sobota, 12 maja 2018

Artykuły, Lektury, Rozmowy. Książka Stanisława Błaszczyny

"Artykuły, Lektury, Rozmowy" to drugi tom autorstwa Stanisława Błaszczyny, w którym Autor zawarł teksty publikowane w prasie polonijnej i krajowej oraz publikowane w formie bloga w Internecie. 
Książka podzielona jest na rozdziały: I. Artykuły, II. Lektury, III. Rozmowy, IV. Lirycznie?.
W rozdziale I. Artykuły . Stanisław Błaszczyna w latach 90. publikował artykuły w ramach cyklu Rock i okolice
W jednym z artykułów książki "Jim Morrison - płomień duszy czy fajerwerk pozera?" Autor przedstawił ciekawą analizę fenomenu Jima Morrisona i jego zespołu The Doors, człowieka, który był duszą doorsów, uznawanego przez idoli "Bogiem rock & rolla", "Apollem bluesa". 
Narkotyki, alkohol, seks, burdy i ekscesy nie były jego istotą lecz produktami ubocznymi życia poety ograniczonego ułomnościami ludzkiej natury i jej słabością - uważa Autor tekstu.
Jego ogień rozpalał pozostałych członków grupy i kiedy zgasł, niezdolni byli oni wykrzesać z siebie choć iskry dawnej świetności. I to prawda, że po jego śmierci The Doors stali się pustą nazwą - ich wielkość Morrison zabrał ze sobą do grobu.

Po przeczytaniu tekstu w całości ponownie powróciłam na jego początek, przeczytałam jeszcze raz i zadałam sobie pytanie: Dlaczego?
Wybrańcy bogów umierają młodo, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison - jakie bóstwa zazdrosne były o tajemnice wykradane im przez śmiertelników? Apollińskie - z ich uduchowieniem i idealizmem, wszechogarniającą harmonią, czystą miłością i pięknem? Czy też dionizyjskie - kipiące pełnią istnienia, nienasycone i zmysłowe, pijane cielesną ekstazą?
Nietzsche postradał zmysły rozdarty przez te siły. Idealizm czy zmysłowość? Duch czy materia? Odwieczny dualizm ludzkich i boskich istot - bieguny, między którymi dzieje się czas, pośród których zawisło gdzieś nasze przeznaczenie.

Dlaczego ludzie młodzi, utalentowani sięgają do narkotyków, alkoholu i innych używek, dlaczego? A do tej listy, którzy skończyli źle, często w młodym wieku dopisywałam sobie, w myślach jeszcze inne osoby "ograniczone ułomnościami ludzkiej natury i jej słabością"

W rozdziale II. Lektury Stanisław Błaszczyna portretuje m. in. Stefana Kisielewskiego, filozofa Nietzschego, Olgę Tokarczuk, polemizuje na temat Chin z Jonathanem Fenby'm.
Mi akurat ten ostatni wątek o Chinach bardzo zainteresował. Stanisław Błaszczyna podczas kilkutygodniowego pobytu w Chinach miał okazję skonfrontować i opisać ogólną wiedzę nt Chińskiej Republiki Ludowej z własnymi spostrzeżeniami, w bardzo malowniczy i refleksyjny sposób opisał specyfikę Państwa Środka. 
Czytając o Chinach przypomniała mi się piosenka, którą w czasach studenckich śpiewało się na imprezach. 
"Nie oddamy Chinom Związku Radzieckiego, 
 Nie oddamy żółtej masie Kraju Rad, 
 Słuchaj Wania, jakby przyszło co do czego, 
 My czuwamy, Wy możecie słodko spać".

Piosenka miała wówczas inny wymiar. Chociaż? Dzisiaj w czasach chińskiej ekspansji gospodarczej i polityce Zachodu może jest czas na refleksje czy aby nie oddamy wkrótce Chinom  ...
***
W rozdziale III. Rozmowy Błaszczyna przedstawił interesujące wywiady z twórcami kultury m. in. z Juliuszem Machulskim, Krzysztofem Zanussim, Agnieszką Holland, Czesławem Niemenem.
Przytoczę może jeden ciekawy wywiad Stanisława Błaszczyny z Jerzym Stuhrem, jednym z najpopularniejszych twórców polskiego filmu i teatru, aktorem, rektorem PWST w Krakowie. Rozmowa ze Stuhrem przeprowadzona w 1995 roku w Chicago, recenzja filmu "Spis Cudzołożnici refleksje zostały opublikowana w "Dzienniku Chicagowskim".
Jerzy Stuhr w tym czasie odbywał tournee po Stanach, prezentując "Szwejka", „Spis cudzołożnic”oraz „Kontrabasistę”.

