czwartek, 21 maja 2015

Debata sztuką manipulacji

Dzisiaj debata kandydatów na urząd prezydenta. 
Debaty cieszą olbrzymią akceptacją Polaków, są źródłem informacji o kandydacie, ale nie dajmy się zwariować i nie poddawajmy się manipulacji.
Media prześcigają się w stosowaniu atrakcyjnych trików, stosują motywy manipulacji wrażeniem, ale to nie dziwne, one walczą o słuchacza, czytelnika lub telewidza, o oglądalność, o sondaże. Zapraszają dziennikarzy, polityków, aktorów do oceniania kandydata pod względem atrakcyjności fizycznej, mowy ciała, gestów. 
Atrakcyjną formą manipulacji jest atakowanie kandydata, jego rodziny, stosowanie chwytów poniżej pasa, uważam, że taka stosowanie takiej formy nie licuje z wizerunkiem przyszłej głowy państwa.
Wybierając się na wybory warto dowiedzieć się kim jest polityk. Warto jednak pamiętać, że:
- współczesna polityka to w dużym stopniu gra skutecznych manipulatorów i ich najszerszym zasobem technik manipulacji politycznej
- politycy poddawani są szkoleniu w jaki sposób zastosować taktyki autoprezentacyjne, przedstawianie swoich zalet, a u przeciwnika wad, aby zbajerować wyborców. Stają się marionetkami, pociąganymi za sznurki przez sztaby wyborcze, ludzi od wizerunku, sondaże, media.

Ważnym kryterium wg mnie jest w dużej mierze zdolność władania językiem. I nie chodzi tu o znajomość języków obcych, to też, ale rażą mnie deklaracje kandydatów, którzy oferty polityczne, gospodarcze, społeczne prezentują 'Polaką'

Ciekawa jestem, jaka będzie Twoja reakcja po debacie, który z kandydatów stworzył 'Polaką' ciekawszy wizerunek, który okaże się atrakcyjniejszą marionetką wykreowaną przez manipulatorów, zostanie 'głowom' państwa i będzie rządzić 'Polskom'.
Którego skreślisz, a którego zaakceptujesz?


wtorek, 19 maja 2015

Wielka powódź na Sanie w maju 2010

Dokładnie 5 lat temu Polskę nawiedziła jedna z największych klęsk żywiołowych. Obfite opady w okresie 16-19 maja 2010 spowodowały podniesienie poziomu wód, przerwanie wałów przeciwpowodziowych, wylanie rzek, a wody powodziowe wyrządziły olbrzymie szkody aż w dziesięciu województwach, w tym największe w województwach: śląskim, małopolskim, świętokrzyskim i podkarpackim. 
Powodzie w woj. podkarpackim zdarzają się stosunkowo często, jednak powódź w 2010 r. przybrała niespotykaną dotychczas skalę i wyczerpywała wszelkie znamiona klęski żywiołowej. Ucierpieli mieszkańcy Sanoka, Miejska oczyszczalnia ścieków w Tarnobrzegu została zalana przez wody powodziowe i w następstwie wyłączona z eksploatacji. Zalany został Sandomierz. 

Oto kilka zdjęć z wielkiej powodzi na Sanie w Starym Mieście i rzece Złotej w Kuryłówce. To była powódź stulecia, stan wody na rzece osiągnął 840 cm. Podobnej skali była powódź w lipcu 1980 roku. Zamknięto wówczas most na Sanie w Starym Mieście, trzeba było jeździć przez Krzeszów. 












***
Filmik



***




wtorek, 7 kwietnia 2015

Refleksyjnie w rocznicę śmierci

Spotkałam się dzisiaj z moim tatą. Na cmentarzu, w Kuryłówce. Dzisiaj jest trzecia rocznica śmierci taty. 
Poprosiłam go o wstawiennictwo, żebym miała więcej sił do dźwigania moich krzyżyków. 




