wtorek, 1 września 2015

Na głupotę nie ma rady

Już od niedzieli kusiło mnie, aby pojechać nad San zobaczyć, jak niski jest poziom wody w rzece. Susza od dłuższego czasu doskwiera w całej Polsce.

Wczesnym rankiem zaplanowałam wyjazd z aparatem fotograficznym, więc zaraz po porannej kawie wybrałam się na zdjęcia. Po drodze zmieniłam plany, zatrzymałam się w ogrodach klasztornych i po zrobieniu pięknych fotek zdecydowałam się na powrót do domu.

Synoptycy zapowiadają zmiany pogodowe, podobno dzisiaj ostatni dzień będzie upalny, od jutra, a może nawet już od dziś mają padać deszcze, gwałtowne burze, a nawet może i grad.

Nie ma co czekać, jutro może pogoda się zmienić.

Niewiele myśląc ponownie wsiadłam do samochodu i skoczyłam na chwilę do Starego Miasta, zostawiając na gazie gotującą się zupę.

Napstrykałam mnóstwo ciekawych zdjęć, miałam już wracać do domu, bo okropny żar lał się z nieba. Jeszcze tylko jedna fotka – pomyślałam i postanowiłam zejść niżej brzegu spokojnego Sanu. 

Woda bardzo mętna i brudna, na drugim brzegu piękne ogromne łachy rzecznego piasku ukazujące prawdziwe dno rzeki. Niczym plaża, a na niej pełno ptaków, stada kaczek, a na granicy z wodą zielone plamy, to zakwit glonów. 







Spokojnym krokiem, ostrożnie zbliżałam się do stromej skarpy i nagle, jak ze skoczni zjechałam po suchej trawie w dół.

Rany boskie, zaraz wpadnę do wody!

I nagle, z aparatem w jednej ręce i pękiem kluczy (od samochodu i od mieszkania) w drugiej przekoziołkowałam ze stromej skarpy na sam dół. Zatrzymałam się tuż nad wodą. Przeraziłam się ogromnie. Bolała mnie noga i prawy bark.

Złamane!? – przemknęło mi przez myśl. Wstanę czy nie dam rady? Kto mnie tutaj leżącą w krzakach znajdzie?
Chwała Bogu, że nie miałam ze sobą torebki z moimi skarbami. Z pewnością by mi się rozsypały i wpadły do wody - pomyślałam.
W pobliżu nie było żywego ducha. W domu gotująca się zupa. Jeśli za chwilę zerwie się burza to mnie woda porwie w zdradzieckie głębiny rzeki. Za niecałe dwa tygodnie mam ślub syna. Robiłam w przyśpieszonym tempie rachunek sumienia. A tyle się bębni wkoło o nieroztropnych spacerowiczach na brzegami rzek, którzy w nieznanych okolicznościach zaginęli. Byłam zła na siebie za głupotę i bezmyślność.





Po chwili doszłam do siebie i czym prędzej postanowiłam wydostać się na górę, zanim zemdleję z bólu, a raczej ze strachu.





Jeszcze tylko kilka fotek. Na pamiątkę.

Nie jest tak źle, jak przypuszczałam. Po chwili byłam już w miarę sprawna, wygramoliłam się na górę i szczęśliwa z Happy Endu wróciłam do domu. 




***
Jak podają media dzień wcześniej 31 sierpnia zaledwie kilkaset metrów stąd w pobliżu Piskorowic jeden z mieszkańców odkrył w Sanie dwuczłonową łódź najprawdopodobniej z czasów I wojny światowej. Poinformował również, że wraz ze swoim znajomym dotarli do łodzi i wydobyli z niej trzy karabiny, dwie łopaty saperskie i inny sprzęt wojskowy, który zabrali, aby przekazać konserwatorowi zabytków.
To odkrycie jest wspaniałym prezentem na 100-lecie Wielkiej Wojny!