Błaszczyna bardzo odważnie i krytycznie ocenia "Spis Cudzołożnic", debiutancki film wyreżyserowany przez Jerzego Stuhra ", film pozytywnie oceniany w Polsce, który na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni zdobył nagrodę specjalną jury. Jerzy Stuhr wystąpił tam w potrójnej roli: reżysera, współscenarzysty oraz wykonawcy roli głównej. 
Genialny tekst, jak dwóch facetów rozmawia o dupie Maryny, uśmiałam się czytając, a jednocześnie podziwiałam ich w tej roli. Błaszczyna przekomarza się ze Stuhrem na temat filmu, zarzuca mu niedoskonałości, a ten się tłumaczy, że ideą filmu było ukazanie problemów osobistych, często intymnych człowieka, jego rozterek związanych z kryzysem wieku średniego, film o kobietach, które gdzieś kiedyś po drodze zmarnował, przegapił, nie rozumiejąc ich, film o przemijaniu. 
Błaszczyna zadając podczas wywiadu dość odważne i prowokacyjne pytania sprowokował artystę do rozmowy, głównie o polskiej kulturze i zachodzących w naszym kraju przemianach, kryzysie narodowej tożsamości Polaków, tradycji, historii i patriotyzmie, dziedzictwie kulturowym, solidarnościowym etosie, kompleksach przegranego pokolenia, któremu przyszło żyć w latach PRL.  
Mi się film podobał, po oglądnięciu, rzeczywiście przychodzi czas na refleksje.     
***
Z przyjemnością przeczytałam wywiad z Tadeuszem Nalepą. Wywiad z 1994 roku. Temat mi bliski, bo to rozmowa ze znanym bluesmanem spod Rzeszowa, a więc z moim krajanem z podkarpackiego. Nalepa pożyczał płyty od Ryśka Atamana z Leżajska, płyty z zachodnią muzyką rockową i to od niego nauczył się grać. Ryszard Ataman w latach 60. prowadził w Rzeszowie najlepsze radio muzyczne, prowadził wówczas w rozgłośni rzeszowskiej audycje pt. "Z płytoteki Ryszarda" oraz "Gwiazdy z mojej płytoteki".
Czasy Tadeusza Nalepy, Zespołu Breakout, Miry Kubasińskiej, Stana Borysa to czasy mojej młodości. 
Fot. Rzeźba z brązu przedstawia artystę z gitarą w ręku idącego ulicą 3 Maja, głównym deptakiem Rzeszowa.
W książce Stanisława Błaszczyny możemy przeczytać:
„Ja nie jestem bluesmanem. Ja jestem muzykiem, który sobie gra to, co mu akurat pasuje” – powiedział swego czasu Tadeusz Nalepa. Takie słowa w ustach człowieka, którego nazywa się „ojcem polskiego bluesa”, brzmią ja herezja. A jednak od razu możemy wyczuć w nich słowiańskiego ducha – ducha przekory i niezależności. Ducha, dodajmy, żywotnego: to już bowiem 30 lat, jak Rzeszowiak Nalepa „rzeźbi” na swoim „wiośle” blue notes, grając i śpiewając to, co mu akurat pasuje.
(...) w 1965 r., kiedy to w Rzeszowie Nalepa zakłada zespół „Blackout”, w skład którego wchodzą: Mira Kubasińska – śpiew, Stanisław Guzek (to oczywiście późniejszy Stan Borys) – śpiew, Andrzej Zawadzki – gitara, Krzysztof Potocki – gitara basowa, Józef Hajdasz – perkusja. Zrazu fama zespołu nie wykracza poza „rzeszowską Jasionkę”, jednak później przychodzą sukcesy na ogólnopolskich festiwalach (Ople, Gdańsk, Sopot, Warszawa) i bardzo dobre przyjęcie pierwszej płyty zespołu „Blackout” (1968).

Linki:
Ataman Ryszard Franciszek (1937-2009)

środa, 2 maja 2018

Terapia fotografią

Nie da się uciec przed procesem starzenia. Nie da się, niestety. Wiedziałam, a nawet pisałam już o starości na blogu. Postanowiłam jednak ponownie poruszyć ten problem po ostatniej wizycie w Jarosławiu. Zamierzałam odwiedzić Muzeum Kamienica Orsettich, gdzie udostępniono jubileuszową wystawę w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.
Zapytałam o cenę biletu, a skądinąd bardzo miły pan odpowiedział mi:
- Pani jest chyba już na emeryturze? 
- tak, jestem
- 4 złotych dla emerytów
Jeszcze nie zdążyłam oswoić się z faktem, że w pociągu nie żądają ode mnie dowodu uprawniającego do zniżki za przejazd. Legitymację emeryta mam już prawie 4 lata, pociągiem podróżowałam kilkakrotnie, w tym 3 razy kupowałam bilet zniżkowy i za każdym razem nie miałam okazji wylegitymowania się. No cóż, przychodzi taki moment w życiu, że pesel ma się wypisany na twarzy.
Wyobrażam sobie co myślą ludzie, kiedy namolnie wrzucam zdjęcia do Internetu, z moją osobą w roli głównej. Pewnie pukają się w czoło i pytają komu to potrzebne?
A rzeczywiście bardzo często je wrzucam. Po co?