Linki powiązane:

sobota, 7 marca 2015

Czyja prawda jest prawdziwsza

Usłyszałam niedawno zarzut, że niepotrzebnie piszę o pewnych, dla niektórych bardzo niewygodnych faktach z historii naszej leżajskiej społeczności. Niektórzy zarzucają mi również pisanie o przedwojennych Żydach i chasydach przyjeżdżających do Leżajska w rocznicę cadyka Elimelecha. Nie chce mi się odpierać zarzutów o kolonistach niemieckich przybyłych w nasze strony jeszcze w XVIII wieku. Ludzie nie mają pojęcia, że ci koloniści współtworzyli naszą kulturę, wzbogacając ją o tradycje przywleczonej z terenów Austrii, Bawarii, Czech. Walczyli o Polskę, umierali w obozach koncentracyjnych, bo czuli się polskimi patriotami. Pewnie, że nie wszyscy. Zasymilowali się z Polakami i w niejednej polskiej rodzinie  żyją do dziś ich potomkowie. Pewnie z tego samego powodu urządza się w Leżajsku Spotkania Trzech Kultur, zamiast Czterech, wykluczając kulturę austriacką czy niemiecką. 
Nie trzeba sięgać do odległych czasów, wystarczy cofnąć się do okresu II wojny światowej i od razu można się zastanowić w jaki sposób rzetelnie opisać stosunki i relacje polsko-ukraińskie, polsko-żydowskie, ukraińsko-niemieckie. W Leżajsku nie brakowało mieszkańców wyznania grekokatolickiego i rzymskokatolickiego. Jedni modlili się w cerkwi, inni z tej samej rodziny chodzili do klasztoru czy do Fary.  

Na portalu Genebase opublikowałam dawno temu posta na ten temat. Spróbuję go odtworzyć (wszystkie moje posty na Genebase z nieznanych mi powodów są niedostępne). 
'Rowerem po Leżajsku' (14 kwiecień 2007)
Kiedyś, to ja lubiłam jeździć na rowerze. Jeździłam chętnie. Jednak przez ostatnie 2 lata, kończyło się tylko na postanowieniach, że jak tylko zrobi się cieplej, to znowu usiądę na rower. Od 2 lat obiecywałam i na postanowieniach się kończyło. Wygodniej jest poruszać się samochodem, ale z lenistwem postanowiłam walczyć. Kompletny brak ruchu, ciągłe siedzenie przed komputerem, to w moim wieku niezbyt rozsądne. Tak, więc w czwartek zaliczyłam bez trudu i zadyszki 5 km, na sobotę zaplanowałam sobie dłuższą przejażdżkę. 
Jednak, przejeżdżając przez leżajski rynek, zauważyłam mojego znajomego, Pana J. Ulasa Urbańskiego, który jak zwykle spacerował po mieście. Często widzę go również na rowerku. Moja rowerowa wycieczka poszła w zapomnienie. 




Bo z Ulasem, to ja mogłabym cały dzień przegadać. O genealogii, o historii Leżajska, o mieszkańcach - bohaterach i „nie bohaterach” naszego miasteczka. Ulasowi w maju stuknie 80 lat. Jako stary Leżajszczanin, jest kopalnią wiedzy, jest chodząca kroniką miasta. Jeszcze do niedawna przelewał na papier swoją wiedzę, ale teraz, jak twierdzi, już mu się nie chce. Ubolewa, że młodzi kompletnie nie interesują się przeszłością i podobnie jak w mojej rodzinie, Jego rodzina absolutnie nie podziela jego pasji. Ulas zna ludzi i zna fakty z przeszłości, które znacznie różnią się od tych spisywanych przez autorów książek, reportaży pisanych do Miejskiego Biuletynu. Może kiedyś uchyli rąbka tajemnicy, ale jak twierdzi, uczyni to po śmierci tych, którzy mają się za bohaterów. 