wtorek, 7 lipca 2015

Zamach w Londynie (7 lipca 2005)

Mija dokładnie 10 lat od ataku terrorystycznego, tragicznego wydarzenia, jakie miało miejsce 7 lipca 2005 roku w Londynie. W tym dniu trzech zamachowców z Pakistanu i jeden z Jamajki zdetonowali bomby na stacjach metra i w autobusie. 
Pamiętnego dnia 7 lipca 2005 roku trzy eksplozje w metrze i jedna eksplozja w miejskim autobusie sparaliżowały w porannych godzinach szczytu centrum Londynu w Wielkiej Brytanii.

W tym czasie w Londynie przebywał mój syn Tomek. Poleciał do Anglii kilka dni wcześniej w poszukiwaniu pracy. Zaplanował wyjazd na wyspy brytyjskie, żeby zarobić na studia. 

Byłam w pracy, słuchałam Radia Zet. Nagle o godz. 10:55 usłyszałam komunikat o jakimś wybuchu w londyńskim metrze. Początkowo mówiono o awarii prądu, ale mi od razu zaświtało w głowie, że to może być atak terrorystyczny. 
Podano, że pierwsza eksplozja nastąpiła w pobliżu dworca Liverpool Street, kilka minut później kolejna eksplozja na linii Piccadilly między stacjami King’s Cross a Russell Square. Skojarzyłam nazwy, Tomek opowiadał mi, że jeździ po Londynie metrem. Wiedziałam w jakiej dzielnicy mieszkał. 
Szok, niedowierzanie, zaraz potem świadomość, że mogło coś się stać moim bliskim, którzy mogli być w pobliżu katastrofy. Odżyły obrazy z 11 września 2001 roku. 

Od razu zadzwoniłam do Tomka. Ulżyło mi, gdy usłyszałam jego głos. Nie wyruszył dzisiaj na miasto w poszukiwaniu pracy!!! Został w domu, załamany bezskutecznymi poszukiwaniami przez 7 dni. Dzień wcześniej dzwonił do mnie i oświadczył, że chce wracać do Polski, nie ma pracy i nie ma szans na pracę. Poradziłam mu, aby został jeszcze przez tydzień, już nie szukał pracy, ale aby poświęcił czas na zwiedzanie miasta i zabytków.

Tomek, w mediach podają, że w Londynie nastąpił wybuch w metro, nie ruszaj się z domu - krzyczałam do słuchawki zdenerwowana, tym bardziej, że z telefonu dolatywało wycie syren. Tomek uspokajał, że to karetki, że mieszka tuż obok szpitala.

I nagle telefon się wyłączył, nie dokończyłam rozmowy i nie rozumiałam co się stało. Przez cały dzień nie miałam więcej żadnych wiadomości od syna.

Śledziłam wiadomości w Internecie, podawano informacje o kolejnych wybuchach, łączono wydarzenia z atakiem terrorystycznym.


Opisałam swoje obawy na internetowym forum. Dostałam nawet na skrzynkę pocztową kilka listów ze słowami pocieszenia. Być może zorganizowano jakiś sztab psychologów, który współpracował z moderatorem forum. Uspakajano mnie, tłumaczono, że wszyscy operatorzy komórkowi zablokowali sieć, po to by utrudnić terrorystom porozumiewanie się między sobą, aby utrudnić eksplozję ładunków za pomocą telefonów komórkowych i aby udostępnić służbom ratowniczym dostęp do sieci telefonicznych.


Po zamachach w mieście zapanował potężny paraliż komunikacyjny – zarówno kursy metra, jak i autobusów zostały zawieszone. Tomek do pracy chodził piechotą, wracał do domu również pieszo, pokonując odległość 7 km. 