Bo lubię się fotografować. Skoro pstrykam sobie fotki to czemu się nimi nie pochwalić. Wisi mi opinia internautów i brak ich akceptacji. Robię to dla siebie. Fotografowanie jest dla mnie rodzajem terapii, autoterapii, poprawienia sobie samooceny. Psycholog czy psychiatra mógłby ocenić czy z medycznego punktu widzenia jest to rodzaj patologiczny. Musiałby jednak wcześniej porozmawiać ze mną o moich problemach zdrowotnych, rodzinnych, o relacjach społecznych.
Od zawsze miałam świadomość, że jestem brzydka, gruba, nieatrakcyjna, stara. Nie przeglądam się w lustrze, bo lustra nie mam, nie licząc może lustra w łazience i na drzwiach w szafie. Podobno jestem fotogeniczna, podobno ładnie wychodzę na zdjęciach. Pstrykam więc sobie zdjęcia, wybieram te najkorzystniejsze i już humor mi się poprawia. 
Chęć fotografowania jest mobilizacją do działania, do wyjścia z domu, zrobienia czegoś pożytecznego.
Moje choroby, zwłaszcza te związane z tarczycą całkowicie pozbawiają mnie energii i chęci do życia. Stosowane leki, kawa i zabójczy cukier paradoksalnie pobudzają mnie do aktywności. Co prawda na krótki czas, ale właśnie ten czas staram się maksymalnie uaktywnić, póki nie opadnę z sił. 
Mogłabym w chwili przypływu energii wziąć się za porządki, za działkę, ale ... ja wybieram realizowanie moich fotograficznych pomysłów. Nie mam szans na kosztowne podróże, robię więc tu i teraz, w tak zwanym międzyczasie, jadąc na zakupy, z wizytą do chorego, po drodze na cmentarz. 
Przesyłane znajomym zdjęcia są rodzajem zakodowanej informacji, że żyję, gdzie byłam, co robiłam. Oni wiedzą, że gdy mnie nie ma w sieci to znaczy, że jestem wyautowana z życia. 
Człowiek skazany na samotne życie powinien być przezorny.  Różnie się życie toczy, tylu moich rówieśników odeszło już z tego świata, trzeba być przygotowanym na wszystko.

wtorek, 24 kwietnia 2018

Podróże Stanisława Błaszczyny

Kiedy czytam "Zapiski" Stanisława Błaszczyny miewam chwile, by jak najszybciej sięgnąć po kolejną książkę autora, książkę, w której jest pełno zdjęć z całego świata. I broń Boże, nie dlatego, że książka jest nieciekawa, ale dlatego, że autor w "Zapiskach" opisuje krótko i zwięźle jakiś temat, zdając jednocześnie prowokacyjnie pytania, mnóstwo pytań. Z pewnością chce skłonić czytelnika do refleksji na temat. Mam więc dylemat czy zastanawiać się na odpowiedzią na zadane pytania, czy może sięgnąć po gotowca. Więcej na poruszane w "Zapiskach" tematy można uzyskać w kolejnych książkach. "Podróże" oprócz autorskich przemyśleń, wspaniałych opisów, literackich cytatów wzbogacone są fotografiami. 
Autor przemierzył z aparatem fotograficznym chyba wszystkie kontynenty.
W książce "Podróże" pokazał Indie, Kambodżę, Nepal, Laos, Chiny, Tybet, Birmę, Tajlandię, Wietnam, Singapur, Brazylię, Peru, Meksyk, Hawaje, Kostarykę, Gwatemalę, Jamajkę, Wyspy Dziewicze, Brazylię. Opisał też Włochy, Hiszpanię, Norwegię. Sporo miejsca poświęcił Ameryce Północnej, gdzie przez wiele lat organizował i prowadził wycieczki krajoznawczo-turystyczne. Co by tu jeszcze wyliczyć? Kanadę, Wielką Brytanię? Oczywiście opisał je i ubogacił fotografiami. A każde zdjęcie doskonale skadrowane jest swoistym dziełem sztuki. Czy to zasługa dobrego sprzętu? Nie sądzę. W dobie fotografii cyfrowej nie wystarczy nakierować obiektyw na cel i bezmyślnie pstrykać. Trzeba mieć wyczucie, wizję i fotograficzny zmysł artysty. Świat jest taki kolorowy naszpikowany detalami, niezbędna jest umiejętność obserwowania i selekcji.
Nie jest to typowy przewodnik podróżniczy zawierający kilka żelaznych zasad, których turysta powinien wziąć pod uwagę planując wyprawę. Książka przydatna dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę zdobywania świata, jak również dla osób, którzy już ten świat zdobyli, ale chcieliby porównać doświadczenia autora z własnymi, zweryfikować co przeoczyli podczas własnych podróży lub po prostu odświeżyć wspomnienia. 
Książka szczególnie cenna, bo to co opisuje autor w "Podróżach" jest nie tylko ilustrowane pięknymi fotografiami, ale wzbogacone o bardzo obszerne refleksje filozoficzne, psychologiczne, przyrodnicze, informacje historyczne i literackie metafory. 
Ujęły mnie portrety ludzi za całego świata. Zdjęcia ludzi są bardzo wdzięcznym tematem. Przykuwają wzrok pomarszczone twarze, przenikliwe oczy, niepowtarzalne uśmiechy, ciekawe fryzury, stroje. 
Zastanawiam się czy autor pytał o zgodę modela czy robił zdjęcie z ukrycia, z zaskoczenia, naruszając jego prywatność. 
Miałam kiedyś kłopotliwą sytuację związaną z umieszczeniem zdjęć w sieci bez zgody pewnej artystki fotografika, która przypadkowo znalazła się w kadrze. Dla świętego spokoju usunęłam te zdjęcia, chociaż wcale nie byłam przekonana o jej racji. Ona sama fotografuje mnóstwo osób i nie wierzę, aby każdą z nich prosiła o wyrażenie zgody i to w dodatku zgody na piśmie. 

