środa, 7 grudnia 2011

Kominiarz szczęście przyniesie ci

Prawdziwy mistrz poprawił mi dziś humor i wprawił we wspaniały nastrój. W Leżajsku znany jest od kilkudziesięciu lat. Na jego widok ludzie łapią się za guziki, a on uśmiechem wita każdego napotkanego po drodze. To pan Jan Dąbek mistrz kominiarski, odwiedził nasze laboratorium, by sprawdzić przewody wentylacyjne i drożność przewodów kominowych. Przy okazji zostałam obdarowana kominiarskim kalendarzem  na 2012 rok oraz sympatycznym gadżetem - prawie złotą odznaką z 1 groszówką i napisem  'Na szczęście - od kominiarza'. Podobno te gadżety wyrabiane były kiedyś aż w San Marino. Od dwóch lat produkują je w Polsce, w Bydgoszczy.
Od dawna znany jest przesąd, aby na widok kominiarza złapać się za guzik, jeśli chce się mieć szczęście. Łapanie za guzik na widok kominiarza wiąże się z legendą. Właściwie legend na ten temat jest kilka. Ale jedną z nich przedstawił mi pan Jan.
Otóż w 1929 roku w pewnej niemieckiej wiosce zaginęło dziecko bogatego murgrabiego. Zrozpaczony murgrabia ogłosił, że ozłoci tego, który odnajdzie mu córkę. Nieopodal lasu mieszkał kominiarz, który w drodze do pracy usłyszał płacz dziecka, odnalazł spłakaną dziewczynkę w głębokim dole. Uszczęśliwiony murgrabia za odnalezienie córeczki postanowił ozłocić kominiarza, ten jednak poprosił o uszycie mu nowego munduru kominiarskiego.  Murgrabia zafundował mu mundur, piękny dodatkowo z czternastoma złotymi guzikami, a każdy z nich był inkrustowany brylantami. Poszedł na drugi dzień kominiarz do pracy w tym nowym drogocennym mundurze.Pracując na dachu, urwał mu się jeden z guzików i spadł na ziemię, prosto w ręce przechodzącej kobiety. Była to matka piątki dzieci, żyjąca w wielkiej biedzie. Ucieszyła się, że taki skarb wpadł jej w ręce. Sprzedała guzik z brylantem, a pieniądze przeznaczyła na leczenie swojego chorego dziecka.
Skoro jeden guzik przyniósł tyle szczęścia kobiecie, dzieciom i jej rodzinie, to mogę się bez niego obejść - pomyślał kominiarz.
Odtąd nosił mundur z trzynastoma guzika. Od tamtej pory takie mundury noszą wszyscy kominiarze. Złote guziki przypominają o szczęściu.
Przesądy przesądami, można w nie wierzyć lub nie, ale  za guzik nie zaszkodzi się złapać.  I trzeba pomyśleć o jakimś marzeniu, które miałoby się spełnić. Potem jeszcze trzeba poszukać faceta w okularach i wystarczy czekać, na to szczęście oczywiście. 
Kiedyś to i ja łapałam się za  guzik na widok kominiarza z drucianą miotełką zwiniętą na ranieniu, w czarnym kapeluszu na głowie. Dzisiaj jednak, kiedy spotykam na drodze pana Jana w kominiarskim garniturze, częściej rozglądam się za przechodniami i wypatruję, którzy z nich trzymają się guziki. 
Bo, o szczęściu w życiu to ja wiem niewiele. Raczej teoretycznie. Wiem, że mają szczęście osoby urodzone w czepku. Pod warunkiem, że się tego czepka po drodze nie zgubili. A tak musiało być w moim przypadku. W czepku się urodziłam, owszem, ale jakoś nie czuję tego szczęścia. Mama próbowała odszukać mój czepek i zanieść go do kościoła w dniu mojego chrztu. Niestety, nie znalazła. Razem z czepkiem zgubiła moje szczęście.
Pan Jan szczęście rozdaje na prawo i lewo, sam nie wie ile tego szczęścia nosi jeszcze przy mundurze, a ile już go porozdawał.
Nie zawsze wesołe jest życie kominiarza, bo oprócz okresowych przeglądów w domach i instytucjach pan Jan wzywany jest również do wypadków śmiertelnego zaczadzenia groźnym tlenkiem węgla. W zeszłym roku takich było 8.
- W Przyjaciółce wyczytałam, żeby uszczelnić okna, to zaoszczędzi się na ogrzewaniu - tłumaczyła się jedna z jego klientek.
Miała rację, w telewizji codziennie straszą ogromną podwyżką za węgiel,  gaz i centralne ogrzewanie. Plastikowe okna są bardzo szczelne i chronią przed utratą ciepła, to fakt, ale musi się je otwierać, chociażby ze względów higienicznych, by przewietrzyć mieszkanie, chronić je  przed wilgocią i pleśnią, ale również przed ewentualnym tlenkiem węgla z niesprawnych piecyków gazowych.
Wydawałoby się, że to takie oczywiste.
Mój śp nauczyciel licealny wchodząc do klasy, zawsze nam powtarzał:
'Otworzyć okna panny! Od świeżego powietrza jeszcze nikt nie umarł, ale od smrodu medycyna zanotowała już przypadki.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Czy warto wierzyć w Świętego Mikołaja