W wyniku eksplozji zginęły wówczas 52 osoby, a co najmniej 700 osób zostało rannych (w tym 22 osoby w stanie krytycznym). Zginęli również sprawcy zamachu. Wśród ofiar były trzy Polki.
Tomek wysłał mi z Londynu pocztówkę z widokiem Piccadilly Cirrcus. Napisał:

„Pozdrowienia z Londynu „bombowego miasta”. 7-07-2005 roku data, którą będę pamiętał do końca moich dni. Seria wybuchów całkowicie sparaliżowała miasto oraz pokrzyżowała moje plany - miałem właśnie się wybrać do Muzeum Brytyjskiego! Ciekawe co teraz będzie z transportem oraz środkami bezpieczeństwa?Dobrze się stało, że pospałem sobie dłużej, bo wybuch mógł mnie dosięgnąć”.


***
Na wniosek Wielkiej Brytanii tydzień później 14 lipca 2005 roku we wszystkich krajach Unii Europejskiej oddano cześć ofiarom ataków terrorystycznych w Londynie. W Polsce punktualnie o godzinie 13 programy telewizyjne i radiowe wstrzymały na dwie minuty emisję planowych audycji.

***



 

 
 

Zobacz też:
11 września 2001 - Atak na WTC

czwartek, 18 czerwca 2015

Kościół w Jarocinie

14 czerwca 2015 odwiedziłam Jarocin podążając śladami Janiny Oleszkiewicz - Przysiężniak. Od dawna planowałam Jarocin, ten leżący w powiecie Nisko woj. podkarpackim. Bardzo chciałam zobaczyć miejsce, a konkretnie kościół, w którym Janka Oleszkiewicz ps. 'Jaga' brała ślub z dowódcą oddziału leśnego majorem Franciszkiem Przysiężniakiem ps. 'Ojciec Jan'. 
Zastałam kościół zamknięty, ale dzięki uprzejmości księdza - wikariusza Ireneusza Rząsy, miałam okazję wejść do środka, poczuć klimat i atmosferę tamtych dawnych, historycznych już czasów. 



To w tym kościele Janka Oleszkiewiczówna z Kuryłówki ps 'Jaga' i dowódca oddziałów partyzanckich 'Ojciec Jan' zdecydowali się zalegalizować swój związek. 

To było ich drugie podejście do ślubu. Pierwszy raz zamierzali wziąć ślub dwa tygodnie wcześniej 27 grudnia 1943 roku, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia w miejscowości Graba. Szykowano już ołtarz, ksiądz kapelan Franciszek Lądowicz już czekał na młodą parę. Jednak niespodziewanie zostali zaatakowani przez Niemców. Doszło do krwawej bitwy. Zginęło wówczas kilku partyzantów, m. in. Ostrowska i żona porucznika Męcińskiego ps. 'Władka'. Zginął też syn Ostrowskiego z Kuryłówki. O perypetiach związanych ze ślubem w Grabie pisałam już wcześniej >> Janina Oleszkiewicz Przysiężniak (1922-1945)

Po dwóch tygodniach, 11 stycznia 1944 roku, młodzi postanowili wziąć ślub potajemnie, tym razem w kościele w Jarocinie. Kościół zbudowany jako filialny kościoła parafialnego w Kurzynie w latach 1911-1913, został poświęcony w r. 1916 pod wezwaniem Matki Boskiej Bolesnej. 12 czerwca 1943 roku Niemcy spalili plebanię, wraz z nią archiwum parafii a między innymi księgę protokołów budowy kościoła. 

Kiedy młodzi wchodzili do kościoła zobaczyli stojący w kościele katafalk. Janka, gdy zobaczyła trumnę, zaczęła histerycznie płakać. To był zły znak. Chciała zrezygnować ze ślubu.

Z przekazu mojej mamy dowiedziałam się, że ksiądz próbował ją uspokajać, pocieszał, mówiąc, że patronem kościoła jest św. Józef, że wszystko będzie dobrze. Okazuje się, że kościół ma innego patrona. Ksiądz wyjaśnił mi, że od 1927 r. parafia była p.w. św. Antoniego z Padwy. Obecnie jest pod wezwaniem Matki Bożej Bolesnej i świętego Antoniego.