Stanisław Błaszczyna, jak pisze, wywiózł z Kambodży najwięcej zdjęć przedstawiających dzieci. Zdjęcia bardzo zróżnicowane tematycznie, nakreślają psychologiczny portret dziecięcej społeczności, autor pokazuje ich stan emocjonalny, status społeczny, dzieci smutne i wesołe, brudne i schludnie ubrane i z radosnym dziecięcym uśmiechem. 
Dopełnieniem zdjęć są ciekawe teksty o ich sytuacji rodzinnej, biedzie, problemie prostytucji, pracy nieletnich.

I kolejny ciekawy wątek. W "Zapiskach" autor wzdycha:

"Ach ... jeszcze te kobiety, kobiety, kobiety! Po ulicach (i parkach) polskich miast chodzą najpiękniejsze kobiety świata! W żadnym europejskim mieście nie widziałem tak wielu kobiet o tak wielkiej urodzie. Co tam Włoszki, Hiszpanki, Francuzki, Angielki ... Polki i jeszcze raz Polki!
Boże ... tylko one mogą mnie odciągnąć od takiego tematu, jak Wyspiański".

Tymczasem w "Podróżach" możemy podziwiać urodę pięknych kobiet świata, których autor zgromadził niezłą kolekcję.
"Podczas swoich wojaży zawsze zwracałem uwagę na kobiety, które spotykałem na swojej drodze. Z oczywistych względów (zwłaszcza wtedy, kiedy w podróży towarzyszyła mi żona) ta uwaga nie mogła być nachalna czy niedyskretna: alibi w takich momentach zawsze stanowił dla mnie aparat fotograficzny. Tak więc to bardziej estetyka niż erotyka była miarą tych spotkań - także chęć poznania kulturowej otoczki, jaka towarzyszyła kobietom w każdym z ich krajów".


zobacz >> Kobiety Świata
Linki
Znalazłam przepis na miłość

sobota, 21 kwietnia 2018

Znalazłam przepis na miłość

Tak, to prawda. Znalazłam przepis na miłość. Do sztuki, panowie, do sztuki!
Jestem na etapie czytania książki "Zapiski" Stanisława Błaszczyny. Książka jeszcze gorąca, nie ma jej jeszcze na półkach księgarskich. Spośród czterech jego ostatnio wydanych dzieł, zaczęłam od Zapisków. Rewelacja. Dużo złotych myśli i filozofii, nie zamierzam pochłaniać ich jednym tchem, tylko czytać powoli i uważnie. Czytałam bloga Błaszczyny, ale to nie to samo co czytanie w wersji papierowej.
Książkę można czytać od początku, od tyłu, od środka, od oglądania obrazków. Nie ma fabuły jak poczytne romanse.
I nie jest to przepis na miłość w stylu Greya. Co prawda nie czytałam "50 twarzy ..", ani nie oglądałam, ale słyszałam o fenomenie. Słyszałam i widziałam  i to na własne oczy kłótnie i spory kochanków wywołane Greyem, mimo to jeszcze nie sięgnęłam po ten bestseler.

Czytając w Zapiskach wątek o "Kobiecie z wagąVermeera w Galerii Narodowej w Waszyngtonie zaczerwieniłam się.
Autor Zapisków :
"Przeczekawszy zainteresowanie kilku zwiedzających, wreszcie i ja do niej podszedłem - i miałem ją tylko dla siebie, chyba nawet dłużej niż te Coelhowskie "jedenaście minut". 
Po czym na kilku stronach opisuje piękno dzieła Vermeera. 
Jaka piękna analiza! Trzeba mieć duszę artysty, by nie tylko dojrzeć, ale jeszcze mistrzowsko opisać i zinterpretować piękno obrazu, jego koloryt, światło, szczegóły, tło. 
>> https://wizjalokalna.wordpress.com/2016/11/03/spokoj-w-calym-tym-zgielku-przed-kobieta-z-waga-vermeera/
Czytałam z zapartym tchem, przypomniałam sobie moment, gdy Wisława Szymborska zachwycała się obrazem Mleczarki Vermeera w holenderskiej galerii. 

Dopóki ta kobieta z Rijksmuseumw namalowanej ciszy i skupieniu
mleko z dzbanka do miski
dzień po dniu przelewa,
nie zasługuje Świat
na koniec świata.
                                             Wisława Szymborska


Jak kundel z podkurczonym ogonem przerwałam czytanie i zrobiłam sobie rachunek sumienia i mocne postanowienie poprawy. Od teraz, podobnie jak Błaszczyna czy Szymborska będę z uwagą i dokładnością analityczną oglądać w muzeach dzieła sztuki, a nie tak jak inni ganić w pośpiechu po muzealnych salach.
Owszem, zdarzało mi się, że wychodziłam z muzeum ostatnia, przeganiana przez panią, żeby kończyć, bo chcą już zamykać. Byłam ostatnia, bo skupiałam się raczej na sfotografowaniu ekspozycji, a nie na analizie co też autor miał na myśli. Nie wszędzie można fotografować, ale zdarzają się wyrozumiali muzealnicy. 
W domowym zaciszu lubię przeglądać utrwalone na karcie pamięci dzieło, po dziele, eksponat po eksponacie. 
Ciekawi mnie co myślą sobie znawcy sztuki widząc bezmyślną wędrówkę zwiedzających w muzeum?