Podobne zdanie miała moja Ś.P. teściowa Janina Ordyczyńska, która mówiła, że żyją jeszcze ludzie, którzy niechlubnie zapisali się w historii miasta, a którzy nieźle się ustawili w życiu. Nie chciała opowiadać, znała inną prawdę, ale wolała tajemnicę o ludziach i ich czynach zabrać ze sobą do grobu. 

Żyją w Leżajsku jeszcze ludzie, którzy spisali kawałek historii. Historii, która nieco się różni od tej publikowanej, ale jej na razie nie publikują, chcą, aby ich wspomnienia zostały wydane dopiero po ich śmierci. 

Mój sąsiad spisywał z wielką pasją wspomnienia grekokatolików, zdobył mnóstwo zdjęć i dokumentów, nagrywał wywiady z ludźmi, którzy przeżyli wojnę. Mało kto wiedział, że na jego oczach partyzanci zastrzelili mu babcię, tylko dlatego, że nie chciała po wojnie wyjechać na Ukrainę. Tłumaczyła się podeszłym wiekiem, mówiła, że całe życie tu żyła, tu żyli jej przodkowie z dziada pradziada, że chce być pochowana po śmierci w ziemi, która ją wyżywiła. Niestety, nie zdążył się opublikować zdobytych materiałów. Zmarł kilka lat temu. 

Może nie warto się spierać czyja prawda jest prawdziwsza i kto ma rację?
Ja chciałabym zbierać informacje od wszystkich, niezależnie od tego, czy fakty są, czy nie są wiarygodne. Uważam, że dobrze byłoby pospisywać relacje tego samego wydarzenia sprzed lat, przez jak największą ilość świadków. Ostatecznie, każdy może mieć inne spojrzenie na te same fakty. To tak, jak w polityce.
Żartobliwie dodaję, że racja jest jak dupa, każdy ma swoją.



Ostatecznie pojechałam na działkę i moja wycieczka rowerowa się zakończyła. Mój licznik wybił 8 km. Dobre i to.

czwartek, 26 lutego 2015

Rodzinne stoły z historią w tle

Zainspirowałam się blogiem Natalki Nowickiej, która w jednym ze swoich postów pięknie poetycko opisała swój nowy nabytek – stary, pamiętający czasy gierkowskie stół.

Pomyślałam, że i mi wypadałoby poświęcić kilka słów stołom. Stołom, które towarzyszyły mi przez sześć dekad życia, a było ich co najmniej kilka.

Jeden stary, duży, drewniany stół kuchenny u dziadków w Kuryłówce, jeden też z Kuryłówki stojący w pokoju, jeden dębowy, nie lubiany, bo blat miał wypaczone deski i wreszcie okrągły w moim rodzinnym domu. Wszystkie pamiętają rodzinne opowieści, pełne humoru, rodzinnych niesnasek. Pamiętają zapach świątecznych potraw. I wreszcie mogłabym napisać o stole, którego nigdy nie miałam, a przydałby się do rozmów podczas wspólnych posiłków. W moim niedużym M-3 od zawsze stoi tylko ława, co prawda duża, ale niewygodna i wiecznie zabałaganiona.

Drewniany kuchenny stół u mojej babci pamiętał, bo już od dawna go nie ma, moje dzieciństwo. Kiedy zasiadałam do stołu, z podkulonymi pod brodę nogami czekając na śniadanie, babcia krzątała się jeszcze przy kuchni, piekła na blasze prozaki, gotowała kartoflankę z bybkami. 
Stawiała kubki z mlekiem, jeszcze ciepłym, z pianką, ze świeżego udoju. W kuchni unosił się aromat kawy zbożowej, a z kołchoźnika dolatywała muzyka. Na pobielonej ścianie nad stołem wisiał święty krzyżyk. Wkrótce przychodził dziadek, zasiadał do stołu nakrytego ceratą i opowiadał ciekawe i śmieszne historyjki, czasem relacjonował co tam dzieje się w stajni, czy nakarmił krowy, czy napoił kobyłę, czy do końskiego żłobu wrzucił trochę owsa wymieszanego z sieczką. 
Na tym stole babcia ustawiała świeżo upieczone bochny chleba. Piekła je własnoręcznie. Na tym stole babcia przygotowywała słynne szwabskie pierogi. Na tym stole dziadek sam wyrabiał wspaniałe wędliny. Smak i zapach prawdziwych wiejskich kiełbas do dzisiaj pamiętam. Na tym stole jadłam kulaszę ze świeżo zrobionym masłem i popijałam świeżą maślanką.