Napisałam kiedyś na Genebase 'Czy warto wierzyć w Świętego Mikołaja'. Postanowiłam zacytować jego treść w tym blogu.

W moim rodzinnym domu nie było tradycji rozdawania prezentów gwiazdkowych w wigilię pod choinkę. Prezenty przynosił Święty Mikołaj 6 grudnia, a najczęściej w nocy z 5 na 6 grudnia.

Ciekawostką zupełnie dla mnie niezrozumiałą były prezenty, które otrzymywała moja koleżanka, Gośka Nowak. Przychodziła do nas w czasie kolacji wigilijnej, chwaląc się swoimi zabawkami od Dziadka Mroza.

U nas w domu mama robiła nam pobudkę, czasem w nocy, czasem nad ranem, kiedy jeszcze było ciemno, pokazywała prezenty, wmawiając, że to Św. Mikołaj jest taki dobroduszny. Rarytasem były cukierki, zeszyty szkolne, kredki, długopisy i pomarańcze. Te ostatnie można było kupić jedynie w okresie zimowym, nie tak jak dzisiaj przez cały rok. Radość z prezentów była niewspółmiernie duża do ich ceny.
Będąc już dużą dziewczynką, nie wierzyłam w Mikołaja. Wiedziałam, że postać przebrana za biskupa Mikołaja odwiedza domy wraz z towarzyszącymi mu przebranymi 'diabłami'. Mikołaj egzaminował dzieci, a potem nagradzał je lub karcił. Wręczał też rózgi.
Ale mimo to lubiłam wieczorami stać w oknie i wpatrywać się w niebo, w nadziei, że ujrzę świętego z olbrzymimi paczkami dla grzecznych dzieci. Starałam się być grzeczną, by zasłużyć na nagrodę od świętego. Pisałam nawet do niego listy. Jak większość dzieci. Chyba.
W 1991 roku, kiedy moje dzieci były jeszcze małe, zorganizowałyśmy Mikołaja w domu u mojej siostry. W Pewexie kupiłam moim chłopcom dość drogie, jak na tamte czasy, zabawki. Postanowiłam jednak nie dawać im tych prezentów na spotkaniu u mojej siostry, w obawie, aby nie było przykro innym, że Mikołaj wyróżnił tylko moich chłopców tak atrakcyjnymi prezentami.

Zrobiłam więc dodatkowo skromne paczuszki, zabrałam dzieci i pojechałam samochodem na spotkanie z 'prawdziwym' Mikołajem- w osobie przebranego wujka Tadka. Przez drogę mój starszy syn filozofował, że nie wierzy w Mikołaja. Nie wyprowadzałam go z błędu, nie było sensu tłumaczyć mu, że jest inaczej, bo przecież w samochodzie leżały reklamówki z prezentami i wydawało mi się, że Jurek był świadomy co do ich zawartości.
Mikołaj okazał się niesamowicie niesprawiedliwy.

Moim siostrzeńcom przyniósł po kilka reklamówek wypełnionych po brzegi mnóstwem zabawek, słodyczy i innych bibelotów, nota bene mało wartościowych. I tylko moje dzieci dostały skromne prezenty. Poczuły rozgoryczenie i wielki żal do Świętego Mikołaja, widząc taką niesprawiedliwość. Nie ukrywały rozczarowania.

Kiedy w drodze powrotnej do domu Jurek, ze łzami w oczach narzekał na Mikołaja, że jest taki i owaki, skwitowałam:

- Przecież mówiłeś, że nie wierzysz w Mikołaja!.