Stanisław Błaszczyna - podróżnik, dziennikarz, publicysta, krytyk filmowy, bloger i obieżyświat ... wiele by można napisać o jego pasjach. Od kilku lat śledzę jego blogi, czytam wywiady z wybitnymi ludźmi ze świata polityki i kultury, zachwycam się zdjęciami z podróży z całego świata.

2 czerwca 2018 
Stanisław Błaszczyna ma zaplanowane na godz. 17 spotkanie autorskie w Muzeum Ziemi Leżajskiej, w swoim rodzinnym mieście Leżajsku. Autor zaprezentuje swoje książki: "Zapiski", "Artykuły, lektury, rozmowy", "Kino, teatr, sztukai "Podróże". Książki bogate w refleksje na temat szeroko pojętej kultury i człowieka: literatura, kino, filozofia, sztuka, psychologia, kultura masowa, natura, podróże... 
Spotkanie z Marylką Wróbel siostrą Stanisława Błaszczyny

Tom II "Artykuły, Lektury, Rozmowy" autorstwa Stanisława Błaszczyny, w którym Autor zawarł teksty publikowane w prasie polonijnej i krajowej oraz publikowane w formie bloga w Internecie. Książka podzielona jest na rozdziały: I. Artykuły, II.Lektury, III. Rozmowy, IV. Lirycznie?.

III tom"Kino, teatr, sztuka"

Wybór tekstów filmowych autora publikowanych na łamach pism krajowych m. in. Kino, Film na Świecie, Polityka, Wprost, Powiększenie
oraz polonijnych – Dziennik Chicagowski, Dziennik Związkowy,
obejmujący okres dwóch dekad i dotyczący kina w wielu jego aspektach: od monografii największych twórców (Ingmar Bergman, Krzysztof Kieślowski) przez kino gatunkowe – film wojenny, po fenomen artystyczny i popkulturowy.
Eseje na temat głośnych filmów kina światowego ostatnich lat.

Zbiór zawiera także recenzje ponad 170 filmów polskich i zagranicznych oraz kilka przedstawień teatralnych (Gombrowicz, Wyspiański, Teatr ZAR).

Linki:

piątek, 20 kwietnia 2018

Zuckerberg się mną interesuje

Czy ty się nie boisz, że właściciel Facebooka Mark Zuckerberg interesuje się tobą, zbiera informacje o tym co robisz, gdzie podróżujesz, z kim się spotykasz? - pytają mnie moi znajomi, w związku z aferą wypłynięcia danych o użytkownikach tej platformy. 
Podobny obrazJeśli młody bogaty facet, miliarder, właściciel portalu społecznościowego będącego w piątce najbogatszych firm na świecie interesuje się starą babą, starszą ode siebie o 30 lat, mieszkającą gdzieś na prowincji, w kraju, w którym pewnie nigdy nie był, ogląda jej zdjęcia, czyta jej posty, to mogę się tylko cieszyć - odpowiadam żartobliwie. Mogę jedynie ubolewać, że facet, który się mną interesuje nie jest w moim typie, ewentualnie, że nie daje mi lajka pod tym co udostępniam na stworzonym przez niego portalu, nie dopisuje komentarzy i że nie zaprosił mnie do grona znajomych, chociaż dzięki mnie zarabia miliardy.
Owszem, boję się, ale raczej tego, że mogliby zlikwidować Facebooka. Pewnie tylko nieliczni z dwóch milionów użytkowników nie boi się likwidacji. Dużo straciłabym - relacji społecznych, rodzinnych, pasjonackich. Facebook traktuję, jako narzędzie do utrzymywania kontaktów z ciekawymi ludźmi. Jestem przywiązana do komputera, no, może nie cały dzień, ale nie wyobrażam sobie życia bez dostępu do sieci. Mogę jedynie współczuć tym, którzy nie znają jego wartości. 
Tanim kosztem, bo wirtualnie zwiedzam świat, pogłębiam naukę, słucham muzyki, kibicuję sportowcom, napędzam sobie czytelników moich licznych blogów, podtrzymuję przyjaźnie, znajduję rodzinę, o której nie miałam pojęcia, że istnieje, kontaktuję się z rodziną i znajomymi, którzy mieszkają na drugim końcu świata. Nie wszystko i nie wszyscy są na wyciągnięcie dłoni. 
Internet mi to umożliwia, usprawnia i ubogaca moje marne życie. 
Kilku moich znajomych w obawie przed inwigilacją zmieniło swój status, zmienili nazwisko, adres, niektórzy usunęli zdjęcia. Tylko po co?
Pewnie z nieznajomości funkcjonowania cyberprzestrzeni. Jak ktoś zechce dowiedzieć się o człowieku i tak się dowie, chociażby z telefonu komórkowego. Metadane zapisywane są na wszystkich urządzeniach mobilnych, komputerach, aparatach fotograficznych, GPS-ach zainstalowanych w samolotach, statkach, samochodach. Wszelkie urządzenia do nawigacji, są pomocne, użyteczne, ale jednocześnie tak samo niebezpieczne jak krytykowany Facebook. Zdjęcia wysyłane na Instagrama, messengera, filmiki na YouTube też zostają na zawsze w cyberprzestrzeni. Nie potrzeba nam wszczepiać chipów, żeby wszystko o wszystkich wiedzieć. 