Ten stół miał duszę. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy to babcia się bardzo denerwowała, bo dziadek z przekorą odpowiadał na jej narzekania, przekręcał słowa, udając, że słyszy coś innego, coś na zasadzie gry półsłówek. Babcia o chlebie, a dziadek o niebie. Wychodziły z tego śmieszne dialogi, ja się śmiałam do rozpuku, a babcia bywała zgorszona głupawymi gadkami dziadka.

W naszym drewnianym domu w Kuryłówce w pokoju stał duży owalny stół. Był elementem zestawu mebli zrobionych tuż po wojnie na zamówienie przez stolarza, naszego kuzyna Adama Andresa. Zasiadaliśmy przy tym stole przez wiele lat w dużym rodzinnym gronie do wieczerzy wigilijnej, śpiewaliśmy kolędy, oczekując na wyjście do kościoła na pasterkę. Pamiętał moje chrzciny w Święta Wielkanocne 1954 roku. Impreza podobno była niczym wesele.

Jednym z cennych mebli w naszym domu był dębowy stół. Mama kupiła go po wojnie, okazyjnie od jakiegoś handlarza. Nie lubiłam tego stołu, blat miał nieco wypaczony, złożony z trzech desek. Ten stół miał pod blatem szufladę. Przetrzymywałam tam moje pamiętniki, kalendarzyki, listy od koleżanek i inne cenne osobiste gadżety. Dostałam go po latach w spadku, skróciłam nieco nogi, a kiedy już był nieużyteczny, jako zbędny mebel wywiozłam do domku na działce.

U rodziców w pokoju gościnnym, bo tak nazywaliśmy największy pokój w bloku mieliśmy duży okrągły stół. Rozkładany był okazjonalnie na potrzeby dużych rodzinnych uroczystości. Na wigilię mama okrywała go lnianym obrusem, cennym, bo przekazanym w posagu od babci Franki. Babcia ten obrus dostała na wiano od swojej mamy. Obrus pamiętał jeszcze XIX- wieczne czasy. Utkała go jeszcze praprababka Jadwiga z Pietrychów. 
Ten stół z kolei pamięta wszystkie wesela córek i prawie wszystkie chrzciny wnuków i wnuczek. Przy tym stole spędziłam wiele godzin na rozmowach z rodzicami o ich życiu, przeżyciach wojennych.

Stół jest ważnym miejscem rodzinnych spotkań. Od zawsze marzyłam, aby mieć w domu stół. Moglibyśmy spokojnie i wygodnie zasiadać do posiłków i rozmawiać. W moim domu nigdy nie miałam, niestety stołu. Do spożywania posiłków, do nauki, odrabiania lekcji, do zdmuchiwania świeczek na urodzinowych tortach, do stawiania flakonów z kwiatami służyła nam zawsze tylko duża ława.

Właściwie to nie ważne jaki ktoś ma stół, nawet nie ważne co postawimy na stole, ważne z kim i w jakiej atmosferze przy stole zasiądziemy.

środa, 4 lutego 2015

Nie chciałeś ...

                  Nie chciałeś ...

         Już nie zadzwonisz
         Już nie powiesz kocham
         Już nie zapytasz czy ja kocham Ciebie

Z dala od domu
Źle Ciebie pilnował Twój Anioł Stróż
Pozwolił Ci wyzwolić się z więzów doczesności
Do życia wiecznego otworzył drzwi

                Kochałeś życie
                Choć igrałeś z losem
                Źle ustawiłeś swoje priorytety
                Wolałeś własnym rytmem pokonywać progi

Nie chciałeś...
Nie słuchałeś...
Nie dbałeś...