Franciszek Przysiężniak i Janina Oleszkiewicz wzięli ślub po kryjomu, w tajemnicy, w nocy 11 stycznia 44. roku. Błogosławiący małżonkom ksiądz Boratyn, w obawie przed konspiracją partyzantów, nie odnotował tego faktu w księgach parafialnych. Szymon Nowak, autor książki 'Dziewczyny wyklęte' dotarł do aktu ślubu, otrzymał go od Andrzeja Pityńskiego. W akcie tym, nazwanym jako Zapis Przysięgi (przedślubnej) jest notatka:

'Okoliczności wojny wpłynęły na to, że nowożeńcy brali ślub potajemnie, przy zamkniętych drzwiach, bez złożenia zapowiedzi i bez zezwolenia Kurii wydawanego na okres wojny, wobec tylko jednego świadka'.

Świadkiem był Bolesław Usow ps. Konar.







Linki
Janina Oleszkiewicz Przysiężniak (1922-1945)

niedziela, 24 maja 2015

Polacy dokonali wyboru. Sukces czy porażka?

60% elektoratu Pawła Kukiza przekazało swoje głosy dla Andrzeja Dudy. Otworzyli drzwi do Pałacu Prezydenckiego człowiekowi z Krakowa nie dlatego, że popierają PiS, ale, żeby, jak to określił jeden z polityków zgruzować PO. 
W I turze również głosowałam na Pawła Kukiza, mimo, że nie należę do grupy ludzi młodych popierających Kukiza. Zagłosowałam ponieważ nie zgadzam się z polityką Prezydenta Bronisława Komorowskiego wspierającego politykę Platformy Obywatelskiej. Żeby było jasne, nie złapałam się na lep obietnic Andrzeja Dudy. 
W II turze głosowałam na Andrzeja Dudę, który w Leżajsku zdecydowanie wygrał we wszystkich dziewięciu Komisjach Obwodowych:
Andrzej Duda - 69,78%
Bronisław Komorowski - 30,22%




Uważam, że Pan Prezydent Bronisław Komorowski poniósł porażkę, płacąc cenę za wspieranie Platformy Obywatelskiej, głównie za:
- podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat bez możliwości dokonywania wyboru. Jestem za pracą 'aż do śmierci', ale pod warunkiem, że każdy dobrowolnie podejmuje decyzję. Nie wyobrażam sobie stomatologów, mikrobiologów, chirurgów, którzy w pracy muszą korzystać z bardzo mocnych okularów (wiem co mówię).
- tolerowanie arogancji i buty urzędników na poziomie lokalnym, nie szanowanie ludzi kompetentnych, zatrudnianie na ważnych stanowiskach ludzi bez jakichkolwiek kompetencji 
- lekceważenie aspiracji ludzi we wszystkich kategoriach wiekowych
- lekceważenie problemu wyjazdu młodych, wykształconych ludzi do pracy za granicę. Politycy uważają, że emigracja jest szansą na zdobycie doświadczenia i powrót do kraju z 'dolarami', błędnie kalkulują, że Polacy będą zarabiać za granicą, a podatki płacić w Polsce
- lekceważenie problemu wyjazdu młodych, wykształconych ludzi z małych miejscowości, w którzy w poszukiwaniu pracy opuszczają swoje Małe Ojczyzny 
- akceptację umów śmieciowych
- arogancję władzy w stosunku do ludzi pracujących za marne pieniądze
- pogardliwe wypowiadanie się polityków, ludzi mediów, świata kultury o Polakach, którym się nie powiodło w kraju po okresie transformacji
- samozadowolenie władzy i głuchota na krzyki niezadowolenia Polaków