Jeżeli ktoś chce grzebać w moich danych, niech grzebie, ja nie mam nic do ukrycia. Nie zarabiam, ale są tacy, którzy czerpią olbrzymie zyski, ja im tego nie zazdroszczę. 

Czy bez Internetu, bądź Facebooka można żyć? Można, ale po co? Żyć jak dawniej? 
Dawniej kupowałam włóczkę i sama dziergałam swetry, kupowałam materiały i sama szyłam sukienki, dzisiaj kupuję gotowe w sklepie. Moja babcia nie kupowała włóczki, tylko hodowała barany i z wełny robiła włóczkę na swetry, hodowała gęsi, skubała pióra, a z pierza robiła poduszki i pierzyny. Ja kupuję gotowe w sklepie, lepsze, bo nie alergizujące i można je wyprać w pralce automatycznej. 
Mamy wracać do takich czasów? Trzeba korzystać z nowych technologii.

sobota, 30 grudnia 2017

Fotografuj swoje marzenia, dokumentuj swoje pasje

Fotografika jest wszechobecna w moim domu. Prawie nigdy nie rozstaję się z aparatem fotograficznym. Mój pierwszy aparat fotograficzny SMENA 8 kupiłam sobie za pieniądze ze sprzedaży makulatury. To było wielkie wydarzenie, kiedy zrobiłam i wywołałam samodzielnie moje pierwsze zdjęcia. Potem był aparat Zorki 50, Zenith E i wreszcie kolejne aparaty cyfrowe.
Jestem fanatykiem fotografii i nie rozumiem, jak można nim nie być. Czasami już po roku z nostalgią spogląda się na swoją jakże jeszcze wtedy młodą twarz. Kiedyś po latach będzie można dzieciom, wnukom pokazać, jaka mama, czy babcia była młoda. Czas szybko upływa, a dzięki fotografii można ten czas zatrzymać.
Kiedy urodził mi się syn, kupiłam radziecką kamerę ŁOMO 215 SUPER 8. Nagrałam nią 2 kasety, które wywoływało się wówczas w Bydgoszczy. Te 2 kasety, to zaledwie kilkanaście minut, ale jakże cenne, bo uchwyciłam moment, kiedy mój syn miał kilka dni, kiedy uczył się chodzić z pomocą swojej babci. Kolejną kamerą była na kasety ósemki Sony, kupiona w Pewexie za 1500$ (wtedy to był majątek!), a następnie cyfrową JVC. Zdążyłam uwiecznić kilka ważnych osób i wiele ważnych chwil w moim życiu.

Bardzo interesują mnie ludzkie twarze, szczególnie, te poorane bruzdami, zmarszczkami, te, które mają wyryte ludzkie zmartwienia, kłopoty, ale i takie, z których nie trudno odczytać euforię, szczęście, radość. Jednym słowem łatwo wydedukować, jaki jest stan emocjonalny, stworzyć sobie psychologiczny portret obserwowanej osoby.

Lubię przyglądać się dyskretnie, wpatruję się uważnie zmarszczkom, minie, grymasom. Podpatrzone grymasy zdają się niekiedy opowiadać o ciężkiej doli, o zmartwieniach, kłopotach, o chorobie ciała czy duszy.

Poorane twarze podpatrywanych ludzi zdają się przestrzegać przed dumą, narcyzmem i przypominają, że młodość i uroda nie są wieczne.

Radosne twarze zdają się krzyczeć o szczęściu, zamyślone oczy mówią o chorej duszy, przeżywających troskach dnia codziennego, bezsilności i niemocy w rozwiązaniu problemu.

Z twarzy , ze sposobu patrzenia łatwo odczytać, czy osoba jest zakochana, czy kocha, czy nienawidzi, czy jest mściwa, czy potulna.

Zachwycam się szczerze i bez zazdrości pięknymi, młodymi dziewczętami. Ich anielska piękność prowokuje mnie do nawiązania kontaktu. Często namawiam takie urodziwe dziewczyny, żeby koniecznie pomyślały o sfotografowaniu swoich pięknych twarzy, bo uroda jest ulotna, a za parę lat z przyjemnością będą wspominać, oglądać i podziwiać swój ą urodę, ale już tylko na fotografii.

Póki się jest młodym i pięknym nie myśli się pesymistycznie, ale życie niestety jest jakie jest. Warto czasami zrobić coś dla przyszłości, by na starość mieć o czym marzyć i coś wspominać.

Chociaż, kto wie? W dobie dzisiejszej medycyny, rewolucji kosmetycznej może uda nam się przedłużyć swoją młodość i zachować swoją urodę jak najdłużej. W ostateczności pozostają jeszcze operacje plastyczne, ale w dzisiejszych czasach to „pogoda dla bogaczy”.

Kiedyś, w okresie studiów miałam kolegę, częstego bywalca akademika uniwersyteckiego „Nawojki”, który przez wiele lat polował w Nawojce na młode piękności studenckie. Zwabiał ich na spacer do parku Jordana i organizował im sesje fotograficzne. Aż mnie korci, by go odszukać i skontaktować się z nim i przeglądnąć jego dorobek artystyczny, czyli kolekcję dziewczyn z Nawojki na przestrzeni co najmniej 10 lat. Z pewnością niejedna z tych piękności byłaby ciekawym modelem do sfotografowania teraz, po latach. Jej bruzdy na twarzy opowiedziałyby historię przeżytych lat.

