który kładł duży nacisk na krzewienie kindersztuby był prof. Marian Wieczysty. Przed wojną we Lwowie zdobywał swoje doświadczenie taneczne, po wojnie prowadził kursy tańca w Krakowie. Pierwsza lekcja na takim kursie poświęcona była głównie etykiecie, czyli zasadom dobrego wychowania.
Jeśli mamy wpojone takie zasady to wszelkie formy savoir-vivre są naturalne i nie wymagają dodatkowych lekcji. Taniec wymusza eleganckiego traktowania partnerów względem siebie, uczy współżycia także w grupie. Taniec uczy nas szacunku do drugiej osoby. 
Zasady dobrego wychowania wymagają szacunku dorosłych, starszych, odpowiedniego traktowania kobiet, całowania w rękę etc etc. W dzisiejszych czasach etykieta ma inne znaczenie niż dawniej. 
Szanujmy młodych. 

Przecież to oni będą pracować na nasze emerytury.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...