zobacz też:
Debata sztuką manipulacji

czwartek, 21 maja 2015

Debata sztuką manipulacji

Dzisiaj debata kandydatów na urząd prezydenta. 
Debaty cieszą olbrzymią akceptacją Polaków, są źródłem informacji o kandydacie, ale nie dajmy się zwariować i nie poddawajmy się manipulacji.
Media prześcigają się w stosowaniu atrakcyjnych trików, stosują motywy manipulacji wrażeniem, ale to nie dziwne, one walczą o słuchacza, czytelnika lub telewidza, o oglądalność, o sondaże. Zapraszają dziennikarzy, polityków, aktorów do oceniania kandydata pod względem atrakcyjności fizycznej, mowy ciała, gestów. 
Atrakcyjną formą manipulacji jest atakowanie kandydata, jego rodziny, stosowanie chwytów poniżej pasa, uważam, że taka stosowanie takiej formy nie licuje z wizerunkiem przyszłej głowy państwa.
Wybierając się na wybory warto dowiedzieć się kim jest polityk. Warto jednak pamiętać, że:
- współczesna polityka to w dużym stopniu gra skutecznych manipulatorów i ich najszerszym zasobem technik manipulacji politycznej. 
- politycy poddawani są szkoleniu w jaki sposób zastosować taktyki autoprezentacyjne, przedstawianie swoich zalet, a u przeciwnika wad, aby zbajerować wyborców. Stają się marionetkami, pociąganymi za sznurki przez sztaby wyborcze, ludzi od wizerunku, sondaże, media.

Ważnym kryterium wg mnie jest w dużej mierze zdolność władania językiem. I nie chodzi tu o znajomość języków obcych, to też, ale rażą mnie deklaracje kandydatów, którzy oferty polityczne, gospodarcze, społeczne prezentują 'Polaką'. 

Ciekawa jestem, jaka będzie Twoja reakcja po debacie, który z kandydatów stworzył 'Polaką' ciekawszy wizerunek, który okaże się atrakcyjniejszą marionetką wykreowaną przez manipulatorów, zostanie 'głowom' państwa i będzie rządzić 'Polskom'.
Którego skreślisz, a którego zaakceptujesz?


wtorek, 19 maja 2015

Wielka powódź na Sanie w maju 2010

Dokładnie 5 lat temu Polskę nawiedziła jedna z największych klęsk żywiołowych. Obfite opady w okresie 16-19 maja 2010 spowodowały podniesienie poziomu wód, przerwanie wałów przeciwpowodziowych, wylanie rzek, a wody powodziowe wyrządziły olbrzymie szkody aż w dziesięciu województwach, w tym największe w województwach: śląskim, małopolskim, świętokrzyskim i podkarpackim. 
Powodzie w woj. podkarpackim zdarzają się stosunkowo często, jednak powódź w 2010 r. przybrała niespotykaną dotychczas skalę i wyczerpywała wszelkie znamiona klęski żywiołowej. Ucierpieli mieszkańcy Sanoka, Miejska oczyszczalnia ścieków w Tarnobrzegu została zalana przez wody powodziowe i w następstwie wyłączona z eksploatacji. Zalany został Sandomierz. 

Oto kilka zdjęć z wielkiej powodzi na Sanie w Starym Mieście i rzece Złotej w Kuryłówce. To była powódź stulecia, stan wody na rzece osiągnął 840 cm. Podobnej skali była powódź w lipcu 1980 roku. Zamknięto wówczas most na Sanie w Starym Mieście, trzeba było jeździć przez Krzeszów. 












***
Filmik



***




wtorek, 7 kwietnia 2015

Refleksyjnie w rocznicę śmierci

Spotkałam się dzisiaj z moim tatą. Na cmentarzu, w Kuryłówce. Dzisiaj jest trzecia rocznica śmierci taty. 
Poprosiłam go o wstawiennictwo, żebym miała więcej sił do dźwigania moich krzyżyków. 




Linki powiązane:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...