Fizjonomia człowieka wiele mówi o jego osobowości.

Bystry wzrok, diabelski, zalotny, prowokacyjny uśmiech, iskierki w oczach, harmonijne rysy twarzy, do tego zdrowe, błyszczące oczy, piękna, gładka cera to inkarnacja duchowego piękna, godna pozazdroszczenia.

Przystojna twarz zdradza niekiedy trudny charakter człowieka.

Melancholijne usposobienie wydają się mieć osoby o rozmarzonych maślanych oczach z uśmiechem w kącikach ust. Usta mocno zaciśnięte, niekoniecznie wąskie mówią o trudnym, mściwym charakterze.

Osoby zakompleksione chodzą często ze spuszczoną głową, wzrokiem skierowanym pod nogi. Ale nie brakuje też ludzi, którzy stąpają po ziemi z głową w chmurach. Uniesiona broda i spojrzenia skierowane nieco w bok dowodzą o poczuciu ich własnej wartości, o pewności siebie, zarozumialstwie. Im wcale nie przeszkadza brzydota własnej buzi, różowa cera, brak pigmentu, niekiedy nakropiona wypryskami. Co z tego, że mają tępawy wzrok, być może z niedoboru hormonów tarczycy. Ważne, że wg siebie, pozbawione są wszelkich wad, a cały świat powinien paść im do stóp.

Mam słabość do ciemnych typów, degeneratów, pijaków. Gardzę nimi ogromnie, patrzę na nich z wielkim obrzydzeniem, ale jednocześnie widzę w nich interesujących modeli do fotografii. Od lat zamierzałam stworzyć kolekcję portretów leżajskich pijaczków. Co roku przypominałam sobie o moich niespełnionych zamierzeniach i żałowałam, że kolejny pijaczek zmarł, zanim zdążyłam go sfotografować. Do dzisiaj to miałabym już pokaźną kolekcję i to w kolejnych fazach staczania się ich na dno. Niestety, wielu z nich już odeszło.

Boję się i unikam kontaktu wzrokowego z osobami chorymi psychicznie.

Aparat fotograficzny jest prostym narzędziem do uchwycenia formy, ruchu i charakteru postaci. Nawet najlepszy artysta nie potrafiłby namalować tego pędzlem, co potrafi zarejestrować obiektyw.

Najlepiej wychodzi się na zdjęciach nie pozowanych. One oddają prawdziwą rzeczywistość. Ale przeglądając fotografie, zwłaszcza stare, nasuwa mi się refleksja, czy pozy przybrane na tych fotografiach, ukazują prawdziwe oblicze bohatera. Zazwyczaj postacie mają jakieś atrybuty w dłoniach. Wachlarz, szablę, cygaro, chusteczkę czy rękawiczkę.

Zdjęcia komunijne robione w atelier posiadają niezbędne atrybuty- obrazek komunijny, świecę. Stylizowane zdjęcia ślubne mają też swoją wartość.

I wtedy nie trzeba podpisywać fotografii, bo doskonale dobrane gadżety zastępują opis. Ja, mimo wszystko lubię zdjęcia pozowane. W naturalnych ujęciach doszukuję się karykaturalnych elementów osobowości, jestem nie zadowolona z miny, pokrzywionej sylwetki.

Dlatego zazwyczaj, zanim naciągnę migawkę, staram się uprzedzić towarzystwo. Żartobliwie proszę o uśmiech, o wypowiedzenie „cziiis”, czy „marmolada”. Takie zawołanie wywołuje gromki śmiech i rozluźnia atmosferę. 


Dobierane atrybuty o czymś świadczą. Dobrze dobrana poza, tło, pozwala wykreować osobowość nie tylko osoby fotografowanej, ale i fotografującej.

Zwracam uwagę na tło podczas robienia zdjęcia. Czasem ustawiam osoby np. na tle kalendarza, z widoczną datą, by po latach skojarzyć okoliczności wydarzenia. Czy taki kalendarz mógłby być wyznacznikiem mojej osobowości?

Portretowe zdjęcia nie tylko przedstawiają osobowość, ale często aspiracje, marzenia, kim chciałoby się być. Zdarzało mi się fotografować osobę na tle pięknego, ale niestety cudzego samochodu. W jakim celu? By się pochwalić przed kimś, by nacieszyć oko? A może, by pomarzyć o takim cudzie techniki?

Aparat fotograficzny jest prostym narzędziem do uchwycenia formy, ruchu i charakteru postaci. Nawet najlepszy artysta nie potrafiłby namalować tego pędzlem, co potrafi zarejestrować obiektyw.
 
Miałam możliwość zamówienia sobie portretu u zdolnego, ukraińskiego artysty malarza. Wystarczyło przekazać mu zdjęcie. Przeszukałam albumy, by wybrać właściwe. I co? Żadne z mojej kolekcji nie podobało mi się. W końcu wybrałam jedno, zrobione przed laty w krakowskim automacie. Zamówiony portret stoi na półce w moim pokoju, lubię na niego spoglądać.