Na to rozżalony Jurek ze łzami w oczach wykrzyknął:

- Skąd miałem wiedzieć, że on naprawdę istnieje!

piątek, 11 listopada 2011

Lekcja patriotyzmu

Zrobiłam gołąbki. Może trzeci, może czwarty raz w życiu. Generalnie nie lubię gotować. Ale święto,  Dzień Niepodległości, magiczna data 11.11.11. - zdopingowały mnie do poświęcenia i postanowiłam zostać Matką Polką i zrobić polskie gołąbki, według własnego przepisu. Wyszły mi tak pyszne i tak smakowite, że aż mi zaszkodziły. Dostałam ataku, najprawdopodobniej podrażniłam sobie woreczek żółciowy. 
Z żalem musiałam zrezygnować z uroczystości organizowanych w Leżajsku z okazji Święta Niepodległości.  Po uroczystej mszy składane są wieńce pod Pomnikiem Poległym Bohaterom z roku 1831-1863, 1918 za walki o wolność i niepodległość Ojczyzny. Pomnik ufundowali mieszkańcy Leżajska 24 maja 1925 roku.
W zamian nafaszerowana środkami rozkurczowymi i przeciwbólowymi przeleżałam przed telewizorem i oglądałam transmisje z uroczystości niepodległościowych w różnych miastach Polski. Świętowali godnie i radośnie.
I tylko Warszawa mnie wkurzyła. 
Dlaczego władze udostępniły naszą piękną stolicę różnym grupom demonstrantów na konfrontacje i okazywanie ich sposobu  patriotyzmu.  Wiedzieli czego można się było po nich spodziewać. Tysiące policjantów opłacanych z moich podatków zaangażowano do ochrony ludności i mienia społecznego przed bandą nieodpowiedzialnych awanturników, chuliganów i prowokatorów uzurpujących sobie miano patriotów. 
Nasi przodkowie okazywali patriotyzm poprzez udział w walkach niepodległościowych, ryzykując życiem, a nawet przepłacając życiem. Takie były czasy. Dzisiaj można pokazać, że się jest patriotą, ale w inny sposób. 
Tomek wywiesił flagę. Ja np. nauczyłam się pełnego tekstu Hymnu Polskiego. Przyznaję, że nie znałam wszystkich zwrotek naszego hymnu narodowego . 

 Może zacytuję jeszcze fragment książki świadczący o kultywowaniu patriotyzmu w polskiej rodzinie z okresu międzywojennego.
'Polskę wzdłuż i wszerz' autorstwa Jadwigi Kiszakiewicz z Leżajska ( c. Walentego Sztaby i Julii Sroczyńskiej):

Gdy przed wojną 2-letnia Janka w nocy płakała i nie dawała spać, tatuś dał jej klapsa- a ona uspakajała się i po chwili zaczynała śpiewać 'Jeszcze Polska nie zginęła'.
Czy to nie słodkie? 
Obchody Święta Niepodległości w Leżajsku w 2011 roku

niedziela, 6 listopada 2011

Wspólna miska

Spędziłam dzisiejszą niedzielę z dziećmi na działce. Pogoda sprzyjała. Z wielkim apetytem pożerałam sałatką z kurczaka, przygotowaną zamiast obiadu, kiedy mój rozbawiony synuś, ze śmiechem na ustach obwieścił mi, żebym jej nie jadła, bo przed chwilą z tej miski  jadły koty. O rany! Mam nadzieję, że się nie rozchoruję.
Koty nie moje, bezpańskie, dzikie, mieszkające na ogródkach działkowych. Widocznie bardzo zgłodniały, skoro nie bały się podejść na naszą posesję i bezczelnie zeżarły mi obiad.
A ja dziwiłam się, że tak chętnie lgną do obcych i łaszą do nogi. Najwyraźniej sałatka bardzo im smakowała i  po sutym posiłku chciały okazać nam wdzięczność.
No cóż, to by potwierdzało teorię, że pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł i jedzeniu ze wspólnej miski.