               Przegrałeś miłość
               Przegrałeś życie
               Wybrałeś święty spokój
Niech Ci Ziemia święta będzie. Spoczywaj w pokoju


***


Pamięci Witolda Kiersnowskiego, który zmarł 22 stycznia 2015 roku w Bad Säckingen, Niemcy. Miał 44 lata.


Też Cie kocham
Miałeś swój patent na moje pretensje
Na szał wściekłości, prawienie morałów
Na reprymendy głośno wykrzyczane
Szeptałeś czule
"Też Cie kocham! Aniu.

A ja?
Milczałam nie chcąc dawać Ci nadziei
Milcząc kłamałam, kłamiąc czekałam
I nie zdążyłam użyć czułych słów, że 
"Też Cie kocham! Draniu.

****
A kiedy znowu się spotkamy
Po stronie niespełnionych marzeń
Czy podasz dłoń na przywitanie?
Wybaczysz wszelkie zaniechania?

Tylko czy kiedyś się spotkamy
Czy Bóg wybaczy zaniedbania
Kochankom w grzechu zatraconym
Czy poda dłoń na przywitanie
Da szansę na spełnienie marzeń
                20 czerwca 2020
***


http://www.aargauerzeitung.ch/aargau/fricktal/gleich-ennet-der-grenze-spaziergaengerin-findet-leiche-128760955

http://www.badische-zeitung.de/Wehr/spaziergaengerin-findet-Toten-identitaet-noch-unklar

***

wtorek, 27 stycznia 2015

70. rocznica wyzwolenia Konzentrationslager Auschwitz

My, ocaleni, nie chcemy, by przyszłość naszych dzieci wyglądała jak nasza przeszłość - powiedział ze łzami w oczach były więzień Auschwitz i Gross-Rosen - Roman Kent.
Oglądałam transmitowane w telewizji Obchody 70. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu zagłady w Auschwitz. 
Oglądałam również wyemitowany w telewizji wstrząsający film Bernsteina i Alfreda Hitchcocka 'Ciemności skryją ziemię'. 
Wzruszająca uroczystość oraz film pobudziły mnie do refleksji.
Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że w Auschwitz Niemcy zamordowali co najmniej 1,1 mln ludzi, w tym 960 tys. Żydów, 75 tys. Polaków, 21 tys. Romów oraz przedstawicieli innych narodów. W KL Austwitz zginęło 15 tysięcy jeńców radzieckich walczących w Armii Czerwonej.
To prawda, że do Auschwitz zwożono Żydów z całej okupowanej Europy, bo i z Niemiec, Austrii i z Grecji, Francji, Węgier, ale wśród tego miliona żydowskich ofiar byli również Żydzi Polacy, Romowie Polacy. 

Kiedy słuchałam relacje byłych więźniów o koszmarze przeżytych chwil w Auschwitz, w Majdanku, w Ravensbrück, Neustadt-Glewe, przypomniały mi się wspomnienia mojego taty, który w latach 1941-1945 przebywał w III Rzeszy na przymusowych robotach. 
Tato wspominał:
Po kapitulacji III Rzeszy do p. Jelihonca vel Jelechowicza? stale przychodził towarzysko mgr Przybylski, vice starosta z Jasła. Podczas rozmów wspominał o swoim pobycie w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Pochwalił się, że ma schowany wielki majątek w złocie. Powiedział do mnie:
- „Stankiewicz, ty zostań w Niemczech, ja jadę do Oświęcimia po to złoto, wracam do Neunburga, a potem pojedziemy do Afryki Murzynów bić w dupę i będziemy żyć jak lordowie”.
Nie zdążył pan Przybylski nacieszyć się bogactwem. Do Oświęcimia po złoto pojechał, ale podobno w obozie pracował jako kapo, rozpoznali go Czesi, prawdopodobnie został rozstrzelany. (...)