 

Podobnie lubię spoglądać na moją karykaturę. Wśród wielu atrakcji w Krynicy, można było spotkać utalentowanego artystę plastyka Jerzego Kowalskiego, rysującego portrety turystom. Do rysowania karykatur potrzeba talentu i to nie tylko artystycznego ale i psychologicznego, by uchwycić sedno czyjejś osobowości.
Pozwoliłam sobie na odrobinę szaleństwa i zaspokoiłam ciekawość, jak wygląda moja karykatura.

Zastanawiam się czasami, o czym to świadczy? O mojej próżności? O moich kompleksach? Podobno o odwadze. Trzeba być odważnym by świadomie zdecydować się na karykaturę.

Nie dość, że lubię się fotografować, to jeszcze na dodatek chętnie wrzucam moje zdjęcia do sieci. Wielokrotnie zastanawiałam się co sobie ludzie myślą, że ja tak się afiszuję. Szczerze mówiąc mało mnie to interesuje. Lubię i już. Robię to dla siebie. Mam świadomość, że w rzeczywistości jestem brzydka, gruba, niemodnie ubrana. Zawsze byłam brzydka. Na zdjęciach zdecydowanie lepiej wyglądam, co oznacza, że jestem fotogeniczna. Zdjęcie, z którego jestem zadowolona poprawia mi samoocenę, sprawia, że znikają kompleksy co do mojej urody. 

Patriotyzm

Patriotyzm
Na codzień nie mówi się o patriotyzmie, zwłaszcza w sposób naukowy. Patriotyzm można rozumieć w kilku aspektach. Inaczej pojmuje Polak mieszkający w kraju, inaczej za granicą, a jeszcze inaczej w okresie wojny czy niepodległości.
Homar kiedyś powiedział: „Ojczyzną moją jest mowa polska”.
Patriotyzm zależy od tego jak wychowamy dzieci.
Co my zrobiliśmy dla ojczyzny, a nie co ona dla mnie zrobiła.
Jesteśmy sentymentalni. Wielu narzeka, że trudno jest żyć w nostalgii. Symbolicznie rozstają się z matką-ojczyzną, bardzo tęsknią, pamiętają o wszystkim co polskie. Próbują zbudować swoją małą ojczyznę, nazywają swoje sklepy, ulice, firmy polskimi nazwami. Polacy za granicą są bardziej zżyci niż w Polsce. Zwiększa się wrażliwość na sprawy polskie.
10 tys. Polaków w Anglii mają swoje szkoły, teatr, kościół. Są dumni z osiągnięć Polaków. Lecz jeśli się mieszka za granicą patriotyzm jest rozkojarzony. Ludzie czują się i jako Polacy i jako np. Anglicy. Polacy oglądający zawody sportowe, sportowcy grający w obcej drużynie, dzieci w szkole na lekcji historii.
Polskie prawo nie daje możliwości uzyskania podwójnego obywatelstwa. Odbywający się w tych dniach ( pierwsze dni maja 2001) Zjazd Polonii w Krakowie podjął tę kwestię.
Atrakcyjną formą wykazywania się patriotyzmem to udział w zespołach pieśni i tańca, w zajęciach przy kościele, wyjazdy do Polski na obozy, wakacje w kraju ojczystym, nauka ojczystego języka. W Polsce brak organizacji, które podjęłyby się organizowanie takich kursów, imprez.
Patrioci odbudowują wizerunek Polaków. Jesteśmy dumni z papieża, z osiągnięć polskich sportowców, polityków. To rodzaj narodowej psychoterapii. Jednak zdarza się, że kilku pijaczków, czy grupa pseudoturystów psuje opinię Polakom.
Niektórzy wyrzekają się Polski dla kariery. Rodzice nie przekazują dzieciom wiedzy o kulturze polskiej, nie uczą języka ojczystego, krzywdzą swoje dzieci, gdyż zubożają ich osobowość. Małżeństwa, które wzajemnie uczą się swoich ojczystych języków lepiej rozumieją się emocjonalnie, odnoszą większe sukcesy, mają w sobie wsparcie psychiczne. Budują nowe życie, „nowy dom” pełen tradycji.
Polacy w Polsce nie mają dobrego zdania o sobie, krytykują się nawzajem, nie uśmiechają się na ulicy. Kiedy jednak będąc za granicą ujrzymy bratnią duszę, ożywa w nas braterstwo, tęsknota za krajem, chęć zaczepienia rodaka i porozmawiania z nim.
Będąc w Bułgarii na obozie podczas wycieczki do Nesebaru spotkaliśmy Polaka grającego na harmonii. Jaka radość nas ogarnęła widząc 2 tys. km od Polski Polaka. Atrakcją wycieczki były nie piękne ruiny miasta, lecz właśnie ten staruszek grający i mówiący po polsku.
Ostatnie wakacje spędziliśmy w Hajduszoboszlo. Byliśmy tam zaledwie 10 dni. A kiedy ujrzałam dziewczynę z Leżajska, wracającą z zakupów wraz z dziećmi i mężem, nie wytrzymałam i zaczepiłam ich. Pytałam m.in. o pogodę w Polsce, co słychać w Leżajsku. Odczuwałam głęboką potrzebę poprzez tę rozmowę zbliżyć się duchowo z moim ojczystym krajem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...