czwartek, 20 października 2011

Stosowanie płodozmianu

Stosowanie w nowoczesnym rolnictwie uprawy monokultur bez tradycyjnego płodozmianu, oszczędnościowe systemy uprawy (minimum tillage system) oraz jednostopniowy zbiór plonów skutkuje wzrostem porażenia upraw rolniczych przez patogeny. 
To cytat z naukowej literatury o patogenach grzybowych atakujących uprawy rolnicze na świecie. Są one przyczyną olbrzymich strat gospodarczych, które wynikają z wysokiej patogenności i toksynotwórczości. [Kobras M., Horoszkiewicz -Janka J.: Znaczenie i możliwości ograniczenia szkodliwych metabolitów pochodzenia grzybowego. Progr. Plant Protect. 47, 141-148  2007].
Bardzo mi pasuje ten rolniczy cytat do świata rządzących polityków, urzędników i innych decydentów
Chociaż patomechanizm chorób 'popełnianych' w świecie polityków identyczny jak świecie zwierząt, roślin, to już diagnostyka umożliwiająca wykrycie patogenu, profilaktyka i metody zapobiegania, zwalczania są trudniejsze.
Dobrze, że na salony polityczne wprowadzone zostaną nowe osoby.  Może uda im się chociaż trochę uzdrowić nasze chore przepisy. Być może mają świeższe spojrzenie na problemy naszego świata i zechcą naprawić system chorych systemów funkcjonujących w naszym państwie. 
Być może. 
Bo całkiem możliwe, że wnikając w środowisko polityków chorych na władzę, odizolowanych dość hermetycznie od świata przeciętnego Kowalskiego, zarażą się  od nich politycznymi patogenami. Bo władza to choroba wysoce zakaźnia. 

środa, 31 sierpnia 2011

Marketing polityków za moje pieniądze. Nie podoba mi się

Parlamentarzyści poprzez powoływanie komisji sejmowych ds. różnych, a to nacisków, a to afery gruntowej, a to hazardowej - wymyślili sobie niezły piar.
Pomysł znakomity.
Polacy mieliby poznać funkcjonujące mechanizmy i tryby afer wśród skorumpowanych polityków.
Telewizja transmitowałaby na antenie obrady sejmowe pokazując walczących w słusznej sprawie polityków.
Ludzie mieliby igrzyska, a politykom by rosły – słupki sondażowe. 

Ważne tylko, żeby długo i widowiskowo!
Serwowane Polakom widowiska z obrad komisji są i owszem – widowiskowe. Sama niejednokrotnie z wypiekami na twarzy godzinami śledziłam zaciekłe dyskusje w komisjach sejmowych. 

Jestem za powoływaniem komisji sejmowych.
Uważam jednak, że promowanie
merytorycznej działalności i kompetencji   rządzących polityków poprzez wytykanie nieuczciwych, niekompetentnych, niejednokrotnie związanych ze światem przestępczym ludzi z opozycji  - to pomysł marketingowców. 
 Widać to zwłaszcza teraz na kilka tygodni przed wyborami.
Ekipy od PR nagle przypominają sobie o komisjach ds różnych. 
Sprytnie wykalkulowały, że dadzą one lepsze żniwo, niż jakieś tam plakaty czy bilbordy. 
Komisje stały sie tanim chwytem marketingowym. 

Szkoda tylko, że za moje pieniądze. 
Szkoda tylko, że tak łatwo udaje się im nas wkrecać. 
Szkoda tylko, że tolerujemy  taką sztukę manipulacji.