(...) Zimą 1944/45, a zwłaszcza w ciągu ostatnich tygodni wojny pośpiesznie ewakuowano więźniów z obozów koncentracyjnych, wypuszczono wiele tysięcy więźniów odzianych nieraz w obozowe pasiaste łachmany, w drewniakach na nogach. Wychudzeni i wycieńczeni słaniali się maszerując zatłoczonymi szosami przy dotkliwym mrozie.
Tysiące więźniów podróżowało koleją w zatłoczonych wagonach przez terytorium Niemiec.
Miejscowi działacze i przedstawiciele władz lokalnych, członkowie NSDAP i Hitlerjugend, żołnierze Wehrmachtu, a także zwykli mieszkańcy obawiając się zemsty wynędzniałych więźniów kacetów za doznane krzywdy, brali udział w polowaniu na setki więźniów kacetów, którzy podczas nalotu amerykańskich bombowców na miasto i na dworzec kolejowy uciekli z transportu, z wagonów po części objętych pożarem.
Część konwojowanych więźniów nie wytrzymywała podróży, padała z wycieńczenia, głodu, ze zmęczenia.
Wzdłuż całej trasy "Marszu Śmierci", wzdłuż szos w Dolnej Saksonii, Bawarii i Meklemburgii – niemal wszędzie tam, gdzie naziści założyli obozy pojawiły się mogiły zmarłych z wycieńczenia lub zastrzelonych więźniów w tych ostatnich dniach przed wyzwoleniem. Wielu niedobitków, jeszcze żyjących napotykałem leżących, często konających przy drodze.
Trzeba było uruchomić szpital dla chorych więźniów. Pewnego razu spotkałem pana Wacława Żoladkiewicza w Neunburgu. Zaproponował mi pracę w szpitalu zorganizowanym na prędce dla więźniów obozu koncentracyjnego Dachau. Niemcy konwojowali tych więźniów z Dachau przez Neunburg w stronę Czechosłowacji, w czasie, gdy podpisany został akt bezwzględnej kapitulacji.
Skorzystałem z propozycji pana Żoladkiewicza i następnego dnia pojawiłem się w szpitalu. Zjadłem śniadanie, dostałem biały fartuch i zaprowadzono mnie na ogólną salę, gdzie leżało około 50 chorych. Niesamowity lament, krzyki, widok konających ludzi i wynoszenie zmarłych odstraszyły mnie ze szpitala. Uciekłem po godzinie.
Do dziś słyszę tamte żydowskie lamentowanie chorych- „Mameły, tateły!!”
zobacz więcej: 

***
Piękne i wzruszające wspomnienia spisał Kazimierz Gdula więzień Obozu Koncentracyjnego w Mauthausen. Utkwiły mi w pamięci opisane przez Kazimierza Gdulę emocje, jakie towarzyszyły mu w chwili powrotu do rodzinnego miasta Leżajska.


Zgrzytnęły koła, a kiedy pociąg zatrzymywał się, przed moimi oczami przesunął się ukochany napis „Leżajsk”. Jakież było moje zdumienie, kiedy dojeżdżając do stacji, ujrzałem tłum ludzi, którzy przyszli, aby mnie powitać. Okazało się, że to Zbyszek Jaglarz dał z Krakowa telefonicznie znać, że wracam. Wśród tłumu dojrzałem zlaną serdecznymi łzami twarz matki, siostry i innych moich krewnych oraz uśmiechnięte twarze kolegów i znajomych, którzy z pełnymi naręczami kwiatów zgotowali mi tak wspaniałe przywitanie. Łzy, płacz i serdeczne uściski – oto moment, który wzbudził we mnie ogromne rozrzewnienie. Po tylu latach rozłąki, udręki i rozpaczy, nareszcie byłem wśród swoich, cały i zdrowy. Była to najszczęśliwsza chwila mego życia. Tego samego dnia wieczorem do domu moich rodziców przyszła delegacja mieszkańców Leżajska, by powierzyć mi funkcję burmistrza, którą z wdzięcznością przyjąłem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...