piątek, 8 lipca 2011

Biorytmy na kłamią - Odcięli mi prąd

Wkurzyłam się dzisiaj okropnie. Zażartowałam nawet, że muszę sprawdzić swoje biorytmy, bo moje rozdrażnienie, złość i płacz wskazują na to, że jestem na niżu, albo mam krytyczne dni. Na ogół wcale nie muszę sprawdzać swoich biorytmów, aby wiedzieć w jakiej fazie znajduję się w danej chwili. Doskonale wiem, że mój nastrój zależy od zdrowia, kłopotów i innych czynników wpływających na moje fazy emocjonalną, fizyczną i intelektualną.
Według hipotezy Fliessa, uchodzącego za twórcę okresowej teorii biorytmów - biologiczny rytm człowieka podporządkowany jest ściśle określonemu wzorcowi: po okresie aktywnym następuje okres bierności, w którym odradza się energia życiowa. Według tej teorii, cykl sprawności fizycznej powinien trwać 23 dni, a cykl stanu emocjonalnego - 28 dni.
Swoboda, który opisał tę teorię, dodatkowo opisuje w niej spontaniczne, okresowe powracanie myśli w okresach 18 godzin, 23 godzin i 23 dni. Już po śmierci Fliessa zwolennicy biorytmów dodali cykl sprawności intelektualnej o długości 33 dni.
Wszystko to prawda, przynajmniej w moim przypadku. Mogłabym być doskonałym królikiem doświadczalnym dla Fliessa czy Swobody.
Mogłabym służyć przykładami z własnego podwórka, podając kiedy jestem w dołku, kiedy dopada mnie wena, kiedy chce mi się śpiewać, a kiedy płakać.
I tak na przykład dzisiaj. Od rana łzy same cisną mi się do oczu. W gardle ściska, myśli kotłują się nad sensem życia.
A wszystko przez to, że odcięli mi prąd.
Kilka lat temu upoważniłam firmę energetyczną, do pobierania należności za prąd z mojego ROR –owskiego konta. Od wielu, wielu lat nie mam z tym problemu i nie zawracam sobie głowy opłatami.
Aż do wczoraj.
Po powrocie z pracy, kiedy chciałam włączyć TV okazało się, że w mieszkaniu nie ma prądu. Lodówka nie chłodzi, czajnik elektryczny bezużyteczny, telefon nie łączy, radio nie gra, nie mogę naładować baterii do aparatu fotograficznego, nici z komputera, nici z Internetu.
Sprawdziłam bezpieczniki, były OK, zadzwoniłam pod nr 991 na Pogotowie Energetyczne, obiecali sprawdzić. Czekałam do zmierzchu wyglądając co chwilę przez okno w nadziei, że ujrzę ekipę elektryków przybywających mi z pomocą. Po kilku godzinach bezskutecznego oczekiwania, zadzwoniłam ponownie.
Odcięli mi prąd, bo nie miałam opłaconej jednej faktury. Muszę spłacić dług, osobiście przyjść do zakładu energetycznego, przynieść do biura dowód wpłaty, złożyć podanie, następnie opłacić 91 zł w banku dodatkowo za ponowny przyłącz prądu, przynieść do biura kwit z banku - dowód wpłaty i czekać aż ekipa znajdzie czas – usłyszałam w słuchawce telefonicznej.
To prawda, nie miałam przez jakiś czas pieniędzy na koncie, widocznie w tym okresie zakład energetyczny wysłał polecenie zapłaty za prąd. O tym, że nie zrealizowano polecenia zapłaty z braku środków zostałam powiadomiona.
Liczyłam jednak, że skoro firma ma moje stałe zlecenie na pobieranie z konta ROR należności za usługi, to sobie bez problemu ściągną zaległą kasę z mojego konta, chociażby doliczając zaległy dług do kolejnego rachunku. Nic by się też nie stało, gdyby ktoś przypomniał mi o zaległościach, chociażby telefonicznie.
Ale żeby tak od razu odcinać prąd?
Kiedy osobiście zgłosiłam się dzisiaj do biura i wyjaśniłam, że jeszcze wczoraj uregulowałam należności, kazano mi iść do banku z wystawioną fakturą i blankietem na kwotę 91 zł, by dokonać wpłaty za ponowne podłączenie prądu.
Na pytanie kiedy mi podłączą prąd?
Wkrótce – odpowiedział urzędnik
Jednocześnie usłyszałam od klienta stojącego obok, żebym tak się nie cieszyła, bo on czeka już 2 tygodnie na ponowny przyłącz. Odciąć to oni szybko umieją, ale do ponownego przyłączenia potrzebują wykwalifikowanych pracowników, a takich im brak.
Wkurzyłam się okropnie.
Użyłam takich argumentów, że mam taką cichą nadzieję, że kiedy wrócę z pracy do domu, okaże się, że znowu będę miała okno na świat, bo będę miała prąd!!!

Mój biorytm wskazuje na krytyczny dzień fazy fizycznej, ostrzega mnie, że mam być ostrożna! Dobrze mówić. Sytuacja stresowa podniosła mi ciśnienie. 165/110. Bagatela! 
Biorytmy nie kłamią. Tylko jak je interpretować. 
Czy chce mi się płakać, z bezsilności, bo odcięli mi prąd?
Czy chce mi się płakać, bo jestem w takiej fazie, że nawet najmniejsze kłopociki mogą mnie rozdrażnić, a co dopiero myśl, że czeka mnie weekend w egipskich ciemnościach.
Mój pierwszy biorytm

Linki powiązane:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...